Kamil Stoch na skoczni Lugnet w Falun (fot. Julia Piątkowska)Pierwszy raz od bardzo dawna nie wiem, o czym mam napisać. Rzecz tyleż osobliwa, co niespotykana, bo zazwyczaj o skokach mogłabym gadać i pisać nieustannie, na nowo przeżywając konkursowe emocje i przelewając na papier tudzież klawiaturę swoje spostrzeżenia dziennikarza, co to pozjadał rozumy wszelakie.

 

Ten oto rozum niespodziewanie odmawia posłuszeństwa, odzierając biednego pseudodziennikarza z jedynego narzędzia, jakim jest w stanie przyciągnąć Czytelnika. Parafrazując Kamila Stocha, wypada mi tylko rzewnie zapłakać: To nie moja klawiatura.

Kamil Stoch w Falun, fot. JP
Kamil Stoch w Falun, fot. JP

Kiedy Stoch mierzy się z porażką spodziewaną mniej lub bardziej, ja uczę się pisać o porażkach. A właściwie o porażce, spodziewanej jednak mniej. Dziwny ten konkurs i dziwne te mistrzostwa. Mistrzostwa nie z bajki, konkurs nie ze snów. A przecież to nie tak miało być, nie tak! Miało być jak w Soczi, jak w bajce, czyż nie? Okazuje się jednak, że życie, także to sportowe, to nie jedwabny szal utkany z nici marzeń, ale nić pajęcza, w którą w każdej chwili można wpaść. Przegrany pająk nie pyta przecież nikogo o zdanie…

Za to ja, nawleczona na igłę słów, napiszę o trudnej lekcji, która spotkała nas, kibiców. Ludzi, bez których skoki narciarskie w Polsce byłyby pozbawione wspaniałego blasku, którym od lat oślepiają cały narciarskie świat. Czy naprawdę nauczyliśmy się wspierać swoich ulubieńców? A może to tylko złudzenie, gra kolorów, chwilowy blask tęczy, która pojawia się i natychmiast znika na burzliwym niebie? Widocznie łaska kibica zawsze ujeżdżać pstrego konia musi, a koń barw innych nabrać nie ma zamiaru. Smutne to i niesprawiedliwe. Jak łatwo jest rzucać oskarżeniami, siedząc przed telewizorem z piwem w jednej ręce i paczką chipsów w drugiej. Z herbatą też łatwo.

A czy łatwo usiąść na belce, odepchnąć się od niej z całych sił i pofrunąć w nieznane, dźwigając na barkach marzenia tysięcy, jeśli nie milionów, fanów? Pewnie nie. I nikt z nas nigdy nie dowie się, z jak ciężkim i ogromnym plecakiem skacze Kamil Stoch. Dlatego zróbmy dla niego choć jedno – wyjmijmy z plecaka kamień wyrzutów i pretensji. Choć raz posłuchajmy nie siebie, ale drugiego człowieka, który, wierzcie mi, na pewno chciał zobaczyć jedynkę przed swoim nazwiskiem równie mocno jak Wy. A może i nawet mocniej.

triumfujący w Falun Severin Freund, fot. JP
triumfujący w Falun Severin Freund, fot. JP

Nie oszukujmy się, żaden ze sportowców nie poświęca całego swojego życia po to, by walczyć o pietruszkę. Każdy chce zwyciężać, nie każdemu jest to jednak dane. Tym bardziej nikomu nie jest dane raz na zawsze… Choćby dlatego doceńmy to, co mamy. Jeszcze kilkanaście tygodni temu pewnie oglądaliście skoki tylko z doskoku, bo co to za frajda gapić się, jak Stocha nie ma, a nasi lądują za bulą. Dziś piejecie gorzej niż pawie w zoo. Punkt widzenia polskiego kibica zależy od punktu siedzenia. W tym wypadku punkt siedzenia zlokalizowany na kanapie… 

Różne są emocje kibica. Dziś melancholia storpedowała zazwyczaj wesołe felietony, przesycone ironią i grą słów. Ta ostatnia została, pozwalając powiedzieć, co leży mi na sercu. Nie wprost, tak byłoby przecież nudno. Swoją drogą worek, który targa na swoich plecach Kamil Stoch, razem z nim dźwiga też Łukasz Kruczek. Człowiek, którego zwalniano już dziesiątki razy, a teraz zwalnia się po raz kolejny. A jeszcze 365 dni temu śpiewano hymny, układano piosenki, kłaniano się w pas, zdejmując kapelusz. Ot, ironia losu. Jeden sezon, jedna impreza nieudana, dwa sezony, dwie imprezy – udane. Właściwie powiedzieć, że udane, to tak, jakby zamilknąć i tylko w myślach szepnąć: było przyzwoicie. A było przecież wspaniale, czyż nie? Nie mówcie, że już zapomnieliście. Ja nie zapomniałam. I nie obchodzi mnie, czy stado owiec przesyconych wizją sukcesów nieprzerywalnych będzie teraz rozpaczliwie beczeć: Kruczka zwolnić w trybie natychmiastowym, Stoch na emeryturę.

Beczcie sobie, proszę bardzo. „Ja nie jestem kibicem, ja jestem oglądaczem” – oto kolejny cytat kibica-realisty. Ale żeby to tylko kibice beczeli… Niestety, za ich niechlubnym przykładem podążają w pośpiechu i niektórzy dziennikarze, goniąc za sensacją. Tu dopiero brakuje mi słów. Efekt osiągają, ale jakim kosztem? Kosztem zniesmaczonej miny w chwili ulotnego zerknięcia we własne odbicie w lustrze. Nie, nie rozumiem. Widują skoczków stale przez kilka miesięcy w roku, relacjonując najważniejsze wydarzenia spod skoczni, pewnie z niektórymi się kumplują, a jednak są w stanie bez mrugnięcia okiem pisać o blamażu czy zawstydzającym występie Stocha. Jak wiele jeszcze potrzeba nam do sportowej dojrzałości? Notabene, dojrzałości Kamila Stocha. Słuchaliście, jak mówił, że nauczył się akceptować porażki? Że za dwa lata następne mistrzostwa, że jest o co walczyć? Jednak Wy, moi Czytelnicy, pewnie słuchaliście… Może i gadam po próżnicy, jak ksiądz w kościele, który przemawia do obecnych o nieobecnych, ale skoro ja mogę, a Wy chcecie wgłębiać się w te zdania o niczym, to czemu by nie? Łatwo jest siedzieć z nosem utkwionym 24 godziny na dobę w laptopie i oczekiwać wyników, trudniej trenować, poświęcając choćby zwykłe dzieciństwo tylko po to, by poczuć się szczęśliwym i by kogoś innego tym szczęściem obdzielić.  

polscy kibice w Falun, fot. JP
polscy kibice w Falun, fot. JP

Struna mojego zrozumienia dla naczelnych krzykaczy napina się coraz mocniej. Za chwilę pęknie, przelewając czarę goryczy. Wskażcie mi człowieka bez porażek, proszę, czekam z utęsknieniem. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tylko taki kamień ma prawo trafić do plecaka Kamila Stocha. Taki, czyli żaden. A gdzie głos rozsądku? Nie ma, rozpłynął się, właśnie tonie w morzu żalu i pretensji, szepcząc ostatnim tchem, że to jeszcze nie koniec Kamila Stocha. Kiedy pojawi się kolejny sukces, wypłynie na powierzchnię, choć pod inną postacią – szału radości. Wtedy nikt nie będzie już pamiętał o nieudanym Falun 2015. Chociaż jedno światło nadziei – wybiórcza pamięć kibica – działa w dwie strony. W glorii sukcesu nie pamięta o porażkach, w ogniu pretensji, zapomina o zwycięstwach. Choć Kamil dziś oddał arenę innym, wkrótce wróci tam, gdzie jego miejsce: w blasku gwiazd. Silniejszy, wzmocniony trudem… gwiazd.

Zdajmy egzamin z człowieczeństwa – choć raz posłuchajmy tej lepszej strony naszych serc i spójrzmy na sportowców jak na zwykłych ludzi. Ludzi z pierwszych stron gazet.

 

 

Kasia Nowak

           

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram