„I PO SKOKACH” – PODSUMOWANIE SEZONU 2011/2012 – część 1

Jak szybko zleciała ta zima. Sezon 2011/2012 Pucharu Świata w skokach narciarskich przeszedł do historii. A jeszcze niedawno rozpoczynaliśmy przygodę z kolejnym sezonem zmagań. Tym razem zaczęło się inaczej, bo bez Adama Małysza – bezsprzecznie najlepszego polskiego skoczka w historii, legendy światowych skoków.

Oprócz „Orła z Wisły” narty na kołku zawiesili inni znani zawodnicy: zawsze niezwykle poważny Fin Janne Ahonen, doświadczony Niemiec Michael Uhrmann, Szwajcar Andreas Kuettel obdarzony ogromną wiedzą z zakresu swojej dyscypliny sportowej, zawsze uśmiechnięty, sympatyczny Norweg Anders Jacobsen czy krnąbrny i nieobliczalny Fin Harri Olli. Ostatnia dwójka to młodzi, ambitni skoczkowie o mentalności zwycięzców, jednak drugi z nich – delikatnie rzecz ujmując – nie potrafił poradzić sobie z ustabilizowaniem wysokiej formy. Ogólnie można stwierdzić, że z nadejściem zimy nastąpiło więc duże przetasowanie w czołówce, wyglądała ona zupełnie inaczej, aniżeli rok temu o tej samej porze.

Wpływ na taki rozwój wydarzeń miał m.in. fakt przerwania totalnej supremacji Austriaków, co wiązało się na początku z niewielką, aczkolwiek jednak – zniżką ich formy. Nie dominowali tej zimy tak jak w poprzedniej. Owszem, wciąż nie mają sobie równych wśród innych reprezentacji, które mogłyby stawić im czoła (przebudowywane, młode kadry Niemiec i Norwegii, totalny regres niedawnej potęgi – Finlandii). 

Andreas Kofler, Gregor Schlierenzauer i Thomas Morgenstern gwarantują stabilność i solidność, wystarczyło tylko dobrać czwartego (Martina Kocha na mamuty, Wolfganga Loitzla na duże, średnie) i sukces był gwarantowany. Wydawałoby się zatem, że dwa zwycięstwa Norwegów i jedno Słoweńców w tegorocznych drużynówkach podetną skrzydła niepokonanym dotychczas Austriakom. Ale to oni triumfowali w Mistrzostwach Świata w lotach w Vikersund (HS 225), a później potwierdzili swoją dominację w Lahti (HS 97) oraz w Planicy (HS 215). Czwarty raz z rzędu wygrali klasyfikację FIS Team Tour i ósmy z rzędu (!) Puchar Narodów.

Po pierwszych konkursach sprawdzały się prognozy przedsezonowe- Austriacy kompletnie zdominowali początek sezonu. Trzy zwycięstwa Koflera na „dzień dobry”, wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni dla Austriaków (dwa razy Schlierenzauer, po razie Kofler i Morgenstern; zwycięstwo tego pierwszego w całym TCS) i obsadzone całe podium tegoż turnieju przez wspomnianą trójkę zwiastowały nie tyle dominację co totalną hegemonię skoczków alpejskiego kraju w dalszej części sezonu. Można przypomnieć jednak pewne kontrowersje związane z decyzjami jury podczas tego „narciarskiego Wielkiego Szlema”. Kilkakrotnie po konkursach, w których systematycznie najlepsze wyniki uzyskiwali podopieczni Alexandra Pointnera, w mediach i pośród wielu kibiców pojawiały się podejrzenia o faworyzowanie Austriaków – szczególnie chyba po konkursie na „Bergisel” w Innsbrucku, kiedy to wielcy kandydaci do walki o podium – Kamil Stoch i Daiki Ito zostali puszczeni w warunkach, które praktycznie zamykały im drogę do dobrych rezultatów. Pojawiło się wiele gorzkich słów i pretensji, ale sezon trwał dalej – the show must go on. W tym wszystkim zachwycać na pewno może stoicki spokój Japończyków gdy Ito w Innsbrucku lądował tuż za bulą.


Wrażenia hegemoni Austriaków nie przesłoniła nawet drużynowa „wpadka” w Harrachovie, którą braliśmy raczej za wypadek przy pracy, aniżeli spadek formy. W klasyfikacji generalnej jeszcze po konkursie w Predazzo w czołowej czwórce mieliśmy aż trzech Austriaków. Kolejne konkursy pokazywały jednak, że „austriacka maszynka lekko się zacięła”, Kofler i „Morgi” tylko raz wskakiwali na najniższy stopień podium, regularny w miarę pozostawał tylko Schlierenzauer (zwycięstwa w Zakopanem i Predazzo, drugie miejsce w Predazzo) co pozwalało mu na walkę do samego końca o Kryształową Kulę.

Do głosu tymczasem zaczęli dochodzić inni: dwukrotnie zwyciężał Kamil Stoch, czterokrotnie Daiki Ito, regularnie wysoko punktowali Severin Freund z Richardem Freitagiem. Robert Kranjec i Martin Koch potwierdzali swoje nieprzeciętne możliwości na skoczniach mamucich. Słoweniec wygrywał w Tauplitz i Planicy, Austriak w Oberstdorfie. Najdłużej zapamiętamy jednak ich pasjonującą walkę na Mistrzostwach Świata na Vikersundbakken. Ostatecznie konkurs z powodu mocnego wiatru, składał się z dwóch (zamiast z zaplanowanych czterech) serii, a na największej skoczni świata po raz kolejny okazało się, że przekraczanie kolejnych granic w sporcie oraz walka z żywiołami – nie są łatwe, ale równocześnie są szalenie emocjonujące. Skaczący w drugiej serii przed Kochem Kranjec uzyskał fantastyczne 244 m . Austriak postawił wszystko na jedną kartę, jednak nie ustał lotu na 243 metr… Na pocieszenie zdobył brązowy medal ( mimo upadku!) oraz złoty w drużynowym konkursie. Sensacyjnym srebrnym medalistą został Rune Velta (Norwegia), dla którego zdecydowanie jest to największy sukces w dotychczasowej karierze. W końcowej klasyfikacji górą był Słoweniec i to on sięgnał po małą Kryształową Kulę ze loty narciarskie. Najdłuższy skok w sezonie oddał kolejny młody Norweg – Anders Fannemel z Norwegii na odległość 244,5 m – jest to drugi wynik w historii, po ubiegłorocznym rekordzie jego rodaka – Johana Remena Evensena, który to zresztą jeszcze w trakcie sezonu postanowił zakończyć sportową karierę.

„I PO SKOKACH – Podsumowanie sezonu 2011/2012 – część 2.”

Na część drugą zapraszamy już jutro (19.03).

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram