KRZEPTOWSCY – JEDYNA TAKA RODZINA (cz.1)

Niedaleko stoi narciarstwo od zbójnictwa. Te same szlaki, którymi niegdyś chadzali mocarni harnasie, w początkach XX w., przejęli miłośnicy dwóch desek z Podhala. Wśród nich liczne grono zbójnickich potomków. Nie porzucili szumnych charakterów, jakie odziedziczyli po przodkach, tyle że zamiast ciupagą, zaczęli wojować drewnianymi nartami, a te ich potyczki wymagały nieraz więcej odwagi, niźli prawdziwe zbójnickie bitwy z hajdukami. Ci nowi harnasie musieli bowiem samotnie walczyć nie tylko z gromadą przeciwników, ale też przestworzami oraz siłami natury.

 

ZBÓJNICKIE GENY IDĄ W SPORT

Nie darmo zbójnickie towarzystwa nazywano „familiami”. Kompani byli nieraz bliżsi sobie niż bracia, a rzemiosło zbójeckie przechodziło z ojca na syna. Tak jak szumna natura. Jednym ze zbójników pod koniec XVIII w. był Wawrzyniec Krzeptowski. Po nim na te same ścieżki wstąpił syn, Jan zwany też Zosinem. mimo szumnej młodości, spędzanej na wyprawach poza bucki, wiele wiosen później zapisał się w historii Podhala nie tylko jako zbójnik, ale też jako wójt Kościeliska. W jego tatrzańskie i polityczne ślady poszli wkrótce także trzej synowie, czyli najsłynniejszy podhalański góral, gawędziarz, imiennik ojca – Sabała, kolejny wójt z tego klanu – Józef oraz najmłodszy Jędrzej. On z kolei zasłynął jako przewodnik górski, kłusownik, a także… poseł do Sejmu Galicyjskiego. Tatry dały mu sławę, polityka zaś majątek. I tak też wyglądało całe życie tego człowieka: z jednej strony wielkie góry, a z drugiej wielka polityka. Te dwa żywioły utworzyły między sobą ogromną przepaść nad którą lawirowali również prawie wszyscy potomkowie Jędrzeja. Aż w końcu to bujne drzewo genealogiczne wydało też narciarskie gałęzie.

Sportowy rozdział w dziejach rodu otwiera syn Jędrzeja – Wojciech. W 1915 r., został on przewodniczącym Sekcji Narciarskiej Związku Górali, w barwach której startowali pierwsi zawodnicy rodem z Podhala, m.in. Jędrzej Marusarz – Jarząbek, Stanisław Gąsienica – Ciułacz, Franciszek Sobczak, czy Józef Gąsienica Gładczan. Klub ten jednak zakończył działalność tuż po I Wojnie Światowej. Mimo to nazwisko przetrwało na narciarskich trasach. Trzeba było jednak jeszcze jednego pokolenia, aby ujrzeć na nartach potomka zbójnika – syna Wojciecha oraz wnuka Jędrzeja – Adama.

Ukochane Tatry opuścił on wcześnie, bo już w wieku 10 lat, ojciec wysłał go po nauki do Krakowa. Później jeszcze przemierzył drogę wiodącą przez Gimnazjum w Nowym Targu, powrót do grodu pod Wawelem, Wyższą Szkołę Artystyczną w Wiedniu, front wojenny, koszary wojskowe Pułku Strzelców Podhalańskich, naukę w Wyższej Szkole Handlowej, aż w końcu jako 24-latek, w 1922 r., przybył znów pod tatrzańskie wierchy. Gdzieś pomiędzy tymi zawirowaniami losu, jego życiowa ścieżka zahaczyła o narciarskie trasy.

Jeszcze w trakcie nauki w Krakowie, młody góral ścigał się na dwóch deskach, broniąc barw Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarskiego. W 1915/16 r., zajął nawet na rodzinnej ziemi, w Zakopanem podczas sylwestrowego Biegu Studentów, organizowanego przez AZS 3. miejsce. Z powodu nauki nie mógł jednak w tym okresie poświęcić tyle czasu ile by chciał na ukochane szusy w białym puchu. A później wojna i służba wojskowa odrzuciły go jeszcze dalej od sportu. Miłość do białego szaleństwa przez te wszystkie stracone zimy jednak u niego nie wygasła i pomimo wieloletniego braku startów, kiedy tylko wrócił w rodzinne strony niemal od razu przypiął do nóg drewniane deski i nadal próbował występować w różnych zawodach, a nawet odnosił pewne sukcesy. W barwach AZS-u w 1922 r., zajął 3. miejsce w biegu juniorów na zawodach w Bielsku. Taką samą pozycję przyniósł mu też bieg Sekcji Narciarskiej AZS, rozegrany w Krakowie 12 lutego tego roku. Przyzwoite rezultaty sprawiły, że znalazł się nawet w kadrze na I Międzynarodowe Zawody Narciarskie w Zakopanem. W biegu II klasy na 76 uczestników finiszował na niezłym 16. miejscu, a podczas kolejnej edycji tej imprezy zdołał się jeszcze poprawić o dwie lokaty.

Adam Krzeptowski nie doczekał się wielkich sukcesów w roli zawodnika. Stał się natomiast jednym z najbardziej prężnych działaczy sportowych w Polsce. Na skoczniach nazwisko to rozsławił natomiast jego młodszy o pięć lat brat, Andrzej. Początkowe losy miał nieco mniej pokręcone niż krewniak. Gimnazjum skończył „u siebie”, w Zakopanem. Naznaczony imieniem słynnego dziadka rychło zdołał dorzucić swoje do hyru jaki otaczał ród Krzeptowskich za sprawą dumnych przodków.

 

DYKTATOR STYLU

W pierwszej połowie lat 20-tych, jeszcze przed erą Czecha, czy Marusarza, Polska doczekała się niezwykle utalentowanej grupy skoczków. Stanowili ją chłopcy urodzeni na początku XX w. Rej wśród nich wiedli trzej zakopiańczycy: Aleksander Rozmus, Henryk Muckenbrunn oraz właśnie Andrzej Krzeptowski. Każdy z nich dysponował innym orężem. Pierwszy potrafił walczyć w powietrzu zaciekle o choćby jeden centymetr, dzięki czemu za długość nieraz płacił nie słabymi notami, a często kończył też skoki z upadkiem. Popisy drugiego z kolei zapierały dech w piersiach nawet poważnym gazdom przyzwyczajonych nie dziwić się niczemu. Fantazja i niebywała wręcz odwaga tyleż często przynosiły mu jednak sukces, co i pchały do zguby. I wreszcie Krzeptowski – niezrównany stylista. Wybijając się w przestworza, na tle gór, wyglądał tak dostojnie jak harnaś skaczący ze skalistej turni. W dodatku nad swą bronią, drewnianymi nartami, panował nie gorzej niż starodawni zbójnicy nad ciupagą. Przez szereg lat ta doskonała technika zapewniała mu zaszczytne miejsce w europejskiej czołówce.

Z racji takiej konkurencji o trofea wcale nie było mu łatwo, a smak zwycięstw nieraz mieszał się z goryczą porażek. Na Mistrzostwach Polski w 1920 r. zadebiutował nie w skokach, lecz w biegu. W kategorii juniorów udało mu się zająć 3. miejsce za Józefem Zubkiem i – jakżeby inaczej – Henrykiem Muckenbrunnem. Po raz pierwszy uczucia szybowania w powietrzu podczas zawodów zasmakował rok później. W barwach swojego pierwszego klubu SN PTT Zakopane zdobył wtedy mistrzostwo kraju juniorów przed Szczepanem Witkowskim ze Lwowa. Dodatkowo kroniki odnotowują, że stał się autorem najdłuższego skoku wśród zawodników na tym konkursie. Na początku 1922 r., poznał też inne niż tatrzańskie stoki u stóp których się wychował. Kalendarz zawodów wywiódł go bowiem do Bielska, gdzie zarówno podczas biegów jak i skoków na Magórce okazał się podczas międzyklubowych zawodów bezkonkurencyjny. Co ciekawe w tej pierwszej dyscyplinie startował w gronie juniorów, ale w drugiej po raz pierwszy starł się z seniorami i od razu wyprzedził m.in. Rozmusa. Jego rywal skoczył kolejno: 14, 13,5 oraz 14,5 metrów, ale dwóch ostatnich skoków nie zdołał ustać. Krzeptowski tymczasem choć po zsumowaniu wyników stracił do rywala ogółem sześć metrów, wygrał z nim zdecydowanie dzięki swej wspaniałej broni – nienagannemu stylowi i pewności lądowania. Od tej pory ostatecznie porzucił zmagania młodszych i awansował do kategorii seniorów, gdzie może mniej pasował wiekiem, ale brak doświadczenia rekompensował umiejętnościami.

Wyniki te nie umknęły uwadze władz. Przez Polski Związek Narciarski potomek zbójnickiego rodu zakwalifikowany został do I klasy sportowej i wyznaczony na start pierwszych Międzynarodowych Zawodów o Mistrzostwo Tatr w Zakopanem. Klasyfikacja imprezy obejmowała bieg i skoki. W tej pierwszej konkurencji został wyprzedzony tylko przez dwóch zawodników – Węgra, Aladara Thorna i Czecha, Karela Koldovskiego. Podobną pozycję przyniosła mu też druga z wymienionych dyscyplin. Tym razem nie dał rady Rozmusowi oraz wspomnianemu już Koldovskiemu. Po zliczeniu rezultatów Mistrzem Tatr został właśnie przybysz zza południowej granicy, Krzeptowskiemu przypadła natomiast druga pozycja, dzięki swej wszechstronności wyprzedził bowiem i Rozmusa i Thorna od których okazywał się gorszy w pojedynczych konkurencjach. W rozegranej osobno sztafecie wraz z kolegami klubowymi – Rozmusem oraz Józefem Zubkiem również stanął na drugim stopniu podium.

Rok 1922 przyniósł dwudziestolatkowi z Zakopanego jeszcze jeden niepodważalny sukces. Na Mistrzostwach Polski, po raz pierwszy rozegranych poza Zakopanem, w Sławsku sięgnął po tytuł mistrzowski – przyznawany wówczas najlepszemu zawodnikowi w skokach i biegach. Krzeptowski zajął w tych specjalnościach odpowiednio 2. i 1. miejsce. Wedle dzisiejszego podziału zdobył więc złoto w biegu oraz kombinacji norweskiej, zaś srebro w skokach. W tej ostatniej dyscyplinie okazał się natomiast najlepszy podczas kończącego sezon konkursu na obiekcie na Jaworzynce, a także na pierwszych międzynarodowych zawodach narciarskich z udziałem Polaków – w Westerowie. Pokonał tam czołówkę skoczków z naszego kraju oraz Czechosłowacji, na czele z Thornem i Muckenbrunnem.

Pod koniec grudnia do Zakopanego przybyli dwaj austriaccy skoczkowie Sepp Bildstein i Hans Meyringer. Mieli oni poprowadzić kurs dla najlepszych polskich narciarzy, pomyślany jako część przygotowań do zawodów zagranicznych. Był wśród tych adeptów patrzących coraz śmielej poza tatrzański horyzont też Andrzej Krzeptowski. Przegląd Sportowy napisał o nim: – „Nie mogli obaj nauczyciele należycie ocenić Krzeptowskiego, który opuścił kilka lekcji. Na konkursie natomiast wypowiadali się o nim nader pochlebnie”. Nic dziwnego, bowiem wygrał on te zawody przed Eugeniuszem Kalicińskim z Lwowa oraz niezmordowanymi Rozmusem i Muckenbrunnem. W sezonie tym znów był drugi podczas Mistrzostw Tatr w Zakopanem, gdzie w biegu zajął 4. miejsce, a w skokach przegrał minimalnie tylko z Węgrem, Belą Strauchem. W sezonie tym udało mu się natomiast zdobyć po raz kolejny mistrzostwo Polski w narciarstwie. Podczas zmagań na najważniejszej imprezie krajowej wreszcie triumfował też w skokach. Swe znakomite opanowanie nart pokazał dodatkowo podczas rozegranego osobno slalomu, który także padł jego łupem.

W tym też roku lepiej poznał zagraniczne obiekty. Na Mistrzostwach Szwajcarii w Grindelwaldzie zajął 11., a podczas Pucharu Francji w Luchon 5. miejsce. Po raz pierwszy zmierzył się wtedy z tak dużymi skoczniami. Dotąd miał do czynienia jedynie z niewielkimi obiektami na Jaworzynce, Antałówce, w Westerowie, czy innych polskich ośrodkach. Tymczasem u stóp Alp musiał stanąć oko w oko z „potworami”, które dawały fruwać prawie pięćdziesiąt metrów. Nie zdeprymowało to jednak młodego górala i w doborowej stawce pokonał kilku utytułowanych rywali, a ze Szwajcarii dodatkowo wywiózł nowy rekord Polski w odległości, wynoszący odtąd 38 m. Co więcej zyskał wiele pochlebnych opinii za swój styl, także wśród sędziów, czemu dali wyraz oceniając go wyżej niż niedawnego nauczyciela Polaków – Seppa Bildsteina. Podczas tego alpejskiego tournée Krzeptowski zawadził też o austriacki Seemmering, ale tam zajął odległe miejsce. Występy te podsumował pięć lat później tygodnik „Stadjon”: – „Był to debiut Polaka na wielkiej skoczni. Debiut świetny.” Wypracowany na treningach w Zakopanem styl pozwolił mu bezproblemowo dostosować się do większych obiektów.

Ta wybrukowana sukcesami droga doprowadziła go ostatecznie do I Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Chamonix w 1924 r. Z Zakopanego Krzeptowski wyjeżdżał jednak na… Tydzień Sportów Zimowych. Wbrew pozorom nie doszło do żadnej wymiany podczas transportu. Po prostu impreza ta dopiero rok później zyskała rangę Olimpiady. Już sama podróż pociągiem przyniosła niemało emocji. Austriaccy pogranicznicy nie chcieli przepuścić Polaków z powodu przewożonych przez uczestników biegu patrolowego (dyscypliny będącej prekursorem biathlonu) karabinów. Dopiero po wielominutowych negocjacjach zgodzili się na przejazd. Biało-czerwonym uciekła jednak niepowtarzalna okazja wzięcia udziału w ceremonii otwarcia imprezy.

Na medale nikt specjalnie nie liczył. Chodziło raczej o pokazanie, że w odrodzonej Rzeczpospolitej powoli odbudowywany jest również sport. W porównaniu z rywalami byliśmy jednak, co tu dużo mówić, zacofani. Po raz pierwszy właśnie w Chamonix, Polacy zobaczyli profesjonalne smary do nart. Zawodnicy złożyli się więc i kupili jedno z mazideł. Nie wiedzieli jak się go fachowo nakłada, przez co posmarowali deski zbyt grubą warstwą. W dodatku potem dowiedzieli się, że różne substancje stosuje się zależnie od warunków pogodowych, czy rodzaju śniegu. Do porażki przyczyniła się też skocznia, dużo większa niż te znane choćby z zeszłorocznego wypadu. Dlatego też wyniki były słabe, a z naszych rodaków w narciarstwie najlepiej spisał się właśnie Krzeptowski. Był 21. w skokach narciarskich, gdzie oddał skoki na odległość 33 oraz 32 metrów, co pozwoliło mu wyprzedzić trzech Francuzów, dwóch Szwajcarów, a także znanego potem kombinatora norweskiego, Czecha Josefa Bima. Znów za to doceniono jego styl, ale nawet ta, zwykle groźna, broń nie pozwoliła mu walczyć równorzędnie z najlepszymi. – „Krzeptowski skazany sam na reprezentowanie naszych barw w skokach musiał skakać niezmiernie ostrożnie, by jednym skokiem z upadkiem wszystkiego nie zepsuć. Stąd też miał skoki krótkie.” – pisał Henryk Szatkowski w „Narciarstwie Polskim”. W dwuboju klasycznym do którego doliczono wyniki biegu poprawił się jeszcze tylko o dwie pozycje.

 

Część druga sportowej historii rodziny Krzeptowskich już jutro (24 grudnia). ZAPRASZAMY!

 

Wojciech Bajak

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram