Skoczna Myślodsiewnia: Kibic w objęciach słowa, czyli magia Szaranowicza (felieton)

Włodzimierz Szaranowicz (fot. Jagoda Bodzianny)

Włodzimierz Szaranowicz – współtwórca fenomenu polskich skoków, fot. Jagoda BodziannySą ludzie, bez których sport, oglądany z perspektywy kanapy sprzed telewizora, straciłby swój blask, którym oślepia nas od lat. Ludzie, dla których słowo dalej stanowi magiczny instrument przenoszący kibica do świata rodem prosto z bajek. Komentatorzy sportowi – ludzie, którzy zamieszkali w naszych domach, nigdy w nich nie będąc.

 

Słowo. Dla wielu pusty, niewiele znaczący wyraz, potrzebny tylko po to, by zakląć siarczyście pod nosem na irytującego kolegę. Dla innych, raczej nielicznych, pędzel, którym malują świat. Na żółto i na niebiesko albo i kolorami całej tęczy.

 
Tak jak skoczek wybija się z progu do innego świata, tak Włodzimierz Szaranowicz przenosi tam... nas, kibiców, fot. Julia Piątkowska
Tak jak skoczek wybija się z progu do innego świata, tak Włodzimierz Szaranowicz przenosi tam… nas, kibiców, fot. Julia Piątkowska

Dla nas, zagorzałych fanów skoków narciarskich, człowiekiem, w którego ręku słowo nabiera niewyobrażalnego wydźwięku, jest Włodzimierz Szaranowicz. Komentator, można by rzec, niebanalny, nietuzinkowy, pełen nieznanej energii przybyłej prosto z gwiazd. Zwykły człowiek o niezwykłej barwie głosu i niezwykłych emocjach, niegdyś zabierający nas co weekend do świata, który, być może, bez niego nie byłby taki sam. Tak samo piękny, wzruszający i przyciągający jednocześnie. Myślicie, że tak naraz to nie można emocjami i głosem przyciągać przed telewizory, malując nimi, jak farbami, piękno sportu? W pewnym sensie to prawda, dziś takich ludzi jakby coraz mniej. Słowo traci na znaczeniu, puchary i medale zdobywa kultura obrazkowa, spychając język na daleki plan naszej świadomości. Są jednak jeszcze pozytywni styliści, do których i sama po cichu próbuję się zaliczać, którzy obracają słowem niczym lalkarz swoimi marionetkami, kształtując je tak, by rozwijało czytelnika i słuchacza, by zabierało ich w przestworza. Bo skoro skoczek w niebiosa transportuje się sam, wybijając z progu na tych, pożal się, Boże, dwóch cienkich deskach, to nas też musi ktoś przecież tam przenieść, czyż nie? Do tego narzędziem dużo bardziej subtelnym i delikatnym – zwykłym-niezwykłym słowem, które może i wzruszać, i ranić, i budować.     

Takim też miłośnikiem językowego i emocjonalnego kunsztu jest Włodzimierz Szaranowicz, bodaj najbardziej wszechstronny komentator sportowy, który wzrusza się na antenie, choć uważa, że to nieprofesjonalne, który zaliczył setki wpadek, skrupulatnie spisywanych przez czujnych kibiców, a którego dalej brakuje mi podczas cotygodniowych romansów ze skokami. Moja romantyczna ballada blednie, kiedy przed mikrofonem nie ma Włodzimierza Szaranowicza, a ja muszę zadowolić się jego coraz rzadszą obecnością. I tak na co dzień mikrofon usycha, cichnie, by drżeć i rozbrzmiewać prawdziwym kolorem tylko podczas największych imprez – igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata czy zakopiańskich konkursów Pucharu Świata w skokach.

Adam Małysz podczas swojego benefisu, fot. Kata Deak
Adam Małysz podczas swojego benefisu, fot. Kata Deak

Komentował setki polskich niemożliwych triumfów, medali, które nie miały prawa się udać, tworząc świat o kolorach tak wyrazistych, że trudno to sobie wyobrazić. Podglądany przez kamery na najważniejszych imprezach, pokazywał, że sport to jego prawdziwa pasja. Mikrofon tylko dopełniał ten sportowy pejzaż. Przez 11 lat gościł w naszych domach, by razem z Adamem Małyszem tworzyć wyjątkową telenowelę. W pewnym sensie jest twórcą skocznej epidemii, która wybuchła 15 lat temu i trwa do dziś. Zaszczepieni dożywotnią miłością do skoków, nauczyliśmy się szanować stylistykę i kunszt komentatora sportowego, który nie ma czasu kontrolować emocji; ogarnięty szałem radości nie pamięta, co wrzeszczał do mikrofonu, o przewracaniu krzeseł nie wspominając. Słynne King is back” i łamiący się głos Włodzimierza Szaranowicza, kiedy Małysz wzlatywał ze skoczni narciarskiej ku nowemu życiu – to z pewnością zapamiętam na zawsze. Bo czymże byłyby skoki bez wzruszeń?

Włodzimierz Szaranowicz zwykł mawiać, że warto czekać i warto wierzyć, a ludzie, którzy nie wierzą, nie wygrywają. Więc i ja czekam i wierzę, że kiedyś dyrektorski stołek złamie się, ulegnie presji kuszącego mikrofonu i charakterystyczny głos znów co weekend będzie przemawiał do naszych uszu, by ukoić kibicowskie receptory dźwięku, chroniąc je jednocześnie od języka, którego wcale nam nie potrzeba.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram