Piotr Żyła, fot. Julia Piątkowska

Jeśli  głęboko wierzyliście, że po mistrzostwach świata spocznę na laurach, znudzi mi się i podaruję sobie wtykanie swojego ciekawskiego nosa do weekendowych obiadów w towarzystwie bohaterów ze skoczni, to z bólem serca Was rozczaruję. Skoczny obiad nie smakował mi wczoraj ani na krztynę, ale widocznie nie zawsze może być wybornie, a z pustego talerza to i Salomon nie naleje, a co dopiero Kruczek Cezar, Ave czy jak go tam w końcu nazywają.

Gubi się już człowiek w tych dziennikarskich doniesieniach z plotkarskiego mikrofonu. Skoczkowie wyśmiewają rozlicznych przedstawicieli mediów za wypisywanie niepotwierdzonych informacji, dziennikarze skoczków, że skakać nie potrafią. Istny tabloid nam się powoli robi. Strach pytać, co dalej. Dla bezpieczeństwa pytać nie będę, pogadam sobie o konkursach. 

Mówili, że Lahti szczęśliwe, bo tu Polacy aż trzykrotnie stanęli na drużynowym pudle, a w indywidualnych to już w ogóle, istna prosperita. Małysz zdobywał mistrzowskie medale, stawiał na podium, a Stoch rok temu zaleciał tak daleko, że aż Andreas Widhölzl się przestraszył, że rekord mu ukradnie. Dodając nie na temat: nie ukradł. Ale z tym drużynowym szczęściem Salpausselki to bym się kłóciła. Rywalizacja zespołowa aż tak często w skokach nie gości, więc konkurencja owej małej-dużej skoczni licha. W Planicy stawali dwa razy, mimo że nielotni ponoć. Tak mówią, ale czy to prawda, to też trudno racjonalnie ocenić. W każdym razie nic cztery razy się nie zdarza, więc czwartego drużynowego podium Polaków w Lahti nie było. Wróć, Ammannowi cztery razy się zdarzyło… Ale to tam indywidualnie, wyjątek od reguły, wiecie, nie liczy się, nie w tym zestawieniu.

Jan Ziobro, fot. SP

Z drugiej strony jednak jakaś drużynowa magia musi istnieć, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w rywalizacji zespołowej Piotr Żyła skacze 124 i 128 metrów, Murańka też zadziwia dalekimi skokami jednym dalekim skokiem, a gdy przychodzi indywidualne co do czego, to klops. Pierwszy na 18. miejscu, drugi znów nawet nie zapukał do drzwi najlepszej trzydziestki. Nie dość wspomnieć, że magia raz, że tylko drużynowa, to dwa – jeszcze wybrakowana! Na wszystkich nie zadziałała, bo Ziobro huknął klepnął nie tam, gdzie trzeba było. Do tego Stochowi pozwoliła się rozchorować… Phi, nic niewarta ta magia. Niedouczona i tyle.

Klemens Murańka, fot. SP
Klemens Murańka, fot. SP

Za to dr Piotr Żyła prawdę Ci, kibicu, powie! Bez owijania w bawełnę internista Żyła zdradził szczegóły chorowitej nocy Kamila Stocha. Ani fizjoterapeuta Łukasz Gębala, ani doktor  Winiarski lepiej by tego nie ujęli. Cytować nie będę, bo w szanującym się medium takie zwroty nie przystoją, niemniej lekarz Żyła chwycił mnie za serce swoją prostolinijną diagnozą. I żeby nie było – nie ironizuję. Może by tak Żyła w żyłę zastrzyk zrobił, żeby Kamilowi przeszło? Tylko bez skojarzeń, proszę, bo o poważnych sprawach tu mówimy, a nie o podejrzanych strzykawkach w równie podejrzanych rękach.

W polskiej kadrze dobrze nie jest. Może nie, że zaraz niedobrze, ale dobrze też nie. Przede wszystkim jest nierówno. Co skoczą dalej, to wylądują bliżej. Co drużynowy krążek zdobędą, to bach, jeden Polak w drugiej serii. Że litości dla serc kibiców nie mają, trudno. Ale że swoich serduch nie oszczędzają? Nic z tego nie rozumiem, może doktor Żyła wytłumaczy?

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Kamil Stoch… Panie dzieju, losie przebrzydły i najukochańszy zarazem, coś nam dał dwa złota olimpijskie, obiecaj, że to już koniec pecha, kontuzji, chorób i nie wiadomo czego jeszcze. Gdybyś tak przyrzekł, że w tym jednym sezonie nasz lider odbębnił wszystkie urazy do końca kariery? Nie mógłby tak? Kibice ładnie poproszą…

Skoro w polskiej ekipie nie jest ani dobrze, ani bardzo niedobrze, to czas rzucić okiem, co słychać u rywali. Część złapała zadyszkę, część wręcz przeciwnie, grozi Widhölzlowi kradzieżą rekordu. Kraftowi też się nie udało, Widhölzl odetchnął. Kasai… Tu to nie wiem nawet, jak zacząć. Stary? Jak na skoki niby tak, ale jednak wypominać tak wieku nie wypada. Dobra, to niech będzie: dojrzały owoc, a może! Swoją drogą piękny ten deser kariery Japończyka. Pytanie tylko, czy to deser, skoro płynące zewsząd zapowiedzi Samuraja twierdzą, że zamierza zwiedzać skocznie na całym globie jeszcze przez dekadę… Choć wydaje się to całkowicie niemożliwe, to Kasai już udowodnił nam, że w jego wykonaniu niemożliwe nie istnieje. Nie wiem, co on tam jada w tej dalekiej Japonii, ale niech nam sprzeda ten patent na długowieczność.

Czołowa trójka PŚ (Prevc, Kraft, Freund), fot. Julia Piatkowska
Czołowa trójka PŚ (Prevc, Kraft, Freund), fot. Julia Piatkowska

Jeśli twierdzicie, że na skoczniach nudno, bo Polacy schowali się w fińskiej mgle, to zapraszam do tabelki z liderami Pucharu Świata. Za plecami Prevca, który dziś po raz kolejny przybił piątkę z lokatą numer 4,  robi się coraz goręcej. Z  57 punktów przewagi nad drugim Kraftem zrobiło się oczek tylko 7. Freund też żwawo sobie poczyna i wcale nie jest bez szans na końcowy triumf, choć osobiście wolałabym, żeby jednak był i żeby powoli skończył z tym okupowaniem podium, zwłaszcza jego najwyższego stopnia. Jedna pucharowa wygrana dzieli go od dorównania piętnastu zwycięstwom Stocha. Mój pies za to kibicuje Freundowi, bo zwie się bawarski i za nic nie mogę go przekonać, że to nie wypada, że nie nazwa zobowiązuje, a miejsce urodzenia. Z psim uporem jednak nie wygram.

Norwegowie, mistrzowie świata w drużynie z Falun, fot. Julia Piątkowska

W ogóle przetasował nam się ten Puchar Świata. Czasy, w których byli Austriacy i długo, dłuuugo nic, odeszły w niepamięć. Mamy za to Norwegów, którzy chyba postawili sobie za główny cel dorównanie rywalom z Tyrolu. Na mistrzostwach świata wywalczyli 4 krążki, w tym dwa złote, drużynówkę w Lahti wygrali w cuglach. Dziś Fannemel zgarnął kolejne podium, co oznacza mniej więcej tyle, że Norwegowie w tym sezonie uzbierali indywidualnie trzy triumfy, pięć drugich miejsc i dwie pozycje na najniższym stopniu podium, a do tego obecnie nie istnieje żadna siła, oprócz nadprzyrodzonej, która zdmuchnęłaby ich z kursu na walkę o triumf w Pucharze Narodów. My do tej klasyfikacji nie mamy co zaglądać, nie polecam w każdym razie.

Cóż, Lahti to już historia. Dla nas szczęśliwa jednak mniej, niż niektórzy się spodziewali. Dla innych szczęśliwa bardzo, na przykład dla Widhölzla, którego znów nie pozbawili rekordu. Długo się jednak nie nacieszy, bo mała-duża Salpausselka zostanie przebudowana na mistrzostwa świata, które odbędą się w Finlandii w 2017 roku. Miejmy nadzieję, że wtedy będę mogła odszczekać frazes pt. nic cztery razy się nie zdarza. Dziś frazes, choć banalny, to prawdziwy. Tym niezbyt optymistycznym akcentem zapraszam do Kuopio, licząc, że mimo fali tegorocznych nieszczęścio-niepowodzeń moje felietony wywołują na Waszych twarzach choć mimowolny uśmiech.

Kasia Nowak   

Komentarze

comments

1 thought on “Lahti (nie)szczęśliwe (felieton)

  1. Wywoluja, ale nie usmiech tylko smiech. Autorka sama się gubi w swoich wizjach. „Nie jest dobrze, ale nie jest tez niedobrze”. Gratuluje, bo nawet Złotousty nie powstydzilby sie takiej wypowiedzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram