Kamil Stoch, fot. Julia PiątkowskaDługi i kręty to był lot, do tego nie usłany rożami, a kolcami róż. Taki lot na 238. metr, tyle że z pewnością mniej dla zainteresowanego przyjemny. Jednak w końcu skoczek, który przez lata nie dolatywał tam, gdzie powinien, doleciał do celu, pokonując wyjątkową drogę. I niech ta droga Kamila Stocha ku przyszłości na chwilę stanie się naszym lotem ku wspomnieniom.

 

Kocie łby i długi sen

Każdy, kto choć raz jechał samochodem po drodze wyłożonej kocimi łbami, czy to jako pasażer, czy to jako kierowca, doskonale zna nieprzyjemne uczucie, jakie towarzyszy temu doświadczeniu. Ciągłe wstrząsy i drgania, to z pewnością nie autostrada, po której jedzie się jak po stole, ucinając sobie, jako pasażer, spokojną drzemkę. Używając tej dość nietypowej parafrazy, można bez szczególnych wyrzutów sumienia stwierdzić, że Kamil Stoch jechał po sukcesy właśnie taką kocią drogą, przez lata drzemiąc w cieniu wielkiego poprzednika. Oj, długi i zimowy to był sen.

 

Z&Z, czyli z Zębu do Zakopanego

Kamil Stoch, fot. Stefan Piwowar
Kamil Stoch, fot. Stefan Piwowar

Ząb, najwyżej położona wieś w Polsce, gdzie mieszka się tysiąc metrów nad poziomem morza, oraz Zakopane – stolica polskich tatr i polskich skoków. To między tymi miejscowościami toczyło się życie młodego skoczka. Sport, na który wcale nie był tak do końca skazany (mógł przecież zostać choćby psychologiem, jak rodzice), wybrał sobie sam. Zwykła jazda na nartach jest przecież nudna. Najpierw prowizoryczne, własnoręcznie usypywane skocznie okupywane do nocy. Później klub – LKS Ząb. Mały, energiczny, od dziecka nadrabiał techniką. Najpierw został mistrzem świata młodzików na mistrzostwach świata dzieci odbywających się w Garmisch-Partenkirchen. Później, w wieku 12 lat, podczas jednego z pucharowych konkursów w kombinacji norweskiej, w którym brał udział jako przedskoczek, skoczył na odległość 128 metrów. Pięć lat później na tej samej skoczni zadebiutował w Pucharze Świata, skacząc jednak aż 22,5 metra krócej i zajmując 49. miejsce. A jednak to tu, w Zakopanem, wszystko się zaczęło… Potem były pierwsze punkty w Pucharze Świata zdobyte na olimpijskiej skoczni w Pragelato. 7. pozycja Stocha, o dwa oczka wyższa od lokaty Małysza, obudziła w dziennikarzach i kibicach wielkie nadzieje na równie wielkiego następcę. Wtedy nikt nie wiedział, że owszem, spełnią się, ale dużo później – gdy Małysz zejdzie już ze skocznej sceny.

 

Chude lata

Kamil Stoch, fot. Klaudia Zadębska
Kamil Stoch, fot. Klaudia Zadębska

Okrzyknięty następcą Adama Małysza i wielkim talentem. Talentem, którego na skoczniach nie było jednak widać. Owszem, pojawiały się przebłyski formy, były wysokie miejsca, jak choćby 13. i 11. lokata na mistrzostwach świata w Sapporo, ale błysk geniuszu dostrzegali tylko nieliczni. Stoch był dobry, ale… no właśnie, nerwowy, nadmiernie ambitny, zamknięty we własnej wizji sukcesu, rzucający kaskiem, nartami, czyli tym, co akurat było pod ręką. Wewnętrzna presja nie pozwalała wyzwolić prawdziwych umiejętności. Mimo to gwiazda Stocha zabłysła – na czempionacie w Libercu zajął 4. miejsce w konkursie na normalnej skoczni. Na chwile triumfu trzeba było jednak poczekać kolejne dwa lata i przeżyć nieudane igrzyska w Vancouver (27. i 14. lokata). Aż nadszedł…

 

„Ten skok, o którym marzył”

Kamil Stoch, fot. Bartosz Leja
Kamil Stoch, fot. Bartosz Leja

Była niedziela, 23 stycznia 2011 roku. Polscy kibice, po piątkowym triumfie Małysza, czekali na jego 40. zwycięstwo w Pucharze Świata. W trudnych warunkach, przy padającym śniegu, w pierwszej serii najlepiej poradził sobie Kamil Stoch, osiągając odległość 123 metrów. Wszyscy z niecierpliwością oczekiwali na próbę Małysza. Ten uzyskał 120 metrów, jednak upadł po lądowaniu, a wypięta narta uderzyła w kolano. Na skoczni zaległa cisza. Orłowi z Wisły nic się nie stało, a po pierwszej serii prowadził Kamil Stoch… W drugiej rundzie skoczył 128 metrów, tyle samo, ile jako przedskoczek kilkanaście lat temu. Po raz pierwszy wygrał konkurs Pucharu Świata. Historia napisała nieprawdopodobny scenariusz, nie ostatni w karierze jeszcze nie mistrza z Zębu. Kolejny spektakl reżyser zaplanował dwa miesiące później, w słoweńskiej Planicy, kiedy to Adam Małysz oddał ostatni skok w karierze w pucharowych zawodach. Orzeł z Wisły zajął 3. miejsce, a oliwną gałązkę zwycięstwa przejął nie kto inny, jak Kamil Stoch. Pierwszy raz od 31 lat na podium Pucharu Świata stanęło dwóch Polaków. Tak legenda skoków zeszła ze sceny, pozostawiając ją dla nowego aktora…

 

Słodko-gorzkie mistrzostwa

Kamil Stoch, fot. Bartosz Leja
Kamil Stoch, fot. Bartosz Leja

Aktorski następca w spokoju kroczył drogą poprzednika. Kolejne zwycięstwa dodawały pewności siebie, a dodatkowo utwierdzały go w przekonaniu, że we włoskim Predazzo jest w stanie walczyć o złoto. Na normalnej skoczni znów jednak nie wytrzymała psychika, odwieczna rywalka Kamila Stocha w batalii o czołowe lokaty, medale, spełnienie marzeń. Drugie miejsce po pierwszej serii, a w finale… słabszy skok, z zachwianym lądowaniem. Końcowy efekt? Ósma pozycja. I znów nie było medalu, który leżał na wyciągnięcie ręki. Jak w Rovaniemi w 2005 roku, kiedy w konkursie mistrzostw świata juniorów Stoch prowadził po pierwszej serii, a upadek w drugiej przekreślił szansę na zwycięstwo. W oczach Stocha, nie po raz pierwszy zresztą, pojawiły się łzy. A jednak, choć nikt się tego nie spodziewał, sportowa złość wyszła mu na dobre – 28 lutego, dokładnie 10 lat po Małyszu, zwyciężył w konkursie na dużej skoczni, zdobywając pierwszy w karierze tytuł mistrza świata. Dwa dni później wraz z drużyną wyskakał brązowy medal. Włoskie sukcesy były jednak tylko preludium tego, co miało nastąpić już rok później…

 

Złoto-kryształowy blask

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

12-letni chłopiec. Uśmiechnięty, rezolutny, wygadany. Z łatwością opowiada przed kamerami o swoich skokach, pierwszych sukcesach, marzeniach… Każdy kibic skoków doskonale zna film z młodym jeszcze-nie-mistrzem, który niegdyś śnił o olimpijskim złocie, a piętnaście lat później nie musiał już marzyć – po prostu je zdobył. 10 i 16 lutego 2014 roku na szyi Kamila Stocha zawisły olimpijskie złote medale, te same, o których marzył, choć bał się mowić. Jedne igrzyska, dwa konkursy i cztery skoki, które przeszły do historii światowego sportu. Cztery skoki, dzięki którym w oczach niektórych, co bardziej wrażliwych kibiców, pojawiły się łzy. Chyba nigdy w życiu, siedząc przed telewizorem, nie denerwowałam się tak, jak w te dwa zimowe wieczory. I choć to S(t)och(i) 2014 zapamiętaliśmy pewnie najlepiej, to sezon 2013/2014 obfitował w wiele pięknych chwil, a mistrz z Zębu po raz kolejny udowodnił, że drobny kryzys z początku sezonu można przekuć w końcowy, kryształowy i kulisty sukces. W ten sposób Polak stał się jednym z sześciu skoczków w historii, którzy mają w swoim dorobku złoto igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata oraz Kryształową Kulę. Następca, choć nie przegonił i być może nawet nie dogonił mistrza, to pokazał, że kroczy jego drogą.

 

Quo vadis?

Droga wciąż trwa, a kontuzja odniesiona pod koniec listopada 2014 r. nadaje jej wyjątkowo ludzkiego wymiaru. Kiedy już wydawało nam się, że Stoch po raz kolejny zostanie królem skocznych przestworzy, los postanowił spłatać nam figla i pokazał, jak to jest oglądać skoki bez skoków Stocha. Mistrz wrócił w stylu, którego nikt się nie spodziewał. Po raz kolejny pokazał charakter, a nas nauczył pokory. Właściwie nie tylko pokory, ale i tego, że warto mieć marzenia, dążyć do celu, nigdy się nie poddawać, a przy okazji pozostać człowiekiem… Można by tak wymieniać w nieskończoność. „Bo trzeba sto raz przegrać, by raz wygrać”. Choć droga to była bardzo długa, pełna rozczarowań i niespełnionych nadziei, to zakończyła się sukcesem, i to nie tylko sportowym. A czymże byłyby sukcesy bez porażek? Srebrem, jak mowa bez złota – milczenia.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram