Z niebytu w złota byt, czyli o skokach narciarskich i… siatkówce (felieton) 

Kamil Stoch i Dawid Kubacki, fot. Izabela Piasecka / Olga Król (czassiatkowki.pl)

W piłce nożnej regularnie dostajemy solidne baty, a o medalowych miejscach na mistrzowskich imprezach możemy tylko pomarzyć, licząc nie na wyjątkowe umiejętności zawodników, a na niebywały uśmiech fortuny. Na tym ostatnim polegać właściwie też nie możemy, bo w piłce kopanej los szczerzy złote zęby w kierunku zupełnie innych reprezentacji.

 

Są jednak takie dyscypliny, które w polskim sporcie wybiły się na medalową niepodległość, pokazując, że i z niczego może urodzić się coś. Całkiem duże coś.

Adam Małysz, fot. Julia Piątkowska
Adam Małysz, fot. Julia Piątkowska

Takie skoki na przykład. Kto to w Polsce w latach 90. słyszał, żeby przypinać deski do kończyn dolnych i rzucać się na wariata w przepaść tylko po to, żeby huknąć o zeskok dalej od innych? A kto słyszał, żeby kibicować temu czemuś, co sportem nazywają, ślęcząc przed telewizorem i marnując godziny w ilościach tak nieprzyzwoitych, że wstyd się przyznawać? W środku nocy wstawać, bo jakiś Polak medal odbiera (obrazek-autentyk: ja, co to kocham spać, Vancouver 2010, pi razy drzwi piąta rano). Wariatka, puknij się, dziecko, w głowę, bo masz pod nią nie po kolei. Co poniektórzy i teraz patrzą spode łba, bo zgłupiała, żeby się tak tymi skokami emocjonować, jak nawet w górach nie mieszka. A o czym to Wy teraz piszecie? Przecież nie skaczą… – o, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak często słyszę takie pytania. A jednak piszemy, nawet ja, choć z weną mi ostatnio wyjątkowo nie po drodze, nie wspominając o pisarskim polocie.

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

My piszemy, a oni skaczą, choć chyba wszyscy mamy świadomość, że gdyby nie Małysz, to może i owszem, skakaliby także, ale niekoniecznie przy muzycznym akompaniamencie w postaci tysięcy krzyczących gardeł rozemocjonowanych kibiców. Dziwne te skoki, wyszły z niebytu, narodziły się po raz drugi niczym feniks z popiołów i to tylko dzięki jednemu niepozornemu skoczkowi, który postanowił wprowadzić Polaków w fascynujący świat sportu na najwyższym światowym poziomie. Za widownią poszły pieniądze, dzieci zafascynowane Małyszem, zarażone wirusem miłości do sportu i bakterią marzeń o sukcesach. Z mało znaczących zawodników Polacy stali się centrum skocznego świata, na które zagraniczni trenerzy, fani i sami skoczkowie patrzą z podziwem i szacunkiem. I tylko dziwnym trafem my, Polacy, nie zawsze potrafimy docenić, co naprawdę mamy. A mamy dwukrotnego mistrza olimpijskiego, mistrza świata, drużynowe krążki, o których lata temu nie mieliśmy prawa nawet marzyć, a co dopiero głośno mówić. I Małysza, który stał się ikoną fruwania na nartach, symbolem pewnej epoki. Dziś, gdy Kamil Stoch już dopisał w swojej życiowej książce rozdział pt. „dwukrotny mistrz olimpijski, Soczi 2014”, wzruszamy obojętnie ramionami i mówimy: to już przeszłość. Ale czy w przeszłości trochę dalszej mieliśmy prawo widzieć choć jedno złoto? Otóż nie. Czyli jednak można. Można zrobić coś z niczego, coś, co nie miało prawa się udać, a wbrew logice jednak się udało. Kiedyś: bez sprzętu, bez pieniędzy, bez trenerów. Dziś: ze sponsorami, widownią i widokami na przyszłość. Malowniczymi widokami zresztą.

 
Mariusz Wlazły, fot. Bartosz Leja
Mariusz Wlazły, fot. Bartosz Leja

My to lubimy narzekać. Kiedy cała Polska usłyszała, że kadrę polskich siatkarzy przejmuje Stephane Antiga, trenerski żółtodziób, wszyscy wymownie pukali się w czoło, unosili oczy ku niebu, rzucając w przestrzeń pytanie bez odpowiedzi pt. „Który szaleniec to wymyślił?”. Wiadomości rozchodziły się jak świeże bułeczki w najlepszej piekarni w mieście. A to bo Antiga skreślił Kurka, Messiego polskiej siatkówki, który miejsce w kadrze miał mieć zaklepane do końca świata i jeszcze dzień dłużej, jak zwykł mawiać bajkowy Buzz Astral. Nie tworzy wyjściowej szóstki i co to będzie, zawodnicy niezgrani, a tu za pasem mistrzostwa w Polsce, mekce światowej siatkówki. Blamaż będzie, panie kochany, blamaż! Blamażu nie było, przybył za to sukces w złotej karecie, którego nikt się nie spodziewał. A po sukcesie, zamiast cieszyć się, że lejemy Brazylijczyków, zabierając im sprzed nosa czwarty z rzędu tytuł mistrzów świata, żal i rozpacz.

Bartosz Kurek, fot. Piotr Drabik
Bartosz Kurek, fot. Piotr Drabik

„Drużyna, której już nie ma” – tak mniej więcej grzmiały nagłówki poczytnych internetowych portali sportowych, naczelni dziennikarze rwali włosy z głowy, bo jak ta polska reprezentacja awansuje na igrzyska w Rio, kiedy jej podstawowi zawodnicy odwieszają kadrę na kołek? W momencie, w którym polscy reprezentanci byli na ustach całego siatkarskiego świata, wygrywając bez przekrętów, gorących kulek i drabinek, które miały zaprowadzić gospodarzy lekko, gładko i przyjemnie co najmniej do półfinału. Dziennikarz, którego nazwiska z poczucia przyzwoitości wymieniać nie będę, który dwa dni po mistrzostwach wieścił, że „mistrzów już nie ma”, dziś wychwala pod niebiosa ich następców, zwłaszcza Mateusza Bieńka, nieznajomego, który przebojem wdarł się do polskiej kadry i rozpoczął twarde rządy w rosyjskie tundrze, zaliczając debiut, jakiego świat nie widział. Oj, nie wierzyli w Antigę, jak i nie wierzyli w Kruczka, a obaj doprowadzili polskich reprezentantów na sam szczyt podium, pomagając im spełnić marzenia o potędze, której tak w naszym kraju brakuje. W poczuciu bycia gorszym nie mamy sobie równych. Przodujemy w wyścigu o brak wiary we własne możliwości. A jednak nawet z małego Zęba można sięgnąć gwiazd, prawda?

Dziś, po niemal 10 latach od czasu Raula Lozano, który wyprowadził polską siatkówkę z cienia w blask słońca, mamy mistrzów świata, którzy po raz kolejny pokonują mistrzów olimpijskich, kładąc ich na łopatki w dwumeczu. W pierwszym spotkaniu, wygranym 3:0, pozwolili zdobyć rywalom jedynie 53 małe punkty. Takiej wygranej w historii nie było i argumenty, że Rosja nie w najlepszym składzie, nie znajdują racji bytu, bo Polska również w składzie, można by rzec, eksperymentalnym. I choć dalej nie nauczyliśmy się naprawdę cieszyć z wygranych, nawet pomniejszych, to wygląda na to, że doczekaliśmy czasów bogatych w cierpienia. Ale nie w cierpienia porażek, tylko w cierpienia urodzaju. Nie ma Wlazłego, jest Kurek na pozycji atakującego, który sprawia wrażenie, jakby w ciemnych jaskiniach ćwiczył nowe zagrania z myślą o przyszłości. Jest Mateusz Mika, wyciągnięty as z rękawa Stephana Antigi, który nie przestał błyszczeć od czasu wrześniowego mundialu, potrafiący z piłką wyczyniać wręcz cyrkowe sztuczki. Jest Bieniek, as z drugiego rękawa, o którym słyszeli chyba tylko najbardziej zagorzali kibice siatkówki, i to raczej tej klubowej, z polskiego podwórka. Przez 15 lat polskiej siatkówki XXI wieku zmieniło się wszystko, tak jak w polskich skokach. Z niszowej dyscypliny i jedna i druga stały się sportem uwielbianym przez rzesze kibiców, weszły na salony w najlepszy z możliwych sposobów, pokazując, że wyniki sportowe wymagają lat ciężkiej pracy. Lozano, Castellani i Anastasi wnieśli do naszej kadry bardzo wiele, ale żaden z nich nie zaczął w tak spektakularny sposób jak Antiga. I choć przed tym ostatnim jeszcze wiele schodów, bardzo wysokich, biorąc pod uwagę, że żyjemy w kraju tak głodnym sukcesów, to możemy być pewni, że on, wraz ze swoimi podopiecznymi, wierzy w to, co z pozoru niemożliwe. Tak jak Łukasz Kruczek. A gdzie my, kibice, w tej sportowej układance?

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.