„Dziadek w czerwonej czapeczce” – o Stanisławie Marusarzu – cz.2

marusarz stanisaw 2Już 17 marca będziemy wspominać dzień, który pamiętać mogą tylko najstarsi górale – 17 marca 1935 roku Stanisław Marusarz ustanowił w słoweńskiej Planicy rekord świata w długości lotu (95 metrów). W związku z tym, nasz redakcyjny kolega przybliży sportowe dokonania oraz ciekawe wydarzenia z życia jednego z najwybitniejszych polskich skoczków narciarskich.

Felieton Wojciecha Bajaka pt. ” ‚Dziadek’ w czerwonej czapeczce” na SkokiPolska.pl w trzech częściach.

CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ II:

Pierwszą poważną imprezą Marusarza była Zimowa Olimpiada, odbywająca się w Lake Placid trzy lata po zakopiańskich mistrzostwach. Z Igrzysk przywiózł 27. miejsca w biegu narciarskim na 18 km oraz w kombinacji norweskiej, 17. lokatę w skokach, a także… rekord. Do wypoczywających po zawodach w nowojorskim hotelu, polskich olimpijczyków przyszedł amerykański dziennikarz i zaproponował im bieg na liczący 450 metrów, najwyższy wówczas wieżowiec świata – Empire State Building. Wyzwanie to przyjęli Marusarz, wspomniany już Czech i Zdzisław Motyka. Narciarze pokonali 1860 stopni, prowadzących na 102 piętro budynku w rewelacyjnym czasie 19 minut i 2 sekund, co stało się nowym rekordem obiektu. – Zdjęcia z tego wydarzenia można tam oglądać jeszcze dzisiaj. W holu znajduje się tablica, a na niej te trzy nazwiska – wspominała w l. 80-tych siostra Czecha, Stanisława Walczakowa. – Tacy byli narciarze tamtych lat… pełni fantazji – dodaje Wojciech Szatkowski autor wspomnień o Marusarzu.

Kolejnym sukcesem Marusarza na międzynarodowej arenie okazały się być zawody na Mistrzostwach Świata w Szczyrbskim Jeziorze, leżącym wówczas w Czechosłowacji. Młodemu zakopiańczykowi niewiele zabrakło do upragnionego medalu w skokach narciarskich. – Mimo orzeczenia kolegium sędziowskiego, bardzo nieprzychylnie nastawionego do naszych narciarzy, mieliśmy w tym konkursie dwóch najlepszych skoczków, zdobyliśmy najwięcej oklasków i gratulacji. – napisał „Przegląd Sportowy” w swej relacji z zawodów. Marusarz podczas tych zawodów złamał przypadkowo nartę, którą pomógł mu skleić jeden z jego rywali – brat Sigmunda, zwycięzcy na mistrzostwach w Zakopanem 6 lat wcześniej – Birger Ruud. Tak narodziła się długoletnia przyjaźń dwóch skoczków. Na naprawionym sprzęcie Marusarz osiągnął w obu skokach łączną odległość 116 metrów, co dało mu 4. miejsce, ze stratą zaledwie 4 punktów do brązowego medalu.

Pozycja ta pokazywała, że Marusarz na stałe wszedł do czołówki skoczków. Dowodem tego był konkurs o międzynarodowe mistrzostwo Jugosławii, który odbył się trzy tygodnie później na słynnej skoczni w Planicy. Polski skoczek wygrał zawody po fenomenalnym locie na odległość 87,5 metrów. Norweg, Reidar Andersen postanowił jednak pobić – już poza konkursem – rekord świata w długości skoku. Wyzwanie to przyjął także Marusarz. W pięknym stylu osiągnął on 95 metrów – Napięcie mięśni brzucha przy lądowaniu było tak wielkie, że puściły guziki od spodni. – wspominał potem – Po chwili spiker ogłosił, że jest to najdłuższy ustany skok świata! Mimo to jego konkurent nie dał za wygraną, jeszcze raz wdrapał się na skocznię i poprawił rekord Polaka o dwa metry, zrzucając go z tronu rekordzisty świata. Zmęczony po konkursie – w którym Andersen nie uczestniczył – Marusarz zrezygnował z kolejnych prób. Choć jego wynik jako rekord świata był krótkotrwały, dostał od organizatorów puchar upamiętniający to wydarzenie.

Bardzo dobrze zakopiańczyk spisał się też rok później na Olimpiadzie w Garmisch-Partenkirchen, gdzie pomimo zapalenia oskrzeli zajął doskonałe 5. miejsce w skokach i 7. w kombinacji norweskiej. Były to najwyższe indywidualne lokaty Polaków w dotychczasowej historii Zimowych Igrzysk Olimpijskich.

Prawdziwy sukces przyszedł jednak dopiero w 1938 r., podczas narciarskich MŚ organizowanych przez fińśkie Lahti. Marusarz stanął wtedy do konkursu skoków. Jego głównym przeciwnikami zdawali się być Norwegowie: Asbjoern Ruud (brat wspomnianych Sigmunda i Birgera), Reinar Andersen oraz Hilmar Myhra. Polak niezrażony tak silną konkurencją skakał jednak doskonale. W pierwszej próbie oddał najdłuższy w całej stawce skok – na odległość 66 m. Pozostali faworyci skakali o kilka metrów bliżej od zakopiańskiego asa. Przed drugą kolejką zewsząd dobiegały go okrzyki przychylnie nastawionej publiczności: – Marusar, Marusar, Puola! Słyszał to jeszcze gdy stanął na górze skoczni, jednak już ruszając w dół rozbiegu w uszach miał tylko pohukujący wiatr. – Na progu odbiłem się lekko, pracując rękami do punktu kulminacyjnego – wspominał potem. Publiczność w nerwowym podnieceniu patrzyła to na sylwetkę skoczka, to na znikające za jego plecami kolejne tabliczki z odległościami. Kiedy wreszcie Marusarz dociągnął prawie do 70 metra, elegancko wykończył skok ostrą kristianią. Po chwili Polaka otoczyli kibice, szczęśliwi że w końcu ktoś zdołał pokonać Norwegów. Gdy brali go na ręce zdołał jeszcze dostrzec jak dwaj sędziowie dyskutują na temat odległości jaką powinni mu zaliczyć. Fin dawał 67,5 metrów, zaś Norweg upierał się, że było to 0,5 m mniej. Niezależnie od wyniku tego sporu Marusarz i tak czuł się już jednak zwycięzcą, bowiem w obu skokach pobił rekordy skoczni, osiągając w sumie wynik o kilka metrów lepszy niż najgroźniejsi rywale.

Tym większe zaskoczenie, także wśród publiczności, wywołała decyzja jury. Złoty medal zdobył Asbjoern Ruud, wyprzedzając o 0,2 punktu Marusarza. Jednak to właśnie polski wicemistrz świata otrzymał największe brawa podczas ceremonii wręczania nagród i z Lahti mógł wyjeżdżać jako „moralny mistrz” jak określiła go prasa. Francuski dziennik „Paris Soir” napisał wprost: „Polak Marusarz najlepszym skoczkiem świata”. Polski „Król nart” zyskał niezwykłą popularność także wśród kibiców. W Polsce wygrał plebiscyt na najlepszego sportowca 1938 r., a każde dziecko chciało mieć charakterystyczną, czerwoną czapeczkę – zwaną „marusarką” – w której skakał.

Po latach gdy dziennikarz „Dziennika Polskiego”, Zbigniew Ringer rozmawiał o tym konkursie z pewnym Finem ten mu powiedział: – Dla nas autentycznym zwycięzcą zawodów był Marusarz. Ale nie mógł wygrać formalnie, bo zawody sędziowało dwóch Norwegów, którzy faworyzowali Ruuda. Nic więc dziwnego, że Finowie jeszcze długi czas po wojnie pytani o nazwisko najsłynniejszego Polaka, bez wahania twierdzili: – Marusar!

Rok później MŚ, organizowało Zakopane i Marusarz szykowany był przez kibiców jako faworyt do medalu. Tym razem jednak nie udało mu się spełnić oczekiwań. Po słabym pierwszym skoku zajął, mimo wszystko, niezłe 5. miejsce, lecz został przyćmiony przez swego brata stryjecznego Andrzeja, który był 4. w kombinacji norweskiej.

I CZĘŚĆ

III CZĘŚĆ

 

Wojciech Bajak

 

Komentarze

comments

1 thought on “„Dziadek w czerwonej czapeczce” – o Stanisławie Marusarzu – cz.2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram