U-lotna sprawiedliwość, czyli matematyka w lotach narciarskich


W czasie minionego weekendu byliśmy świadkami emocjonującej walki o mistrzostwo świata w lotach narciarskich w norweskim Vikersund.Zwycięstwo niesamowitym drugim skokiem na odległość 244 metrów zapewnił sobie Robert Kranjec ze Słowenii. W cieniu głównej rywalizacji, dalekich lotów na największej skoczni świata toczy się jednak walka z matematycznymi przelicznikami.

Ta całościowa liczba, dodawana lub odejmowana skoczkowi od odległości, zależy od wiejącego wiatru (uśredniana wartość z kilku wskaźników w różnych miejscach skoczni) oraz od belki najazdowej. System ten, wprowadzony przez FIS w ubiegłym sezonie , ma na celu wyrównanie szans dla wszystkich skoczków. Nie ma już problemów z belką, przesunięcie najazdu w górę lub w dół nie oznacza przerwania konkursu i powtarzania skoków. Zawodnikowi zostaną punkty zabrane lub dodane ( odpowiednio: za większą lub mniejszą belkę). Jest prawdą, że konkursy skoków przestały być wielogodzinnymi maratonami, w wielu przypadkach system przeliczeń był niemalże zbawieniem na trudne i zmienne warunki wietrzne.

O ile jednak matematyka przeważała w swoich korzyściach w większości zawodów Pucharu Świata, o tyle stała się kompletnie nieprzewidywalna na Mistrzostwach Świata w lotach narciarskich. Tylko długości rozbiegu, tzw. numery belek startowych zmieniały się od 7 do 14 ! Jadący z siódmego najazdu, mieli dochodzącą do trzydziestu punktów bonifikatę za samą długość najazdu. Doliczmy do tego wiejący zmiennie i z różną siłą wiatr i mamy kolejne bezcenne punkty. W praktyce wyglądało to następująco: po pierwszej serii prowadził Norweg Rune Velta, który uzyskał 217,5 m i miał notę 215,2 punktu. Inny Norweg Andreas Fannemel uzyskał niesamowite 244,5 m ( drugi wynik w historii! ), lecz niekorzystne przeliczniki sprawiły, że skacząc 27 metrów (!) dalej zajmował dopiero 4 miejsce ze stratą 7,8 punktów do Velty. Jeszcze bardziej zdezorientowany mógł czuć się Jurij Tepes ze Słowenii, który po świetnym skoku na 235,5 m ( wtedy rekord Słowenii) zajmował po pierwszej serii dopiero 11 miejsce. Będący za nim Kamil Stoch skoczył 191 m, przegrywał z Tepesem zaledwie o 1,4 punktu, ale odległością aż 44,5 metra. To tylko najbardziej skrajne przykłady, podobnych na Vikersundbakken było zdecydowanie więcej. Ileż to razy zdarzyło się nam widywać szczęśliwych zawodników bijących rekordy życiowe i krajowe, którzy nie mogąc połapać się z parametrami odczuwali zawód z powodu dalekich lokat. Po pierwszej serii liczyło się dla nich już tylko dalekie latanie i dobra zabawa aniżeli ostateczne miejsce.

Co do wyników, nie ma wątpliwości- Kranjec zdecydowanie zasłużył na tytuł mistrza świata w lotach, drugi Velta również pokazał klasę, Martin Koch z Austrii zdobył brązowy medal mimo upadku(!) w drugim skoku. System przeliczeniowy okazał się nie dość nieprzewidywalny. Wystarczyło by skoczek odleciał daleko (Fannemel, Tepes) i rozbieg schodził w dół o kilka numerów. I na odwrót, jeśli zawodnik uzyskał fatalny wynik (Muotka i Matura w II serii) belka startowa była podnoszona. Częstotliwość zmian sprawiała, że nikt nie mógł być pewien swojego miejsca w klasyfikacji. Nie było całkowicie równych szans, co częściowo usprawiedliwiają zmienne warunki. Nie zmienia to jednak faktu, że różnice punktowe dochodzące do czterdziestu punktów przy takich samych odległościach nie są do końca wymiernymi wynikami, obrazującymi formę skoczków. Najlepiej, gdyby FIS przyjrzał się zagadnieniu obliczania wskaźników na skoczniach mamucich, by w mniejszym stopniu decydowały o końcowych rezultatach. Bo nie mamy złudzeń- system ten można, a wręcz trzeba udoskonalić, aby w miarę sprawiedliwie rekompensował zmienne warunki pogodowe.

 

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram