Typowanie faworytów wróżeniem z fusów? O największych przegranych MŚ

Peter Prevc - jeden z największych przegranych MŚ w Falun (fot. Julia Piątkowska)Co roku przed imprezami rangi mistrzowskiej z uporem maniaka wymieniamy faworytów. Wpadając w medalowy amok, tworzymy zestawienia, których nie powstydziłby się największy wróżbita. Ba, co tam wróżbita! Matematyk! W końcu my, kibice, opieramy się na faktach, a nie na fusach, kryształowych kulach, czy innych ustrojstwach z wróżbiarskiego stolika.

 

A jednak okazuje się, że w obliczu skoków na dwóch deskach żelazna logika przegrywa z kretesem, oddając pole fusom, uśmiechowi fortuny, wiatrowym loteryjnym losom i formie, która była i nagle wybyła. Dlatego zamiast po raz kolejny kłócić się, czy Kruczek-trener-dobry-czy-niedobry, sklecę kilka zdań o  tych, którzy obeszli się smakiem mistrzostw. Jedni w ogóle nie poczuli ich atmosfery, z ukłuciem zazdrości podziwiając kolegów przed telewizorem, inni wrócili z niczym, mimo że jeszcze kilka tygodni temu na wieść o braku medalu w ich rękach albo śmialibyśmy się do rozpuku, albo wymownie pukali w czoło.

 

Słoweński kurs na porażkę

Peter Prevc, Kamil Stoch, Severin Freund - od kilku lat niemal nierozłączne trio na podium (fot. Julia Piątkowska)
Peter Prevc, Kamil Stoch, Severin Freund – od kilku lat niemal nierozłączne trio na podium (fot. Julia Piątkowska)

Jeszcze całkiem niedawno słoweński kurs zmierzał nieuchronnie w kierunku podium. Może nie od razu na sam jego szczyt, ale jednak każdy kibic śledzący skoczne zmagania był przekonany, że kto jak kto, ale Peter Prevc z pewnością będzie walczył o najwyższe cele. Właściwie to wiele się nie pomyliliśmy, bo przecież walczył, choćby zajmując 4. miejsce na dużej skoczni, ale niestety – daremnie. Ze Szwecji wrócił z niczym, dorzucając jednocześnie cegiełkę do niechlubnego zwyczaju słoweńskiej drużyny, która najpierw dzieli i rządzi w Pucharze Świata, a później ulega imprezowej presji i z mistrzowskich aren wraca z pustką na szyi. Nić łącząca Kamila Stocha z Prevcem w rywalizacji indywidualnej coraz grubsza, w konkursach drużynowych nigdy jej nie było, więc bądź co bądź, jedna wróżba całkiem mi się udała! Jak widać, fusy rządzą.

 

Rzesze pustych rąk

Roman Koudelka, fot. Julia Piątkowska
Roman Koudelka, fot. Julia Piątkowska

Taki już los mistrzowskich imprez, że zestawów medali jak na lekarstwo, a chętnych, żeby mieć choć jeden taki komplecik, jak na złość, co najmniej dziesięciu. Matematyka znów odchodzi smutna, bo tego to nawet rozsądnie podzielić się nie da. Wraz z matematyką w nie najlepszym nastroju wyjechał z Falun choćby Noriaki Kasai, którego przed czempionatem stawialiśmy w rządku kandydatów do medali. A że nam się rządki lekko wykrzywiły i poprzewracały, to i ręce Romana Koudelki, czterokrotnego triumfatora tegorocznych konkursów Pucharu Świata, także puste. Pod powyższym rękami i nogami mogliby podpisać się Michael Hayboeck, który formę zgubił w trakcie sezonu, czy Janne Ahonen, którego wprawdzie w gronie faworytów nie stawialiśmy, bo jego czasy chyba już minęły, ale zważając na jego ambicję, szczególnie szczęśliwy z osiągniętych wyników na pewno nie był. Czarnym koniem, wzorem 2002 roku, miał stać się Simon Ammann powracający po kontuzji. Oj, takie historie to lubimy! Skoczek najpierw doznaje kontuzji albo upada w którymś z konkursów, potem powraca do rywalizacji i na fali świeżości wygrywa w cuglach z całą czołówką Pucharu Świata. Cóż, nie tym razem; historia się zbuntowała i powiedziała dość tym ckliwym legendom o kontuzjowanych czarnych koniach. W końcu ile razy można?

 

Drużynowe puste szyje

Marinus Kraus, Michael Neumayer, Markus Eisenbichler, fot. Bartosz Leja
Marinus Kraus, Michael Neumayer, Markus Eisenbichler, fot. Bartosz Leja

Jeśli największej porażki szukacie w konkursach indywidualnych, to pozwolę sobie się nie zgodzić. W moich oczach największą sensacją był brak drużynowego krążka dla Niemców. Tego nawet i wróżka by nie wymyśliła. Żeby liderzy Pucharu Narodów nie zdobyli choćby brązowego medalu?! Sama widziałam na ich szyjach złoto, a że za nimi czaiła się cała armia Norwegów, dziwnie lepszych Austriaków i zawsze mocnych drużynowo Japończyków, to przed konkursem na polskich szyjach ani pół medalu nie widziałam, z bólem przyznaję. W czasie konkursu już zaczęłam widzieć lepiej, więc chyba należy mi się wybaczenie. Ale żeby Japończycy, Słoweńcy i Niemcy tak łatwo oddali Polakom arenę… Dalej ciężko w to uwierzyć, choć szyje polskich skoczków, okraszone brązowymi medalami, jasno wskazują, że to jednak są fakty. Do tego owe fakty mówią, że do srebra brakował przysłowiowy włos. A to już w ogóle wyższa fantastyka…

 

Wielcy nieobecni

Maciej Kot, fot. Jagoda Bodzianny
Maciej Kot, fot. Jagoda Bodzianny

Maciej Kot, Andreas Wank, Andreas Wellinger, Robert Kranjec – te nazwiska bezapelacyjnie pokazują, przed jak wymagającym zadaniem stanęli szkoleniowcy wielu ekip, wybierając szczęśliwców, których zabiorą do Falun. Jeszcze rok temu nikt nie wyobrażał sobie polskiej drużyny bez jej filaru, Macieja Kota, na igrzyskach olimpijskich w Soczi numeru dwa polskiej ekipy, zajmującego najlepsze lokaty po Kamilu Stochu. A jednak, kiedy pozostali Polacy z kadry A polecieli do Falun, Kot, 7. skoczek olimpijskiej rywalizacji na normalnej skoczni, walczył o punkty w zawodach drugiej ligi skoków, Pucharze Kontynentalnym w Iron Mountain i Titisee-Neustadt. Andreas Wank, drużynowy mistrz olimpijski z Soczi i wicemistrz z Vancouver, 10. skoczek olimpijskiej rywalizacji na normalnej skoczni w Soczi, mistrzowskie konkursy z Falun również obejrzał w telewizji. Taki sam los spotkał będącego bez formy Roberta Kranjca. Wellingera z kolei z powodzeniem można określi mianem jednego z największych pechowców mistrzostw. Kiedy już wyleczył kontuzję braku, której nabawił się wskutek upadku w Kuusamo, i gdy już wydawało się, że uporał się ze zdrowotnymi problemami, kłopoty żołądkowe wyeliminowały go z rywalizacji na dużej skoczni, zarówno w konkursie indywidualnym, jak i drużynowym. Można tylko gdybać, czy jego obecność dałaby Niemcom medal w drużynie, czy też jednak nie…

 

Pełne ręce Kamila Stocha

Polscy medaliści w Falun (od lewej: Ziobro, Żyła, Stoch, Murańka), fot. Julia Piątkowska
Polscy medaliści w Falun (od lewej: Ziobro, Żyła, Stoch, Murańka), fot. Julia Piątkowska

Gdyby mistrzostwa świata zakończyły się 26 lutego, wraz z konkursem indywidualnym na dużej skoczni, także i Kamil Stoch znalazłby się w niechlubnym zestawieniu największych pechowców. A jednak, cud się zdarzył. W sezonie tak wymagającym i pełnym kłód pod polskimi nogami, że aż trudno to sobie wszystko wyobrazić, wraz z kolegami z drużyny zdołał wydrzeć rywalom medal, który pewnie sami powiesili sobie na szyjach przed konkursem. Kiedy Słoweńcy, Japończycy i Niemcy liżą rany po zespołowej rywalizacji, Kamil Stoch wraca po raz trzeci z rzędu z medalem największej rangą imprezy (MŚ, ZIO). Taką serią może pochwalić się tylko Adam Małysz, który w latach 2001-2003 przywiózł 6 krążków z trzech kolejnych turniejów rangi mistrzowskiej. Szanse Małysza zaczynały się jednak i kończyły na zmaganiach indywidualnych, polska drużyna w tych czasach praktycznie nie istniała. Dziś istnieje, choć i nasze wymagania, i oczekiwania Łukasza Kruczka rosną z roku na rok.

 

 

Nic dwa razy się nie zdarza

Mówią, że nic dwa razy się nie zdarza, ale nie mówią, że nic nie jest dane raz na zawsze. Ani zwycięstwa, ani lokaty na podium, ani nawet miejsca w kadrze na najważniejsze imprezy. Każdy sukces i każde marzenie wymagają nie tylko ciężkiej pracy, ale i przyjaznych gwiazd, które uśmiechną się w najlepszym możliwym momencie. O tym przekonali się wszyscy ci, którzy z Falun wrócili ze smutnymi minami, pustymi szyjami i rękami oraz zawiedzionymi nadziejami. Oni jednak wiedzą, że za dwa lata kolejna szansa, a każdy z nich może być tym, któremu jednak właśnie wtedy zdarzy się dwa razy

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram