Krzysztof Miętus, Piotr Żyła i Maciej Kot (fot. Stefan Piwowar)W każdym sezonie na talerzu skoczka leży kilka potencjalnych medali, dziesiątki możliwych zwycięstw i kilkadziesiąt miejsc na podium. Wystarczy wyciągnąć rękę, by kąsek pofrunął z talerza do ust zainteresowanego. Jednak za siedzenie przy medalowym półmisku trofeów nie rozdają i wielu siedzących na samym siedzeniu swój posiłek skończyło.

 

Nie bez przyczyny pojawił się ów osobliwy posiłkowy wstęp, właściwie nie do końca związany z daniem głównym. Mimo wszystko dalej siedzimy przy triumfalnym stole, tym razem już wraz z psychologiem sportowym, który w dzisiejszych czasach wydaje się nieodłącznym elementem rywalizacji na najwyższym poziomie. Niestety, jak to zwykle bywa, Polacy lubią wbijać kij w mrowisko i może dlatego, dziwnym trafem, niezrozumiałym zbiegiem okoliczności albo i decyzją, acz zgoła nieprzemyślaną, w polskich skokach mentalnemu trenerowi powiedziano: do widzenia. Czas więc pogonić kijem ów kij wbity w mrówkowy świat. Świat skoczków, oczywiście.

 

Przebrzydły 2014

Najstarsi górale, wpatrując się w niebo podczas wieczornych ognisk, przecierali oczy ze zdumienia, widząc, co polscy sportowcy wyprawiają na światowych arenach. Trudno się góralom dziwić – ja swoim patrzydłom też nie wierzyłam. Ale że życie bywa brutalne i za długo za pięknie być nie może, rok 2015 powoli sprowadza nas na ziemię z różowych obłoków, na których siedzieliśmy niczym dumne pawie w różowych okularach. Było pięknie, było, ale się skończyło! Blisko mi już do Włodzimierza Szaranowicza, który komentując ostatni skok w karierze Adama Małysza w Planicy w 2011 roku, powtarzał jak mantrę Było pięknie i coś się niewątpliwie skończyło. Jak niewątpliwie skończyło się wtedy, tak teraz albo niewątpliwie coś nie gra, albo 2014 był wybrykiem natury. Jak dla mnie wybrykiem był i to nie podlega dyskusji. Żadną potęgą nie byliśmy, nie jesteśmy i basta. Czy można jednak zagrać tak, żebyśmy wrócili wspięli się na szczyt wirtuozerii? Tak, tylko dajcie psychologom te skrzypce.

Pewnie wydaje się Wam, że w zdaniu wyżej brutalnie sobie zakpiłam, ale oto przysięgam, że jednak nie. Instrument w postaci kadry polskich skoczków należy oddać pod czujną opiekę dobrego muzyka, który naoliwi tu i tam, dobrze nastroi, ponaciąga struny, poukłada klocki, a dobrym smyczkiem wyciągnie z nich to, co najlepsze. Porzucając przenośnię na rzecz wyłożenia kart na stół i kawy na ławę, należy rzec niewątpliwą rzecz, że polskiej kadrze potrzeba psychologa. Już, teraz, natychmiast, od zaraz.

 

O (nie)przypadkowości słów kilka

Mówią, że w skokach to same przypadki. Niby wprowadzili przeliczniki, a że to pół funta kłaków niewarte to historia z innej bajki, bajka z innej historii i w ogóle nie ten temat. Wbrew pozorom wcale skoki nie są takie przypadkowe, jak by się wydawało. Pewnie, zdarzało się nie raz i nie dwa, że wygrał skoczek przeciętny, któremu dmuchnęło wiatrem w oczy, z czego się wyjątkowo cieszył i wcale nie czuł biedny. Mimo wszystko zawsze największy narciarski kulisty tort zabierali do domu ci, którzy w ciągu całego sezonu byli po prostu najlepsi, koniec i kropka. Dziwna rzecz jednak, że ponoć skakać potrafią wszyscy, trenują też wszyscy, a wygrywa tylko jeden, jeszcze do tego seriami, doprowadzając rywali do białej gorączki, zabierając im sprzed nosa jedyne trofea, których brakuje w ich pucharowej kolekcji. Zawsze się zastanawiałam, jak to się dzieje, że niby każdy orze, jak może, w pozytywnym tego słowa znaczeniu i bez ironii, a jednak obfite plony zbierają tylko nieliczni, zostawiając reszcie przysłowiowy ostatni kawał mięsa. Dziś już wiem, w czym tkwi rzeczy istota: psychologia, dziennikarzyno ze złamanym piórem!

 

Psycholog psychologowi nierówny

Żyjemy w czasach bądź co bądź dość specyficznych. Z jednej strony zalewają nas liczne informacje dotyczące pozytywnego wpływu pracy nad sobą czy rozwoju osobistego, a z drugiej na sam dźwięk słowa psycholog widzimy przed oczami obłędnego wariata w białym kitlu pchającego się z łapami nie tam, gdzie trzeba, i otwierającego najdalsze i najlepiej zamknięte drzwi naszej świadomości. Że jeszcze wśród szarych obywateli pokutuje tego typu stereotyp, to powiedzmy, że mogę zrozumieć, ale zaczynam rozbijać głowę, głowiąc się, czy podobnie nie jest w naszej kadrze. A tego to już, wybaczcie, nie pojmuję. Ojciec Kamila Stocha, psycholog sądowy, pytany wielokrotnie, czy pomagał synowi w czasie kariery, równie wielokrotnie odpowiadał, że on sam pracuje z osobami, które w życiu zdrowo narozrabiały, pomaga im rozwiązywać problemy, a psychologia sportu to zupełnie inne klucze i inne drzwi. Wzywanie mentalnego wsparcia, kiedy puzzle są już w całkowitej rozsypce, właściwie mija się z celem. Praca sportowca nie polega  przecież na wychodzeniu na prostą z życiowych zakrętów, ale na przygotowaniu głowy, wielokrotnie obciążonej presją wyniku, do odnoszenia sukcesów, zmierzenia się z własnymi oczekiwaniami i marzeniami kibiców. Psycholog sportowy ma wyciągać z zawodnika to, co w nim najlepsze i żadne kitle ani podejrzane lekarskie strzykawki nawet nie zaglądają do sportowego (s)pokoju. Skoro są w kadrze osoby odpowiadające za przygotowanie sprzętu czy za opracowanie planu treningowego, to dlaczego u licha zrezygnowano z psychologa odpowiedzialnego przecież za najbardziej delikatną sferę zawodnika, jaką jest psychika?

 

Ad rem

Kiedy przed sezonem olimpijskim zrezygnowano ze współpracy z Kamilem Wódką, uznałam ten pomysł za, delikatnie mówiąc, nietrafiony. Jak się okazuje dziś w praktyce, ja trafiłam, sztab też trafił, tyle że albo kulą w płot, albo nie w te drzwi, w które chciał. Maciej Kot wędruje po mediach wszelakich, udzielając chwytających za serce wywiadów o potrzebie psychologicznego wsparcia. Już sam fakt, że tego typu rozmowy nie odbywają się w cztery oczy i za zamkniętymi drzwiami, tylko są wyłaniane na światło dzienne przez media, które wielokrotnie liczą na tanią sensację, sugeruje, że coś jest nie tak. Włodarze Związku są z lekka oburzeni, właściwie trudno im się dziwić. Co w kadrze realnie piszczy, niełatwo stwierdzić, aczkolwiek szczerze wątpię, czy pozostali zawodnicy są szczególnie uradowani z obrotu sprawy i podważania autorytetu osób z nimi pracujących. Nie tylko Maciej Kot się pogubił, jednak on jeden ma przynajmniej tego świadomość. Piotr Żyła, na przykład, prawdopodobnie w ogóle nie zdaje sobie sprawy, ile współpraca z psychologiem mogłaby wnieść do jego sportowego życia, więc z uporem powtarza, że nie jest mu potrzebna. Może jednak jest i skończyłby się wreszcie skoki dalekie wymerdane na okrągło ze słabymi. Przecież skoro trenuje ciało, to dlaczego ma nie trenować umysłu, który, jak widać na załączonym obrazku w postaci tegorocznego sezonu, wyraźnie owego treningu potrzebuje. Sztab tłumaczy, że zawodnicy mają możliwość pracy z psychologiem i jeśli o takie wsparcie poproszą, to je otrzymają. Jak jednak mają o nie prosić, skoro sami nie widzą takiej potrzeby, nie mając w ogóle świadomości, jak ważną rolę odgrywa mentalne przygotowanie i ile mogłoby zmienić. W konsekwencji – nie proszą.

Wszyscy kibice skoków śledzący karierę Kamila Stocha dobrze pamiętają czasy, kiedy Polakowi nie wychodziło, a skocznia nie oddawała włożonego wysiłku. Rzucał kaskiem, nartami, bił głową w mur, sufit i wszystkie ściany, ale twardo stawiały opór – sukcesów jak nie było, tak nie było. Żona Ewa i psycholog zmienili wszystko. Inna rzecz, że sam Stoch, jak podkreślał Apoloniusz Tajner, najbardziej się w mentalny trening zaangażował i dlatego też zebrał największe plony. Dziś skoczek z Zębu to sportowiec pełen entuzjazmu, wiary w siebie, skupiony na oddawaniu jak najlepszych skoków, potrafiący radzić sobie z olbrzymią presją. Jeszcze parę lat temu najwięksi fantaści nie podejrzewali, że wprawdzie solidny i utalentowany, ale słaby psychicznie Kamil Stoch w ciągu 13. miesięcy zdobędzie mistrzostwo świata, dwa olimpijskie złota na jednych igrzyskach i Kryształową Kulę. A jednak cud-nie-cud się zdarzył. Można? Można. I nie biologia ani geny są najważniejsze, a zaangażowanie w pracę nad swoimi emocjami.

Pozycja skoków w Polsce rośnie z roku na rok, a w żadnej z kadr, czy to A, czy B, czy juniorskiej, nie ma złamanego słowa o osobie psychologa. O ile mogę się ewentualnie zgodzić, że nasz dwukrotny mistrz olimpijski solidnie przepracował kilka lat z Kamilem Wódką i faktycznie jest w stanie radzić sobie sam, wykorzystując przećwiczone mechanizmy, to nikt mi nie wmówi, że Klemens Murańka, który pewnie ze sportową psychologią miał do tej pory niewiele wspólnego, samodzielnie poradzi sobie z presją. Już raz, zbyt wcześnie, został okrzyknięty złotym dzieckiem polskich skoków, a jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Czas na to, by za mentalne przygotowanie młodych skoczków zabrał się właściwie wyszkolony stylista. Technika, motoryka i możliwości fizyczne to w dzisiejszym sporcie dużo za mało.

 

Zwycięstwo nad samym sobą

Przykład polskiej kadry, a właściwie polskich kadr pokazuje, że sport na najwyższym światowym poziomie to batalia z samym sobą, istny mecz we własnej głowie. Tylko nieliczni, siadając na belce przed medalowym talerzem, są w stanie wyciągnąć rękę i w triumfalnym geście sięgnąć po złote danie główne. Znacznej większości nigdy nie będzie dane dostąpienie takiego zaszczytu. Nikt mi nie powie, że polskich skoczków nie stać na osiąganie wyników lepszych niż te, których świadkami byliśmy w mijającym już sezonie. Potrzeba tylko towarzystwa dobrego sztukmistrza-instrumentalisty, kelnera z doświadczeniem, który z właściwą elegancją i galanterią poda do stołu medalowy posiłek. Potrzeba od zaraz.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram