Skoczna Myślodsiewnia: Indywidualność czy kolektyw? (felieton)

Polska drużyna wraz z Kamilem Stochem - Planica 2014 r., fot. Julia Piątkowska

Dużo czytam. Czasem dlatego, że muszę, bo co poniektórzy wyżej postawieni ubzdurali sobie, że beret studenta, nawiasem mówiąc już przeładowany zbędnymi informacjami, nie obędzie się bez kolejnej dawki (non)elementarnej wiedzy. Częściej czytam dlatego, że lubię, a zagłębiając się w literki stawiane przez innych, można wymyślić literki… swoje własne.

 

Polska brązowa drużyna z MŚ w Falun 2015, fot. Julia Piątkowska

Nierzadko tak właśnie powstają moje wymyślne felietony. Coś gdzieś przeczytam, coś gdzieś usłyszę, za dni dwa albo trzy, jak już przetrawię informacje, dorobię historyjkę i jest tekst, lepszy lub gorszy, w zależności od poziomu weny, a zaręczam, dając w zastaw swoją własną klawiaturę, że tej (weny, nie klawiatury) czasem mi jednak brakuje. W taki właśnie sposób, buszując w wolnej chwili po Internecie w poszukiwaniu ciekawych felietonów, których, w moim mniemaniu, wcale aż tak dużo nie ma, dorwałam twórczość pewnego jegomościa, niegdyś pisującego w skocznym portalu, który obecnie przeniósł się na bloga (jegomość, nie portal). Na owym blogu znalazłam wpis sprzed lat kilku, w którym to autor ubolewa nad poziomem polskich skoczków, wyłączając rzecz jasna Małysza. Oj tak, takie te zamierzchłe czasy były, acz pamiętają je nie tylko najstarsi górale. Tytuł brzmiał mniej więcej tak: „Małysz szóstą drużyną świata”. Pomarudził sobie jeszcze, w całkiem niezłym stylu, że te zespołowe wygibasy to bez sensu. Że niech już sobie będą na igrzyskach czy mistrzostwach świata, skoro muszą, ale generalnie to paszoł won i do widzenia, bo nuda i po co to komu. Jak tak się zaczęłam głębiej nad tym zastanawiać (w porze obiadowej, nad talerzem domowej pomidorówki współgrającej z „obiadem z Małyszem”), to przyznałam rację. To znaczy, uściślając: w klimacie braku polskich zespołowych sukcesów i medali taka rywalizacja miała faktycznie nie największy sens. Bo jaki to, za przeproszeniem, jest interes, żeby gapić się w ten szklany ekran albo marznąć na mrozie, kiedy jakieś nieloty spadają z progu, modląc się o wejście do drugiej serii? Tak po prawdzie to strata czasu trochę, a zdrowia na zimnie przy okazji. Jeszcze pochorować się można, jak się konkurs przedłuża, co zdarza się przecież nierzadko. Zapalenie płuc złapać w gratisie, w zamian za miejsce w okolicach dziewiątego? Nieopłacalne.

Polscy medaliści w drużynie z Val di Fiemme, 2013 r., fot. Julia Piątkowska
Polscy medaliści w drużynie z Val di Fiemme, 2013 r., fot. Julia Piątkowska

Jeszcze parę lat temu „drużynówki” oglądałam jednym okiem. I to słabszym, prawym, zapewniając drugiemu ciekawszą rozrywkę. Medale drużynowe uważałam w sumie za gorsze i gdy komentatorzy rozprawiali, że Małysz jest najbardziej utytułowanym skoczkiem na mistrzostwach świata, przyznawałam im rację, bo te zespołowe krążki to takie podrabiane, sztuczne jakieś, nie liczą się. Albo dobra, liczą się, ale tak jakby je podzielić przed dwa. Albo na pół, o! Kompromisowo, znaczy się.

Ale jak to mówią, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Punkt siedzenia tym razem zlokalizowany nie na kanapie, a w medalowym worku. Worek pusty – medale nieważne, w worku coś tam dzwoni – krążki istotne! Ot, ekonomia, a kibic przecież za darmo kibicował nie będzie, medale muszą być i basta! (Proszę mi nie wrzucać, żem pazerna, bo gdyby nie osiągnięcia Małysza, to ledwo kto by te skoki w ogóle oglądał; w końcu sport bez emocji to nie sport, a jak nie ma zwycięstw, to z czego się tu niby cieszyć, że im cztery litery obijają na okrągło? Kibic też chce, żeby wygrywali. A może przede wszystkim…).

Z czasem dopiero przyszło inne myślenie, wyskakując niczym Filip z konopi. I oczywiście nie miało „nic” wspólnego z tym, że Polacy z grona średniaków wybili się do grona pretendentów do medali, szerokiego, ale jednak. Dziwna myśl, ale łapie się człowiek, że ten drużynowy medal wygląda przecież tak samo jak indywidualny… No prawie, bo pewnie coś innego napisane, kolory te same, a Tobie się wydawało, że to co innego? Głupie i bezmyślne to było, tyle Ci powiem.

Polska drużyna w Planicy w 2014 r. (Stoch, Żyła, Murańka, Kot), fot. Julia Piątkowska
Polska drużyna w Planicy w 2014 r. (Stoch, Żyła, Murańka, Kot), fot. Julia Piątkowska

I tak konkursy drużynowe stały się nieodłącznym elementem rywalizacji i zainteresowania kibiców. Więcej, podczas ostatniego czempionatu w Falun okazały się jedyną medalową nadzieją, do czego w Polsce nie przywykliśmy, stawiając zazwyczaj na indywidualne zdolności pojedynczych i samotnych gwiazd. Samotność długodystansowca – tak to przecież z Małyszem było. Swoją drogą to jednak dziwne, w szkołach na okrągło powtarzają, że współpraca ważna, prace w grupie, znienawidzone zresztą przez większość uczniów, mnożą się niczym grzyby po deszczu, a sukcesy sportowe odnosimy przede wszystkim w sportach indywidualnych (siatkówka to wyjątek potwierdzający regułę, a kopacze na Euro dostaną jeszcze po nosie i tyle będzie z tej chwilowej euforii kończyn dolnych).

Przechodząc do meritum, czas zastanowić się co jest ważniejsze i czy w ogóle można tak sprawę rozpatrywać. Czy lepiej mieć jednego wybitnego Małysza czy Stocha i trzech ciągnących ogony, czy też Małysza czy Stocha nie mieć, ale za to mieć czterech równych skoczków, a co za tym idzie, drużynę na medal? Spór właściwie nierozwiązywalny, ale coś w tym jednak jest, że kiedy Polacy nie mieli szans na medale w rywalizacji zespołowej, nikt nie przywiązywał do niej zbyt dużej uwagi. A może to był błąd, bo dziś okazuje się, że medale drużyny cieszą i smakują podobnie jak te zdobywane przez zawodników indywidualnie. To tak jak kiedyś wydawało się, że bez Małysza to nie będzie to samo, że krążki innych skoczków nie będą tak cieszyć. A bzdura, podczas igrzysk w Soczi denerwowałam się tak samo jak oglądając skoki w Vancouver, a może i bardziej. Więcej – drużynowy konkurs w Falun przypadł dokładnie w dzień moich studenckich połowinek, a że nie wypadało opuścić ani jednego, ani drugiego, to konkurs obejrzałam jednak do końca, pomstując na ten głupi i wredny wiatr, wymuszający trzymanie Stocha na belce przez czas nieprzyzwoicie długi, a bezcenny w obliczu całkiem realnego spóźnienia. I co? Otóż moje dawne przyzwyczajenia i wyobrażenia, wg których „drużynówki” to konkursy z drugiej ligi, upadły z wielkim hukiem, bo oto nie tylko medale takie same, ale emocje również. Odkrycie godne Einsteina, doprawdy…

Czas na rzeczowy głos w tym emocjonalnym myślowym monologu, posłużę się więc małymi tabelkami, które obrazują drużynowe wyniki polskich skoczków w PŚ, na MŚ i IO w XXI wieku. Na pierwszy ogień – pucharowy cykl.

sezon
miejsce w Pucharze Narodów / punkty
punkty Małysza /
punkty pozostałych Polaków
2000/01
6. / 260*
1531
2001/02
6. / 2105
1475 / 630
2002/03
7. / 1608
1357 / 251
2003/04
8. / 702
525 / 177
2004/05
10. / 1630
1201 / 429
2005/06
9. / 786
634 / 152
2006/07
5. / 1785
1453 / 332
2007/08
11. / 804
632 / 172
2008/09
8. / 1574
549 / 1025
2009/10
6. / 1806
842 / 964
2010/11
3. / 3239
1153 / 2086
2011/12
6. / 2638
2012/13
5. / 3447
2013/14
4. / 3790
2014/15
6. / 2282

      * w sezonie 2000/2001 Międzynarodowa Federacja Narciarska eksperymentowała i do Pucharu Narodów liczyła tylko punkty z konkursów drużynowych, pomijający indywidualne zdobycze skoczków w poszczególnych konkursach; w kolejnych latach z innowacji jednak zrezygnowano. 

Jak tak człowiek popatrzy na tę tabelkę, to przestaje się dziwić, że drużynowe konkursy traktowaliśmy jak drugą ligę. Bo skoro przez większość sezonów jeden Małysz (!) zdobywał więcej punktów niż wszyscy nasi  pozostali reprezentanci razem wzięci do jednego worka, to znaczy tylko jedno: Orzeł z Wisły zaburzał rzeczywistość, a kibice, oczarowani jego sukcesami, nie potrzebowali więcej. Wystarczały epokowe przewagi Małysza, a to, że w konkursach drużynowych wyprzedzaliśmy zazwyczaj tylko takie tuzy skoków narciarskich jak Francja, Estonia czy Chiny (!) mało nas obchodziło. Zwłaszcza w obliczu braku spodziewanej zmiany tego stanu rzeczy. Próbowaliśmy pogodzić się, że kolektyw nie dla nas. Oczywiście – do czasu.  

Pora na rzeczowy głos vol. 2, czyli konkursy drużynowe na imprezach rangi mistrzowskiej:

wydarzenie
miejsce Polaków / strata punktowa do zwycięzców (zwycięzcy)
MŚ Lahti 2001
HS-130: 8. / 280,0 (Niemcy)
HS-97: 5. / 104,0 (Austria)
ZIO Salt Lake City 2002
6. / 126,0 (Niemcy)
MŚ Predazzo 2003
7. / 148,2 (Finlandia)
MŚwL Planica 2004
8. / 325,0  (Norwegia)
MŚ Oberstdorf 2005
HS-137: 9. / 687,6 (Austria)
HS-100: 6. / 111,5 (Austria)
ZIO Pragelato 2006
5. / 89,6  (Austria)
MŚwL Tauplitz 2006
9. / 1044,2 (Norwegia)
MŚ Sapporo 2007
5. / 143 (Austria)
MŚwL Oberstdorf 2008
10. / 979,5 (Austria)
MŚ Liberec 2009
4. / 62,2 (Austria)
ZIO Vancouver 2010
6. / 111,2 (Austria)
MŚwL Planica 2010
4. / 188,9 (Austria)
MŚ Oslo 2011
HS-134: 5. / 64,4 (Austria)*
HS-106: 4. / 72,5 (Austria)
MŚwL Vikersund 2012
7. / 203,9 (Austria)
MŚ Predazzo 2013
3. / 14,9 (Austria)
ZIO Soczi 2014
4. / 29,3 (Niemcy)
MŚ Falun 2015
3. / 24,5 (Norwegia)
*konkurs jednoseryjny

Ta tabelka z kolei wygląda w paru miejscach, zwłaszcza w jej dolnej części, całkiem przyzwoicie, jednak przewagi punktowe zwycięzców nad naszą reprezentacją, z wyjątkiem, po raz drugi, dolnych partii, budzą grozę w oczach. I jak tu się dziwić, że co poniektórzy odpuszczali sobie podziwianie drużynowych pojedynków, oddając się innym zajęciom?

Nawiasem pisząc i odskakując od tematu, 13 triumfów Austriaków (na 20 możliwych) budzi respekt.

Tym razem nie będę kreatywna i dyplomatycznie stwierdzę, że wniosek może być tylko jeden. Mianowicie: nie ma wniosku. Choć osiągnięcia Małysza i Stocha zapisały się złotymi zgłoskami na kartach historii, to nie sposób ocenić, czy ważniejsze jest „indywiduum czy kolektyw”, bowiem każdy medal, choć inny, cieszy tak samo. Dopiero niedawno mieliśmy okazję, by to sprawdzić i docenić drużynowe sukcesy. Sukcesy, których właściwie nigdy nie mieliśmy.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram