Na wichrowych wzgórzach działo się – o sezonie 2014/15 (cz. 1 „Bladzi husarze”)

Polscy skoczkowie, fot. Stefan PiwowarGrad, deszcz i śnieg bębniące na przemian w szyby przypomniały mi o zmiennej pogodzie, ta znowuż przyniosła refleksję o zmiennej aurze w skokach. Nie bez znaczenia w tym nagłym skocznym zrywie były też przerwy w dostawie energii elektrycznej, nękające moją podpoznańską oazę spokoju. Tak oto do szarych komórek tchnęła myśl, że nadszedł czas podsumowań.

 

Co też człowiekowi przychodzi do głowy na bezinternetowym pustkowiu, to głowa nie mieści! Może to niepedagogiczne, nieprzyzwoite i w ogóle straszna gafa, ale ów pierwszy posezonowy śnieg podsumowań nie będzie ani czarno-czerwono-żółty, ani biało-niebiesko-czerwony, tylko biało-czerwony. Li i jedynie. Innych barw nie przewiduję, chyba że mimochodem wyskoczy mi z klawiaturowego pudełka  jakiś inny nieproszony kolor. A kysz, paszoł won, czekać na swoją kolej, bo jak nie, to po kątach porozstawiam.

Zanim zaczniecie czytać, włączcie sobie podkład muzyczny. TEN albo TEN, co kto woli, do wyboru, do koloru. Dziś spektakl w podwójnej formie – słowno-melodyjny.

 

Refleksje natury ogólnej

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Miałam tego nie pisać, ale jednak napiszę: dziwny to był sezon. Dziwny może przede wszystkim dlatego, że tak jakby krótszy o 1/3. Serce kibica ściskało z bólu, kiedy na okrągło słyszał, że Kamil Stoch, zamiast zwiedzać skocznie i hotelowe pokoje, wędruje po lekarskich gabinetach, do tego utykając niemiłosiernie. Oj, nie tak miało być, nie tak wyobrażaliśmy sobie poolimpijski sezon w wykonaniu Polaków. Husarze mieli przecież błyszczeć, dzieląc i rządząc na obiektach na wschodzie dalekim, zachodzie bliskim i północy mroźnej. O rodzimych skocznych dziełach architektury nie wspominając. A husarze, zamiast lśnić niczym gwiazdy na niebie, przybledli.

 

Od dołu do góry i z góry na dół, czyli Macieja Kota przegadany sezon

Maciej Kot, fot. Jagoda Bodzianny
Maciej Kot, fot. Jagoda Bodzianny

Od dołu do góry dlatego, że zaczynam od najniższych krańców tabeli. Z góry na dół dlatego, że z 17. miejsca w klasyfikacji generalnej zeszłego sezonu Maciej Kot powędrował na 65. Cóż rzec, jak żyć, jakim głosem szczekać? Chyba ludzkim, choć o to właśnie  najtrudniej. Siódmy zawodnik olimpijskiego konkursu na normalnej skoczni sprzed roku tym razem jedynie 5 razy zakwalifikował się do drugiej serii konkursowych skocznych rozgrywek. Trochę wstyd. Brutalna prawda jest też niestety taka, że w minionym sezonie Kot za dużo mówił, a za mało robił. Rozumiem żal, rozumiem zniechęcenie, ale nie można mieć pretensji do trenera za to, że nie powołuje na mistrzowską imprezę zawodnika, który jest cieniem samego siebie. Jak w zeszłym roku młodszy z braci Kotów był podporą polskiej drużyny, jej silnym filarem zaraz po Kamilu Stochu, tak tym razem najpierw brylował, a z czasem i nie brylował w Pucharze Kontynentalnym, do tego stopnia, że w ostatni weekend zawodów na zapleczu Pucharu Świata zastąpił go junior, Andrzej Stękała, który do Pucharu Kontynentalnego zaglądał póki co przez dziurkę od klucza. A Maciej Kot rozbrajająco przyznał, że nie ma już o co walczyć. Widocznie albo zapomniał o kwotach startowych na kolejny period Pucharu Świata, albo, w obliczu osobistych niepowodzeń, nie potrafił odnaleźć sensu w wyciągnięciu w stronę drużyny pomocnej dłoni. Szkoda trochę, a nawet bardzo. Żeby tego było mało, Maciej Kot wcisnął nartę między drzwi, krytykując trenera i pracę ekipy. Oczywiście nie twierdzę, że trener wszystkowiedzący, a skoczkowie to nie powinni się odzywać, bo jasnym jest, że żeby było lepiej, dyskusje są niezbędne, ale dlaczego u licha nie toczą się za zamkniętymi drzwiami, tylko w szeroko pojętych mediach? Przykre jest też to, że Kot pozwolił zrobić z siebie marionetkę i tańczył tak, jak zagrała dziennikarska orkiestra. I tak zamiast pisać o sportowych osiągnięciach piszę o aspektach całkowicie pozasportowych. Pewnie, to mój wybór, jednak w tym sezonie i w tym przypadku elementy niezwiązane ze skocznią dominowały na całej linii. Klasy w tym wszystkim brakowało, telemarku – tym bardziej. Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że „Kocur” będzie snuł mniej opowieści w mediach, więcej historii pisząc na skoczni, co też obiecał niedawno jednemu z dziennikarzy Przeglądu Sportowego na ćwierkającym portalu społecznościowym. Trzymam za słowo.

 

Dawid Kubacki, czyli nie wszystko dwa razy się zdarza

Dawid Kubacki, fot. Bartosz Leja
Dawid Kubacki, fot. Bartosz Leja

Nie zdarzył się dwa razy brązowy medal mistrzostw świata, bo Kubackiego w składzie medalowej drużyny zabrakło, nie zdarzyło się drugi raz miejsce w czołowej dziesiątce Pucharu Świata. Zdarzyło się za to, nie raz i nie dwa, zakończenie konkursu poza czołową trzydziestką albo i pięćdziesiątką. Miejsce w czołowej dwudziestce zdarzyło się… ubogo, bo tylko raz. 53. lokata w końcowej klasyfikacji to z pewnością za mało, by na stałe zagościć w światowym składzie polskiej ekipy, zwłaszcza okrojonym do pięciu skoczków. Dobre występy w Pucharze Kontynentalnym, owszem, podwyższyły polską kwotę startową, jednak chyba nie ma się co oszukiwać – Dawid Kubacki nieprędko doskoczy chociażby do poziomu pierwszej piętnastki Pucharu Świata. Pytanie, czy doskoczy kiedykolwiek…

 

Jan Ziobro, czyli kubeł zimnej wody

Jan Ziobro, fot. Julia Piątkowska
Jan Ziobro, fot. Julia Piątkowska

Właściwie to nie wiem, na czyją głowę ów kubeł się wylał – samego Ziobry, polskiego kibica czy może i tu, i tu? Trzecia opcja wydaje się jednak najbardziej prawdopodobna, bo nagle okazało się, że młody Ziobro to nie zawodnik pokroju Stocha, który razem z nim będzie stawał na podium konkursów Pucharu Świata. Przynajmniej na razie. Tym razem, zamiast piąć się w górę, zjeżdżał w dół po równi pochyłej. Miejsca poza czołową trzydziestką (12) przeważają nad lokatami w trzydziestce (7). I nawet gdyby odjąć od punktowej zdobyczy Ziobry z zeszłego sezonu oczka uzbierane z miejsc na podium, to i tak wyjdzie ich prawie trzy razy więcej (152) niż wszystkich razem wziętych w sezonie 2014/2015 (55 / 50. miejsce). Rzecz jednak osobliwa, na mistrzostwach świata w Ziobrę tchnął duch zeszłego sezonu, dzięki czemu zajął 8. miejsce na normalnej skoczni, do tego wrócił z brązowym medalem rywalizacji drużynowej, prezentując się całkiem przyzwoicie, choć minimalnie nierówno. Nie będę rozważać, kto zabrał nam srebro, Ziobro, Stoch, sami Austriacy, czy może jeszcze inny diabeł z pudełka, bo jasnym jest jednak, że na czempionacie w serce Ziobry i jego kibiców wlał się kubeł wody termalnej. Niestety, jak szybko się ów płyn ogrzał, tak szybko oziębił…

 

Aleksander Zniszczoł, co to go warunki, buty i inne zjawiska nie zniszczyły             

Aleksander Zniszczoł, fot. Julia Piątkowska
Aleksander Zniszczoł, fot. Julia Piątkowska

75 punktów, 48. miejsce w Pucharze Świata, 3 miejsca w czołowej dwudziestce, wiele całkiem przyzwoitych skoków i co najmniej tyle samo nieprzyzwoitych przeciwności losu. A to buty za duże, a to belka zbyt wystająca, a to wiatr buchający trwogą niczym smok wawelski ogniem. Przez znaczną część sezonu młody Zniszczoł był numerem 3 w polskiej ekipie, na jego nieszczęście w pewnym momencie obudził się Klemens Murańka, a i Jan Ziobro wyłonił się ze skocznego niebytu, wskakując w drużynowy byt i pozbawiając młodszego kolegę szansy na medal mistrzostw świata. Jednak i bez brązowego krążka na szyi Zniszczoł może uznać miniony sezon za udany, nie wiem, czy nawet nie bardziej niż Ziobro, który z zimowego snu wyrwał się właściwie tylko na jedną chwilę. Że mistrzowską… cóż, jak to w życiu bywa, podmuch szczęścia jednego okazał się wiatrem w oczy drugiego.

 

Obudzony z drzemki Klemens Murańka

Klemens Murańka, fot. Julia Piątkowska
Klemens Murańka, fot. Julia Piątkowska

Człowiek, który pierwszą część sezonu przespał, chowając się za plecami kolegi Zniszczoła, odrodził się podczas czempionatu w Falun. Wprawdzie 42. miejsce w Pucharze Świata i 102 punkty są wynikiem gorszym niż 38. lokata i 132 oczka z zeszłego sezonu, jednak mimo wszystko występy Murańki, przynajmniej od pewnego momentu, należy ocenić na plus. Brązowy medal w drużynie z mistrzostw świata, który w dużej mierze był właśnie jego zasługą, pobity w Planicy rekord życiowy, i to o ponad 20 metrów, do tego kilka bardzo udanych występów w konkursach Pucharu Kontynentalnego – to dodatni bilans młodego skoczka. Fakt faktem – wypadałoby, żeby tak było od listopada, a nie od lutego, ale, drogi kibicu, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Lepszy mistrzowski medal w garści niż wizja olimpijskiego krążka na dachu. 

 

Mistrz prekonkursów Piotr Żyła

Piotr Żyła, fot. Julia Piątkowska
Piotr Żyła, fot. Julia Piątkowska

Otóż jest! Człowiek, który lideruje we wszelkich posezonowych statystykach dotyczących kwalifikacji. 3 zwycięstwa i 4 drugie miejsca w tych rozgrywkach prestiżowych trochę mniej jednak o czymś świadczą. Mianowicie o dużym potencjale Piotra Żyły, niestety, w znacznej mierze niewykorzystanym. W głowach nam się już chyba przewraca, za dużo byśmy chcieli skoczków, którzy napięte nerwy potrafią schować do kieszeni, wyłączyć głowę i skakać bez obciążeń. Nie ma tak dobrze, oj nie. Mimo wszystko Żyła sezon może zaliczyć do udanych, choć do najlepszego punktowego wyniku w karierze zabrakło parę oczek. Do miejsc na podium, na których zajmowanie z pewnością go stać, zabrakło już trochę więcej, mianowicie dwóch równych i dalekich skoków, które zdarzały się Żyle zbyt rzadko. Polatał sobie Piotrek w tym sezonie bardzo dużo, bronił honoru polskiej ekipy pod nieobecność Kamila Stocha, poprawił się w stosunku do zeszłej zimy znacznie, więc właściwie jego popisy należy uznać za udane. Dodatkowo, na całe szczęście, w drużynowym konkursie mistrzostw świata, okraszonym brązem, i w ogóle w drugiej połowie sezonu Żyła jakby zbliżył się z równowagą i polubił próg, spadając z niego coraz rzadziej. Żeby to tak była jednak miłość od pierwszego wejrzenia z tymi równymi skokami i jeszcze nie tylko w prekonkursach

 

Po raz pierwszy od lat kilku…

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Już czekaliście na Kamila Stocha? Będzie, za chwilę, na deser. Najpierw pogadam sobie o sezonie, który nie był taki, jaki w naszych oczach być musiał, mając obowiązek wręcz moralny. Pierwszy raz zdarzyło się, by Łukasz Kruczek nie osiągnął zakładanego celu opiewającego na uzbieranie punktu więcej niż we wcześniejszym sezonie. Pierwszy raz od lat pięciu kwota startowa Polaków zmalała do 4 skoczków. Pierwszy raz od sezonu 2011/2012 zwycięstwa w Pucharze Świata odnosił tylko jeden Polak. Po raz pierwszy w karierze Kamil Stoch zajął gorszą pozycję w Pucharze Świata w stosunku do roku wcześniejszego. Problem polega jednak na tym, że wyżej niż na miejscu 1. być nie można… Po raz pierwszy od sezonu 2009/2010 Polacy nie stali na pucharowym podium konkursu drużynowego. Teraz uwaga, będzie wstrząsająco: po raz pierwszy od 1999 r. w żadnym z konkursów indywidualnych na mistrzostwach świata Polak nie uplasował się w czołowej szóstce! Niestety, dużo rzeczy w tym sezonie działo się po raz pierwszy od lat kilku. Dla osłody i nie-osłody powiem też, że dużo zjawisk, do tego bardziej optymistycznych,  wydarzyło się po raz kolejny. Na przykład po raz drugi w historii zdobyliśmy drużynowy brąz mistrzostw świata, po raz pierwszy (o, znowu) mając realne szanse na srebro. Po raz piąty z rzędu Kamil Stoch uplasował się w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Z trzech kolejnych mistrzowskich imprez, nie licząc lotnego czempionatu, wrócił z medalem na szyi. Po raz kolejny okazało się, że w polskiej ekipie drzemią naprawdę duże możliwości, czemu jednak uśpione – trudno orzec. Nie po raz pierwszy kibice zwalniają Kruczka i nie po raz pierwszy Polski Związek Narciarski opiera się tym pobożnym życzeniom. Ot, nie pierwszy i nie ostatni taki sezon…

 

Czym niżej, tym lepiej?

Andrzej Stękała, fot. Julia Piątkowska
Andrzej Stękała, fot. Julia Piątkowska

Poprzednie lata okazały się dla Polaków wyjątkowo płodne w sukcesy, i to nie tylko w zawodach najwyższej rangi. Triumfy święcili też juniorzy, zdobywając w ubiegłym sezonie dwa złota mistrzostw świata juniorów we włoskim Predazzo. W tym roku w kazachskich Ałmatach tak pięknie już nie było: w konkursie indywidualnym najlepszy z Polaków, Przemysław Kantyka, zajął 10. miejsce, pozostali uplasowali się na dalszych lokatach: 17.  był Krzysztof Leja, 18. Andrzej Stękała i 46. Adam Ruda. Także czwarta pozycja w konkursie drużynowym pozostawiła pewien niedosyt. Mimo wszystko polscy juniorzy mają za sobą udany sezon startów w cyklu FIS Cup: w pierwszej piątce klasyfikacji generalnej rozgrywek znalazło się 4 Polaków: wygrał Andrzej Stękała, trzeci był Przemysław Kantyka. Tuż za podium znaleźli się z kolei Krzysztof Leja i Łukasz Podżorski, 7. był Adam Ruda, 9. Dawid Jarząbek. Zwycięzca cyklu, Andrzej Stękała, już zdążył pokazać się szerszemu gronu kibiców skoków narciarskich, zajmując drugie miejsce w przedostatnim konkursie Pucharu Kontynentalnego w rosyjskim Niżnym Tagilu. W mistrzostwach Polski również uplasował się na drugiej lokacie, ustępując tylko Kamilowi Stochowi, choć przewaga dwukrotnego mistrza olimpijskiego była niebotyczna. Jeżeli kariera młodego Stękały potoczy się we właściwym kierunku, może będziemy mieli radość z jego przyszłych występów.

Niestety, o ile starty mężczyzn w zawodach niższej rangi mogą napawać optymizmem, o tyle skoki pań w polskim wydaniu nie tyle przechodzą kryzys, co właściwie przestają istnieć. Drugie miejsce Joanny Szwab w zawodach Pucharu Kontynentalnego w szwedzkim Falun z ubiegłego sezonu wydaje się wynikiem niedoścignionym i pewnie nieprędko zobaczymy kolejny taki rezultat…

 

He’s the Champion, czyli mistrza powrót do życia

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Gdy okazało się, że kontuzja wyeliminuje Kamila Stocha co najmniej do rozpoczęcia Turnieju Czterech Skoczni, a reszta Polaków, oględnie rzecz ujmując, nie zachwycała, skoki nagle straciły na kolorze, przybladły równie mocno jak polska ekipa. Brak lidera pozostałym jednoznacznie dawał się we znaki, choć to całkowite nieporozumienie, bo skoki to bądź co bądź na co dzień dyscyplina indywidualna, a drużynowa tylko od święta. Zejdźcie z człowieka i dajcie mu się wykurować. Gdy już prawie odkładaliśmy piloty, biadoląc, że skoki bez wyników to nie to samo, bach, Kamil wrócił na skocznię, zostając lepszym świętym Mikołajem od pierwowzoru z dalekiej północy. I choć indywidualnie mistrzostwa świata Kamilowi ewidentnie nie wyszły, to czy ktoś jest w stanie powiedzieć, patrząc w oczy swojemu odbiciu w lustrze, że miniony sezon był dla Polaka stracony? Dwa zwycięstwa w Pucharze Świata: jedno magiczne w nie mniej magicznym Zakopanem i drugie magiczne w minimalnie mniej magicznym Willingen, zresztą trzecie z rzędu na Mühlenkopfschanze i okraszone największą przewagą w tym sezonie nad drugim zawodnikiem na skoczni dużej (14,3 punktu). Do tego kolejne miejsca na podium: drugie w Sapporo, z wyrównanym rekordem skoczni, i Titisee-Neustadt, trzecie w Oslo. Uhonorowanie nie tylko Medalem Holmenkollen, ale i brązowym krążkiem w drużynie na mistrzostwach świata. Pobity osobisty i narodowy rekord w długości narciarskiego lotu w przestworzach (238 metrów)… Jeśli kogoś jeszcze nie przekonałam, że miniony sezon nie był dla Stocha ani stracony, ani tym bardziej słaby, może zrobi to za mnie pewna skromna, acz wymowna tabelka, ilustrująca średnią liczbę punktów zdobytych przez skoczków w pojedynczym konkursie sezonu 2014/2015:

 
zawodnik
punkty / liczba startów
średnia punktów na konkurs
1
Severin Freund (GER)
1729 / 28
61,75
2
Peter Prevc (SLO)
1729 / 31
55,77
3
Stefan Kraft (AUT)
1578 / 29
54,41
4
Kamil Stoch (POL)
820 / 18
45,55

Tak jest, wzrok Was, moi mili, wcale nie myli. Przeciwnie: biorąc pod uwagę zdobyte punkty i ilość występów poszczególnych skoczków, Kamil Stoch plasuje się na wysokim, czwartym miejscu w całej stawce, wyprzedzając choćby Veltę, Koudelkę czy Fannemela. Wprawdzie przewaga czołowej trójki jest znaczna, ale jak nie ma być taka, skoro Stoch opuścił ponad 1/3 konkursów, nękany przez kontuzje, choroby, zmęczenie i inne zjawiska, których limit, mam nadzieję, wyczerpał już na wszystkie lata. Tak więc czapki z głów, wystąp. Laureat nagrody w konkursie pt. „Pościg roku do dziesiątki” – wiadomy: fanfary i owacje na stojąco, do szeregu, zbiórka!

 

Z nieba do piekła i z powrotem – kibiców lot ku przyszłości

Poczuliśmy już, jak to jest żyć w skocznym niebie, w którym Polacy przywożą do domu medale z najcenniejszego kruszcu, do tego z imprez, o których wielu największych tego sportu może tylko pomarzyć. Poczuliśmy też, jak to jest spaść na ziemię z obłoków i zdjąć różowe okulary. Znamy też gorycz triumfów jednego zawodnika i słodycz drużynowego medalu. Wydaje nam się, że skacząc ze sportowego nieba, w tempie iście ekspresowym wylądowaliśmy na samym dnie piekła. Do tego bez telemarku. Husarskie skrzydła niektórym odpadły, innych się zmniejszyły, a jednemu husarzowi kopyto źle podkuto, choć skrzydlate elementy właściwie działały bez zarzutu. Może gdyby nie kontuzja naszego lidera, ten sezon i felieton wyglądałyby zupełnie inaczej? Pamiętając, że ze sportowego piekła do nieba droga niedaleka, zwłaszcza w skokach, liczę, że za rok wszystko wróci na właściwe miejsce. Miejsce szyte na miarę… Stocha.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram