Martin Schmitt – niemiecki idol przełomu wieków i główny rywal Adama Małysza

Martin Schmitt, fot. Kata DeakKiedy odejść na tak zwaną sportową emeryturę? Czy to jest akurat najlepszy moment? A jeżeli to za wcześnie,  może mógłbym jeszcze wiele osiągnąć i znów wzbić się na wyżyny swoich możliwości, tak jak kiedyś walczyć z najlepszymi,  na światowym poziomie? To pytania które zapewne niejednokrotnie pojawiają się w głowie sportowca myślącego o zakończeniu swojej kariery.

 

Pytania bardzo trudne, ponieważ nie jest łatwo rozstać się z czymś, co robiło się przez większość cześć swojego życia, szczególnie jeśli praca ta przynosiła oczekiwane efekty. Codzienne treningi, ogromny wysiłek, częste wyjazdy, rozstania z rodziną, mnóstwo wyrzeczeń to z pewnością wielkie poświęcenie, któremu nie podołałoby wielu z nas. Talent a do tego systematyczna praca, silna wola, dawanie z siebie 100% możliwości z czasem jednak procentuje.

Dlaczego my kibice skoków narciarskich kochamy i podziwiamy wspaniałych gladiatorów skoczni? Odpowiedzi z pewnością można mnożyć, ale głownie za ich silną wolę, samodyscyplinę, i oczywiście za wspaniałe chwile, które właśnie dzięki Martin Schmitt, fot. Stefan Piwowarnim rozjaśniały  zimowe wieczory w naszych domach, skoczkowie stali się  dla nas, fanów skoków narciarskich częstymi gośćmi, którzy obowiązkowo odwiedzali nas przynajmniej w weekendowe dni od listopada do marca, nic więc dziwnego w tym że każda decyzja o zakończeniu kariery, jest  dla nas kibiców smutną wiadomością, szczególnie jeśli „ze skoczni” odchodzi taka gwiazda jak Martin Schmitt. I chociaż Niemiec kiedyś był jednym z największych rywali naszego wielkiego skoczka Adama Małysza, nie dało się go nie lubić, dwaj mistrzowie niejednokrotnie staczali ze sobą pojedynk na najwyższym światowym poziomie, a na naszych oczach tworzyła się piękna historia skoków narciarskich której karty pisali dwaj wielcy skoczkowie świata.

Schmitt po raz pierwszy założył na nogi narty w wieku trzech lat, a swój pierwszy skok wykonał trzy lata później. Od początku Niemiec reprezentował klub SC Furtwangen, a swoje pierwsze punkty w Pucharze Świata zdobył podczas trzeciego konkursu rozgrywanego wówczas 45. Turnieju Czterech Skoczni, miało to miejsce w 1997 roku, w austriackim Innsbrucku. W tym samym roku wystąpił także na mistrzostwach  świata w Trondheim, indywidualnie skoczek nie uzyskał najlepszych rezultatów – był dopiero 33. na normalnej skoczni i 15. na dużej, razem z drużyną zdobył jednak brązowy medal. Wkrótce Niemiec mógł pochwalić się srebrnym medalem olimpijskim z Nagano, który wywalczył wraz ze swoimi kolegami z drużyny: Svenem Hannawaldem, Dieterem Thomą oraz Hansjörgiem Jäkle. Sezon 1997/1998 Schmitt zakończył na 27. pozycji w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Był on w tamtym czasie był przeciętnym niemieckim skoczkiem, pozostającym w cieniu Dietera Thomy, jednak już w następnym sezonie miała nadejść „era Martina Schmitta”.

Martin Schmitt, fot. Tuija HankkilaW przyszłe sukcesy niemieckiego skoczka wierzyli m.in. jego klubowy trener Wolfgang Steiert a także brat Martina, Thorsten Schmitt (niemiecki kombinator norweski), który ogromne nadzieje pokładał w swoim o dwa lata młodszym bracie i nie zawiódł się. W sezonie 1998/1999 Martin Schmitt pokazał swój talent i niezwykły potencjał jaki dotąd w nim drzemał. 28 listopada 1998 roku, Niemiec po raz pierwszy stanął na najwyższym stopniu pucharowego podium, a miało to miejsce w norweskim Lillehammer. Wszyscy wraz z trenerem Reinhardem Hessem byli zdumieni niezwykła formą młodego skoczka. Na następne sukcesy nie trzeba było długo czekać, Schmitt był najlepszy w Chamonix, Val di Fiemme, Oberstdorfie, Gamisch-Partenkirchen, Sapporo, Kuopio, Falun i Planicy. Wielokrotnie stawał też na drugim i trzecim stopniu podium dlatego też na Mistrzostwa Świata do Ramsau Martin pojechał w roli faworyta i jak przystało na prawdziwego mistrza, zdobył złoto na dużej skoczni (w Bischofshofen). Niemieccy kibice mieli wiele powodów do dumy gdyż podczas tego czempionatu w pierwszej dziesiątce uplasowało się aż trzech ich zawodników – był Hannawald a dziesiąty Thoma. Niemcy wygrali też konkurs drużynowy, zaledwie o 1,9 punktu przed Japończykami, w których składzie znalazł się legendarny Kazuyoshi Funaki, który zresztą zgarnął tam złoto na skoczni normalnej.

Martin Schmitt był wówczas najlepszym zawodnikiem w sezonie zdobył Małą Kryształową Kulę za loty i wygrał klasyfikację generalną Pucharu Świata. Na szóstym miejscu w „generalce” uplasował się Sven Hannawald, a na dziesiątym Dieter Thoma. Niemiecki trener miał więc wiele powodów do dumy. Martin został okrzyknięty mianem „niemieckiego messerschmitta”, gdyż bez wątpienia to dzięki niemu skoki w Niemczech stawały się coraz bardziej popularne, czego następstwem było zainteresowanie kolejnych znaczących sponsorów.

W następnym sezonie wielka forma nie opuściła Niemca, Kryształowa Kula znów należała do niego, aż siedemnaście razy stawał na podium. Dobrą formą cieszył się też drugi z Niemców, Hannawald, który ostatecznej klasyfikacji był czwarty. Mistrzostwa świata w Vikersund zakończył na szóstej pozycji. Popularny messerSCHMITT był faworytem 48. Turnieju Czterech Skoczni, jednak końcowy rezultat dał mu trzecią pozycję. Tuż za nim znalazł się jego kolega z reprezentacji Sven Hannawald, a cały turniej wygrał Andreas Widhölzl.

Adam Małysz - jeden z największych rywali Martina Schmitta, fot. Kata DeakSezon 2000/2001 to czasy wielkiej formy naszego Mistrza z Wisły. Chyba nikt z nas nie zapomni tamtej zimy, w której dwaj gladiatorzy skoczni toczyli ze sobą pojedynek o Kryształową Kulę. Wszystko zaczęło się w fińskim Kuopio, gdzie triumfował Martin Schmitt, a Małysz został zdyskwalifikowany za zbyt długie narty. W pierwszym konkursie Turnieju Czterech Skoczni znów wygrał Niemiec i to w wielkim stylu, ustanawiając nowy rekord ówczesnej Schattenbergschanze (133 metry). W Ga-Pa to Polak okazał się być lepszym, zajmując najniższy stopień podium, Niemiec był dopiero siódmy, dodatkowo „Orzeł z Wisły” w drugiej serii ustanowił niesamowity rekord obiektu (129,5 metra). Innsbruck znów okazał się być szczęśliwym dla nas miejscem – Małysz wygrał konkurs, a popularny messerSCHMITT był dopiero dziewiąty. Swoją wielką klasę nasz skoczek pokazał także w Bischofshofen. Wygrywając zawody zapewnił sobie końcowy triumf w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni, Martin natomiast w konkursie uplasował się tuż poza podium, a w turnieju musiał uznać wyższość Małysza.

Skoczkowie jednak nie odpuszczali, gdyż do wygrania było jeszcze wiele konkursów i kwestia prowadzenia w „generalce” wciąż pozostawała otwarta. W Harrachovie Małysz był znów najlepszy dodatkowo ustanowił nowy rekord Polski w długości lotu (212 m). Schmitt nie wziął udziału w przedolimpijskiej próbie w Salt Lake City, dzięki czemu Polak po raz pierwszy założył żółty plastron lidera. Japońska Hakuba okazała się być dla nas pechowa, pierwszy skok Małysza zakończył się upadkiem, a na „fotel lidera” powrócił Schmitt, który wygrał konkurs. W Sapporo Niemiec był bez punktów, Polak triumfował i znów przejął prowadzenie w klasyfikacji generalnej, które umocnił w niemieckim Willingen bijąc przy okazji niebotyczny rekord obiektu (151,5 metra), który był pierwszym oficjalnym skokiem powyżej 150 metrów na dużym obiekcie. Konkursy skandynawskie (Falun, Trondheim, Oslo) padły łupem Polaka, a na Graanasen Małysz ustanowił kolejny rekord skoczni (138,5 metra) wprawiając w osłupienie narciarski świat, zapewnił sobie tym samym triumf w końcowej klasyfikacji generalnej PŚ. W finałowych zawodach w Planicy to Schmitt wysłuchał hymnu narodowego, stojąc na najwyższym stopniu podium. To był wspaniały sezon, pełen emocji, pięknej sportowej rywalizacji, dwóch znakomitych postaci skoków.

Sven Hannawald, fot. Julia PiątkowskaKolejny sezon 2001/2002 ku uciesze Polaków znów należał do Małysza, a najlepszym Niemcem tej zimy nie był juz Martin Schmitt tylko Sven Hannawald, który w końcowej tabeli znalazł się tuż za Polakiem. Martin uplasował się w połowie pierwszej dziesiątki. Niemiecka kadra była bardzo mocna o czym świadczyło ich prowadzenie w klasyfikacji generalnej Pucharów Narodu. Z Turnieju Czterech Skoczni Schmitt nie przywiózł miejsca na podium. Tamta zima obfitowała w prestiżowe imprezy, najważniejsze dla zawodników były Zimowe Igrzyska Olimpijskie, które rozgrywały się w Salt Lake City (USA). Indywidualne rezultaty Niemca nie pozwoliły mu zdobyć ani jednego medalu, Schmitt dwa razy znajdował się w pierwszej dziesiątce. Ulubieniec niemieckich kibiców zza oceanu nie wrócił jednak z pustymi rękoma, wraz z drużyną Niemiec wywalczył mistrzostwo olimpijskie w konkursie drużynowym, w której skład wchodziły jeszcze takie sławy jak Sven Hannawald, Stephan Hocke i Michael Uhrmann. Nasi zachodni sąsiedzi wyprzedzili wtedy fińskich skoczków zaledwie o 0,1 punktu. Po powrocie z Igrzysk Schmitt wygrał zawody w Lahti, wyprzedzając Małysza i Kranjca. Było to ostatnie pucharowe zwycięstwo utytułowanego skoczka w karierze. Martin niecały miesiąc po najważniejszych zawodach wywalczył srebro na Mistrzostwach Świata w lotach w Harrachovie, wyprzedził go znakomity Hanni. W Turnieju Nordyckim Schmitt po raz kolejny zajął trzecie miejsce, a cały sezon zakończył na piątym miejscu w klasyfikacji generalnej. Sezon zakończył bardzo efektownie w marcu w Planicy – ustanowił swój życiowy rekord wynoszący 224 metry.

Po zakończeniu sezonu Schmitt przechodził kryzys formy i niestety do tak dobrego skakania już nigdy nie powrócił. Dopiero w 2005 roku. Niemiec wywalczył srebro w drużynowym konkursie podczas mistrzostw świata w Obersdorfie. Z zimowych Igrzysk Olimpijskich rozgrywanych w 2006 roku w Turynie, Niemcy wrócili bez medali.

Jubileuszowe pięćdziesiąte  podium w karierze, zawodnik z Milką na kasku, wywalczył 11 marca 2007 roku w fińskim Lahti. Na mistrzostwach w Sapporo niemiecka kadra zajęła daleką ósmą lokatę, był to jeden z najgorszych wyników tej reprezentacji w historii.

Do nieco lepszego skakania Schmitt powrócił w sezonie 2008/2009. W austriacko-niemieckim TCS zajął dobrą, 6. lokatę, a podczas dość loteryjnego, jednoseryjnego konkursu o Mistrzostwo Świata na dużej skoczni w Libercu zdobył srebro i tytuł Wicemistrza Świata. W „generalce” PŚ ostatecznie zajął dobre szóste miejsce.

W sezonie 2009/2010r najlepszym indywidualnym rezultatem Martina była dopiero dziesiąta lokata, zaś w Vancouver Niemcy pod wodzą Wernera Schustera zdobyli srebrne medale w konkursie drużynowym. Były to ostatnie Igrzyska Olimpijskie w których Martin Schmitt wziął udział. Do jego sukcesów należy także brązowy medal, który zdobył wraz z drużyną na mistrzostwach świata w Oslo w 2011 roku.

Martin Schmitt, fot. Julia PiątkowskaTak naprawdę zawrotna kariera Martina skończyła się po 2002 roku, co prawda odnosił jeszcze pojedyncze sukcesy, szczególnie w konkursach drużynowych, jednakże nie była to już forma do jakiej przed laty przyzwyczaił nas Niemiec. To właśnie zimowa stolica Polski jest miejscem, w którym Schmitt  ostatni raz stanął na podium Pucharu Świata. Miało to miejsce w 2009 roku. Co jakiś czas w mediach pojawiały się pogłoski o tym, że Niemiec zamierza zakończyć swoją karierę. Mimo tego Schmitt nadal trenował i startował zarówno w Pucharze Świata, jak i Pucharze Kontynentalnym. Wciąż liczył na dobre starty i powrót do lepszej dyspozycji, która jednak systematycznie ulegała obniżeniu. Werner Schuster nie znalazł miejsca dla Schmitta w składzie drużyny na tegoroczne Igrzyska Olimpijskie w Soczi, dlatego też Schmitt ogłosił zakończenie swojej 17-letniej, bogatej w sukcesy kariery. Stało się to podczas konferencji prasowej po konkursie PŚ w Willingen. Niemiec bardzo chciał pojechać do Soczi, marzył o czwartym medalu olimpijskim, jednak po cichu zdawał sobie sprawę z tego, że tego marzenia już nie spełni. Mimo tego tak bogatej kariery Niemcowi może pozazdrościć niejeden skoczek narciarski. Co Martin będzie robił po zakończeniu sportowej kariery, już wiemy. Schmitt nie rozstaje się ze skokami na dobre, swoja wiedzę i doświadczenie zamierza przekazywać młodym skoczkom. Wierzymy  że Martin Schmitt doskonale sprawdzi się w roli trenera i już niedługo będziemy oglądali młodych sportowców, którzy w godny sposób zastąpią wielkiego skoczka.

Schmitt to nie tylko utytułowany, wspaniały skoczek, ale także człowiek czuły na problemy innych osób. Jak wiadomo miłość do skoków narciarskich rozpalił w nim jego brat, niestety z powodu choroby starszy z braci Schmittów nie mógł tak jak Martin spełniać swoich marzeń. Schmitt założył fundację która pomaga ludziom walczyć z chorobą nowotworową, na którą cierpial Thorsten. W 1999 roku po bardzo groźnym upadku, którego doznał rosyjski zawodnik Valery Kobelev na mamuciej skoczni w Planicy, Martin Schmitt z własnej kieszeni wsparł leczenie i rehabilitację kolegi ze skoczni.

Nam kibicom w przyszłym sezonie na pewno będzie brakowało skoczka, z charakterystycznym fioletowym kaskiem na głowie, ale wspaniałych chwil i sportowych wspomnień już nikt nam nie odbierze. Pozostało tylko podziękować Martinowi za wspaniałe lata i za te piękne emocje, które towarzyszyły nam podczas jego znakomitych startów.

 

Agnieszka Połomska

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram