Piotr Żyła, fot. Stefan PiwowarCzy warto poświęcić blisko trzydziestu skoczków, żeby ci męczyli się kilkanaście centymetrów na bulą i walczyli o 120 lub 140 metr? Okazuje się, że tak. Przeklinałem decyzję jury, nie przypominam sobie kiedy do drugiej serii lotów wszedł skoczek, który wylądował na 126 metrze. W Willingen nie wystarczyłoby na drugą serię, w Vikersund, na największym mamucie świata, wystarczyło.

Dimitry Vassiliev, fot. Julia Piątkowska
Dimitry Vassiliev, fot. Julia Piątkowska

Peter Prevc, fot. Julia Piątkowska
Peter Prevc, fot. Julia Piątkowska

Weekend lotów na Vikersundbakken, a zwłaszcza niedzielna rozgrywka to istny festiwal skrajności. Ekstremalnych lotów i nielotów. Rekordy krajowe i świata przeplatały się z klepaniem buli w przeciągu minuty. Skoczek po skoczku. Klepania było aż tyle, że odległości osiągane zazwyczaj na skoczni dużej wystarczały na awans do finałowej serii. Skrajności trwały dalej, albo skoczkowie poprawiali się o kilkadziesiąt metrów (Damjan, Kasai) albo wręcz na odwrót (Prevc, Stjernen, Kraus, Żyła). Współwinnych takiego obrotu sprawy jest dwóch.

Inicjatorem niedzielnej powściągliwości jury w wybieraniu belek startowych był bezapelacyjnie Dimitry Vassiliev. Przeklęty Vassiliev pasowałoby wykrzyczeć, gdyby nie Fannemel, Freund i kilku jeszcze lotników, którzy przefrunęli bulę i złapali tyle „lotnej poduszki” by klepnąć spokojnie za dwusetką.

Anders Fannemel, fot. Julia Piątkowska
Anders Fannemel, fot. Julia Piątkowska

Przy niesamowitym i podpartym locie Vassilieva z kwalifikacji (254,0 m) przypomniały się jednak inne „przeskoki” mamutów, Nagilera z Kulm, Lindstroema i Ahonena z Planicy, w końcu Tepesa z Harrachova. Wszyscy lądowali już na wypłaszczeniach, poza Ahonenem nikt nie doznał poważniejszych obrażeń. Niewątpliwie skoczek z Ufy ma twardą głowę, choć mentalnie wymiękł w konkursie, co akurat po takiej odległości i upadku specjalnie nie dziwi.

Andreas Stjernen, fot. Stefan Piwowar
Andreas Stjernen, fot. Stefan Piwowar

Severin Freund, fot. Julia Piątkowska
Severin Freund, fot. Julia Piątkowska

Z drugiej strony Rosjanin, który przeskoczył skocznię, zachował zdrowie norweskiego łowcy rekordu świata i drugiego sprawcy coraz niższego rozbiegu. Fannemel po piątkowym prawie-rekordzie i sobotnim odlocie Prevca mógłby stać się najbardziej niepocieszonym lotnikiem weekendu i historii, a także bohaterem felietonu na pocieszenie w polskim portalu narciarskim. Odbijając się z belki interesowało go tylko jedno. Rekord świata i deaktualizacja tabliczki „World Record 250 m”. Sił i warunków w drugiej próbie wystarczyło tylko na 202 metry. To był lot na oparach, jeśli Fannemel nie byłby Fannemelem klepnąłby gdzieś na 130. metrze.

Vikersundbakken, fot. Geir A. Granviken
Vikersundbakken, fot. Geir A. Granviken

Kolejny paradoks – rekordzista świata z konkursu przegrał zawody i to wyraźnie. Fannemel dwukrotnie uznawał wyższość gości, najpierw Prevca, potem Freunda. To ci dwaj są najbardziej kompletnymi lotnikami i zapewne to oni powalczą o Małą Kryształową Kulę w lotach podczas wielkiego finału w Planicy. Dodajmy jednak, że Fannemel, jak i ex-rekordzista Evensen, byli do tej pory lotnikami jednego mamuta.

Jego 251,5 metra przejdzie do historii jako rekord świata, ale nie bariera. Ćwierć kilometra jako pierwszy złamał Prevc. Pewne jest to, że rekord Fannemela utrzyma się co najmniej do zawodów kończących sezon w Planicy. Wtedy dowiemy się czy przebudowana Letalnica pozwoli na porównywalne i dalsze loty. Możemy jedynie gdybać gdzie doleciałby w niedzielę Norweg (6. belka) mknąc z tego rozbiegu co Prevc dzień wcześniej (11. belka). Twierdzę, że połamałby się chłopina na dobre i drobne.

Gdybać czy nie gdybać, oto jest pytanie. Nie tylko w kontekście belek z których startowali rekordziści świata. Porównajmy wyniki czołówki i reszty stawki. Przy takiej dysproporcji lotnych umiejętności dystans między najlepszą piątką-dziesiątką, a resztą wynosi kilkanaście klas, jeśli za wymierny współczynnik jednej klasy przyjmiemy dziesięć metrów. Po prostu przepaść, widoczna w metrach i w punktach. Jak można mówić o sportowej rywalizacji w najwyższej klasie rozgrywek, kiedy suma dwóch prób skoczków wynosi mniej niż odległość lidera po pierwszej serii? Nie jest to kwestia trudnego profilu Vikersundbakken. Większość kadr wysłała do Norwegii drugi garnitur. Jury zdawało sobie sprawę co się święci, jeśli ustawią rozbieg za nisko dla słabszych i debiutantów. Efekty widzieliśmy w drugim konkursie, w obu seriach.

Zabrakło polskich akcentów, poza jednym treningowym wyskokiem Piotra Żyły (228,0 m). Nasza młodzież poskakała, bo trudno mówić o lataniu w ich wykonaniu. Teraz przed Żyłą i Zniszczołem trudne zadanie – szybkie przestawienie się na normalny obiekt w Falun.

Nie mógłbym przy podsumowaniu zapomnieć o niedzielnym zwycięzcy. Severin Freund zrobił dokładnie to co w Bad Mitterndorf. W sobotę skakał z pewną asekuracją, w niedzielę dosłownie odleciał konkurencji, bijąc w drugiej próbie rekord Niemiec.

Teraz odstawiamy dziesiątki punktów i metry różnicy. Koniec wyczynów Strjernena, który przez sto metrów szorował tyłami nart o zeskok, koniec rekordowych lotów Kasaiego, Prevca, Freunda czy Fannemela. A przynajmniej przerwa. Do 20 marca.

 

Bartłomiej Chudy

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram