Willingen – burza śnieżna w małej szklance śniegu (felieton)

Severin Freund, Kamil Stoch, Peter Prevc - największe gwiazdy ostatnich sezonów (fot. Julia Piątkowska)Mój telewizor wespół z pilotem chyba nie zaliczą minionego weekendu do udanych. Najpierw katowałam obu meczem piłkarzy ręcznych z pewnym bogatym w choroby i petrodolary państwem, potem piątkowymi i sobotnimi skokami w Willingen, by w niedzielę nerwowo przełączać kanał z jednego na drugi.

Wpadłam nawet na iście genialny pomysł, by włączyć funkcję oglądania dwóch programów naraz na przedzielonym ekranie. Pilot był z pewnością szczęśliwszy, trochę się schłodził, zamiast rozgrzewać do czerwoności w rękach rozemocjonowanego kibica. Ale zaraz, zaraz, nie o telewizorni, a o skokach miała tu być przecież mowa…

 

Polsko-słoweńsko-niemieckie déjà vu         

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Może trochę za dużo narodowości jak na jedno zdanie, ale cóż zrobić, kiedy skoczkowie z  tych trzech państw postanowili z uporem maniaka deptać sobie po piętach, wydzierać medale i zwycięstwa, bijąc się o każdy centymetr? Polskie, bo Stoch, niemieckie, bo Freund i Willingen, słoweńskie, bo Prevc i Planica. Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego Planica – w końcu to w stolicy słoweńskich skoków na podium zeszłorocznego sezonu stali ci trzej skoczkowie, do tego w identycznej kolejności. Przypadek? Cytując klasyka: „Nie sądzę.” Rok temu w Willingen, bach, pierwszy Stoch, drugi Freund, trzeci Prevc. W piątek – pierwszy Stoch, drugi Prevc, trzeci Freund. Jakoś tak znajomo i swojsko się na podium zrobiło. Do tego 15. zwycięstwo w karierze Kamila Stocha, okraszone największą przewagą nad drugim zawodnikiem spośród wszystkich dotychczasowych konkursów na dużych skoczniach w tym sezonie. Nasz lider udowodnił, że nie tylko magia Zakopanego poniosła go na Wielkiej Krokwi do zwycięstwa, ale własne umiejętności i wysoka forma. Żyć, nie umierać, prosperita, sielanka i toasty w polskiej ekipie? Otóż nie.

 

Czy z tego młyna będzie jeszcze mąka?

Piotr Żyła, fot. Julia Piątkowska
Piotr Żyła, fot. Julia Piątkowska

‚Mühle’ to po niemiecku młyn, kopf – głowa. Nie dość, że w mojej głowie po niemieckich konkursach faktycznie istny młyn, to jeszcze zaczynam się zastanawiać, czy z polskiego młyna, czyli ekipy skoczków, będzie jeszcze jakaś przyzwoita mąka, czytaj: drużyna. Niestety, na razie się na to nie zanosi. Piotr Żyła co skoczy daleko, to za chwilę obniża loty, spadając za bulę i jednocześnie z 8. na 23. miejsce, przylepiając sobie własnymi rękami (nogami?) łatkę średniaka. Jan Ziobro jakby trochę lepszy, ale jednak bez fajerwerków. O Kocie może lepiej nie wspominać w tym miejscu zbyt wiele; wypada tylko chwilowo zamiauczeć z rozpaczy. Widocznie młyn w głowie udzielił się także niektórym naszym skoczkom. Tylko głowa Kamila Stocha wyjątkowo poukładana, zwarta i gotowa do rywalizacji na mistrzowskim poziomie. Może czas użyczyć kolegom własnej pewności? Sama już nie wiem, czy lepszych czterech średniodobrych skoczków, czy trzech mocno przeciętnych i jeden wybitny. Chyba jednak opcja numer 2, ale jeśli Kruczek nie wleje w głowy naszych reprezentantów magicznej myśli, która pozwoli im uwierzyć w siebie, to o powtórzeniu sukcesu z Predazzo będziemy mogli tylko pomarzyć. Do tego sam Kruczek może za to zapłacić, o ironio, głową, a konkretniej: posadą.

 

Gwiazd przyćmiony blask

Janne Ahonen, fot. Julia Piątkowska
Janne Ahonen, fot. Julia Piątkowska

Wszyscy, którzy czekali na powrót wielkiego Ahonena, mocno się zawiedli. Człowiek-maska, dodajmy: mistrz Finlandii, zanotował kolejny wynik, któremu do przyzwoitości bardzo daleko. Człowiek patrzy w telewizor i zastanawia się, po co to wszystko było. Z jednej strony wielka kariera, bardzo ludzka, bo pozbawiona jakiegokolwiek olimpijskiego medalu, a mimo to wyjątkowa, a z drugiej życiowe zakręty, progi i nieudane powroty. Nie uwierzę, że tułanie się w okolicach 30. miejsca satysfakcjonuje pięciokrotnego zwycięzcę Turnieju Czterech Sskoczni. Pytanie tylko, które miejsce w stawce przeleje czarę goryczy i skaże fińskiego skoczka na narciarską banicję.

O ile Ahonen odwieszał już narty na kołek kilka razy, o tyle Gregor Schlierenzauer, kolejna poszarzała gwiazda tego sezonu, tylko o odwieszeniu, i to chwilowym, myślał. Przyglądając się jego wynikom, zadaję sobie pytanie, czy może jednak nie byłaby to słuszna decyzja. Oto zamiast piąć się w górę, Schlierenzauer wręcz przeciwnie – spada. Jeszcze chwila i w klasyfikacji generalnej wyprzedzi go znakomicie dysponowany Stoch. No tak, ale Stoch jest w końcu w wyśmienitej, a do tego zwyżkowej formie, a utytułowany Austriak swoją jakby zgubił. Może odnajdzie w Falun. Albo może jednak nie…

 

Wielka burza śnieżna w małej szklance śniegu

Sepp Gratzer i Walter Hofer, fot. Julia Piątkowska
Sepp Gratzer i Walter Hofer, fot. Julia Piątkowska

Chciałam, ale, wybaczcie, naprawdę nie mogę sobie odpuścić ciętego komentarza na temat wielkiej burzy dotyczącej dyskwalifikacji Kamila Stocha w konkursie drużynowym. Właściwie bardziej cięta jestem na komentatorów jeszcze mniej profesjonalnych niż moje małe, cichutkie i publiczne „ale”. Otóż natychmiast po informacji o dyskwalifikacji naszego lidera na internetowych forach wszelkiej maści wybuchła wielka dyskusja, zakrawająca na małą wojnę, na temat słuszności działań Seppa Gratzera, a przede wszystkim winnych. Łukasz Kruczek znalazł się na samym szczycie czarnej listy internetowego kibica. Kamil Stoch jako naczelny oszust narciarskiego światka? Czyż to nie brzmi komiczno-idiotycznie i paranoidalnie? Brzmi, ale miłość niektórych kibiców wciąż na pstrym koniu jeździ. W dodatku bez lejc. A będąc poważnym, czy jednorazowa dyskwalifikacja z powodu błędu czy niedopatrzenia, w konkursie drużynowym, w którym prawdopodobnie bilibyśmy się bardziej sercem niż nadzwyczajnymi skokami o miejsce 5-6, to naprawdę powód do wielkiej tragedii narodowej i dyskusji przesyconej morzem hejtu? Chyba lepiej teraz niż na MŚ w Falun, prawda? Ale może ja się nie znam, w końcu w publicznym hejtowaniu kogokolwiek niezmiennie naśladuję niektórych naszych skoczków, ciągnąc przysłowiowe ogony.

 

Wiem, że nic nie wiem

I nic mi nie powiedziały te niemieckie konkursy. Albo powiedziały, ale nie chcę tego przyjąć do wiadomości. Bo drużyny na medal jak nie było, tak nie ma, a w Kamila Stocha jak wierzyłam, tak wierzę. Za tydzień Titisee-Neustadt, a pewne tylko dwie rzeczy: moja trwająca sesja i sympatia Stocha do tamtejszej skoczni. Podobno nic dwa razy się nie zdarza, ale skoro w Willingen zdarzyło się razy aż trzy, to może… Tego jednak już na głos nie wypowiem, przyszłość sama napisze najlepszy możliwy scenariusz, z pewnością wbijając nas w fotele na kolejne minuty. Czasu bezcennego, bo pełnego kolejnych niezapomnianych i niepowtarzalnych emocji.

 

Kasia Nowak

    

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram