Skoczna Myślodsiewnia: Powiślańskie refleksje (felieton)

Polacy na podium konkursu drużynowego w Wiśle Czy tak będzie zimą? / fot. Bartosz LejaByłam w Wiśle. Na skokach. Za kilka miesięcy skończę 22 lata i choć w knajpach wszelkiej maści dalej proszą mnie o dowód osobisty (Przepraszam, ale tak młodo Pani wygląda – Panu barmanowi z wiślańskiego baru z tego miejsca dziękuję za komplement), to jak na skocznego kibica czuję się wyjątkowo staro i nie na miejscu. Może czas z tą pasją skończyć?

 
Skocznia im. Adama Małysza w Wiśle Malince, fot. Julia Piątkowska
Skocznia im. Adama Małysza w Wiśle Malince, fot. Julia Piątkowska

Całe życie oglądałam skoki w telewizji. No, może nie całe, bo polskie skoki ożyły, kiedy zaczęłam chodzić do szkoły. To mam 15 lat ze skokami w tle. I jakoś tak, powiem Wam, nigdy nie podejrzewałam, że zobaczę je z innej perspektywy niż ta sprzed telewizora. Już nie wspomnę, że nigdy nie myślałam, że napiszę o nich choć jedno zdanie. Chociaż nie, wróć, zdanie, i to nie jedno, a kilka, napisałam już dawno – po igrzyskach w Vancouver tworzono księgę podziękowań dla Małysza. Ha, i moje trzy grosze się tam znalazły, wybrane z tysięcy komentarzy kibiców. Fejm jest, można się chwalić, choć ja przecież nigdy tego nie robię, wnikliwie obserwując świat z boku, z własnej perspektywy. Trochę nie po dziennikarsku, ale co tam. Wracając do meritum – dziwnie się czułam. Wokół mnóstwo ludzi, którzy na skokach byli już co najmniej kilka razy, którzy wiedzą, z czym to się je, jak to nadziać na widelec, nóż, jak łyknąć i jak smakuje. A ja nie wiedziałam. Totalny armagedon i trochę wstyd. Powiedz ludziom, że interesujesz się skokami, piszesz o nich, ale nigdy nie widziałaś na żywo – wierzcie mi, nic przyjemnego, czujesz się co najmniej jak idiota. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie ja, a gdzie oni, nie tylko skoczkowie, ale i młodzi dziennikarze, fotoreporterzy, którzy potrafią się wybić, pokazać. A moja pasja taka licha, nijaka się wydaje. Co z tego, że umiem pisać? Nic. 

Wisła rozlazła jak sto pięćdziesiąt, nocne piesze wycieczki między centrum a miejscówką znajdującą się 800 metrów od skoczni to nic przyjemnego. Idziesz, idziesz, idziesz…. No własnie, i końca nie widać, co najmniej tak, jak nie było widać końca lotu Małysza w Trondheim w 2001 roku. Można się tylko za głowę złapać niczym Apoloniusz Tajner 14 lat temu. Wieczorami (albo może lepiej powiedziane: nocami) zimno jak diabli, ukochane trampki musiałam zamienić na adidasy, a na grzbiet wciągnąć ciepłą bluzę i na to jeszcze kurtkę. Teoretycznie jeden wielki koszmar, w praktyce niekoniecznie, choć chyba jeszcze nie zdążyłam odespać tego wyjazdu.

 

Coś o skokach

Maciej Kot, fot. Julia Piątkowska
Maciej Kot, fot. Julia Piątkowska

Skoro już znalazłam chwilę, żeby usiąść do tego przysmętnego i nazbyt osobistego felietonu, to czas napisać coś o samych skokach. Przyznaję się bez bicia – konkursy oglądane spod skoczni to zupełnie co innego niż konkursy na kanapie. W fotelu się skupiasz, pod skocznią nie wiesz, co się dzieje. Mówiąc wprost, ogarniałam, kto był na podium i pi razy drzwi, ile skoczyli Polacy, a i też nie wszyscy. Żeby napisać coś o konkursach, musiałam obejrzeć je w Internecie. Chociaż nie powiem, Tomasz Zimoch, komentujący zawody na żywo w Wiśle (choć to chyba za dużo powiedziane, odzywał się raczej rzadziej niż częściej), zapewnił mi moc rozrywki. Były na przykład dwie twarze Macieja Kota, w tym jedna czerwona. Dusząc się ze śmiechu, zastanawialiśmy się, gdzie Maciej Kot ma swoją drugą twarz i czy może jest zielona.

 

Czy to już sukces?

Dawid Kubacki, fot. Julia Piątkowska
Dawid Kubacki, fot. Julia Piątkowska

Wszyscy naokoło trąbią o wielkiej formie polskich skoczków. Dawid Kubacki, który zawsze zaliczał się do klasy mocno średniej, obecnie wybił się na niepodległość, dzieląc i rządząc na wszystkich frontach. Może i to będzie szkalowanie polskiej kadry, ale czekam na zimę. Jeśli wtedy Polacy będą skakać lepiej od pozostałych, odszczekam, co powiedziałam, przysięgam. Jakoś w to nagłe odrodzenie nie wierzę, ale obym się myliła. Zeszłego lata biało-czerwoni też zdominowali drużynową rywalizację w Wiśle, a zimą jak było, wszyscy pamiętamy, Internet zalewał hejt i rozpacz, bo Polacy słabo skaczą, medal to przypadek, Kruczka wywalić na zbity pysk i tak dalej. Wprawdzie Kubacki znalazł się teraz pod skrzydłami innego trenera, psychologa, a jego próby też wyglądają jakby inaczej, ale letnia jaskółka wiosny nie czyni. Zimowa co innego, odszczekam, przysięgam. 

Jest jeszcze jeden gwóźdź, który zaburza mi ten wspaniały występ, mianowicie własna skocznia. Nie oszukujmy się, Polacy znają Malinkę jak własną kieszeń, obecnie trenują właściwie tylko na niej i na obiektach w Szczyrku, bo w Zakopanem się nie da. Jak sami przyznają, pozostali skoczkowie, którzy oddają tu tylko kilka skoków, są na straconej pozycji. I to nie koniec moich dylematów. Pozostałe ekipy nie przyjechały w najmocniejszych składach, u Austriaków zabrakło trenującego indywidualnie Gregora Schlierenzauera, Niemcy pojawili się bez zdobywcy Kryształowej Kuli Severina Freunda. Czepiam się, wiem, ale może po prostu jestem sceptyczna i nie chcę sobie robić złudnych nadziei na przyszłość? Bo to zima prawdę Ci, kibicu, powie.

 

Chochla dziegciu w beczce miodu

Czy Letnia Grand Prix wróci do stolicy Tatr w przyszłym roku? / fot. Bartosz Leja
Czy Letnia Grand Prix wróci do stolicy Tatr w przyszłym roku? / fot. Bartosz Leja

Jest fajnie, Polacy nam powygrywali, Żyła dobrze skacze, Kubacki rządzi, ze Stochem też nie najgorzej, biorąc pod uwagę, co działo się kilka tygodni temu po rozregulowaniu w Zakopanem. O właśnie, Zakopane, do tego zmierzam. Beczka miodu jest, ale do tego należy dołożyć co najmniej jedną (jak nie dziesięć) chochlę dziegciu, bo osobiście uważam, że odwołanie zawodów w Zakopanem, i to na dwa tygodnie przed imprezą, to niezły wstyd. Jasne, byłby jeszcze większy, gdyby skoczkowie do stolicy Tatr przyjechali i okazałoby się, że nie są w stanie rywalizować, blamaż do potęgi entej. Ale i tak włodarze skoczni chyba nazbyt późno zorientowali się, że na Wielkiej Krokwi skakać się po prostu nie da. I wyszło, jak wyszło, nie najlepiej, oględnie rzecz ujmując. Nie wspomnę, że samo zgłaszanie skoczni im. Stanisława Marusarza do konkursu Letniej Grand Prix odbyło się na wariackich papierach. Najpierw zgłaszają, a potem odwołują, nie ma to tamto, szybko się zorientowali.

 

Raz pierwszy, ale czy ostatni?

Podobno lepiej późno niż wcale, tak mówią. A skoro tak, to pewnie nie warto rezygnować, nie teraz, kiedy skoki naprawdę stały się moim życiem, czy tego chcę, czy nie. Nie teraz, kiedy w Wiśle poznałam wspaniałych, zakręconych ludzi, pełnych pasji i miłości do sportu, potrafiących śpiewać Feliz Navidad w środku upalnego lata. Mimo wątpliwości, niepewności, rozterek, upływającego czasu – wrócę tam, gdzie moje miejsce – na skocznię. Już z dziennikarską akredytacją. Obiecuję. Wam, a przede wszystkim… sobie.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

1 thought on “Skoczna Myślodsiewnia: Powiślańskie refleksje (felieton)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram