„To było kiedyś”: Dwa dni Thomasa Morgensterna (felieton)

Thomas Morgenstern, fot. Stefan PiwowarJeden skoczek. Dwie skocznie. Dwa dni. Dni, które wstrząsnęły światem skoków. Dwa upadki. Upadki, które nie miały prawa się zdarzyć, a jednak się zdarzyły. Upadki, które wyznaczyły początek i kres kariery na skoczni. Upadki, które dzieli niemal 11 długich lat wypełnionych szeregiem zwycięstw, medali, sportowych imprez i powrotów – triumfów Thomasa Morgensterna.  

 
Skoczek narciarski tuż po wyjściu z progu, fot. Stefan Piwowar
Skoczek narciarski tuż po wyjściu z progu, fot. Stefan Piwowar

Kto pamięta, że to Adam Małysz po pierwszych dwóch konkursach sezonu 2003/04 rozegranych w fińskim Kussamo liderował klasyfikacji generalnej cyklu? Niewielu. Kto pamięta zwycięzcę drugiego konkursu w sezonie 2003/04, rozegranego dzień po feralnych wydarzeniach? Też niewielu. Wszyscy jednak pamiętamy moment, w którym wówczas młody, dla wielu jeszcze nieznany skoczek, choć mistrz świata juniorów, Thomas Morgenstern, runął w przepaść. A przecież nie tak miało być, bo nikt nie zakłada najgorszego. Który z nich spodziewa się, że sport, któremu poświęcił życie, odwdzięczy się w najgorszy z możliwych sposobów? Że nie wyląduje bezpiecznie, że może doznać kontuzji, która wyłączy go nie tylko ze sportu, ale i z normalnego życia? Żaden. Gdyby nie pokonywali swoich barier, nigdy nie odepchnęliby się od belki, by wylecieć w nieznane. A przecież właśnie to robią przy każdej próbie – mknąc z zawrotną prędkością po rozbiegu skoczni, by wybić się z progu, oddają swoje zdrowie, a może i życie w ręce własnych umiejętności oraz natury. Nieposkromionej, nieznanej, nieraz podstępnej i pełnej siły, z której na co dzień nie zdajemy sobie sprawy.

 

Dzień pierwszy

Kuusamo - 'Rukatunturi', fot. Klaudia Zadębska
Kuusamo – ‚Rukatunturi’, fot. Klaudia Zadębska

29 listopada 2003 roku, dzień jak co dzień. Fińskie Kussamo jak zwykle przywitało skoczków zimową, acz niesprzyjającą dla skakania aurą. Trudne warunki, wiatr, przedłużający się konkurs. Ot, chleb powszedni, nic nowego, rutyna, nie pierwszy i nie ostatni raz. A jednak jeden ze skoczków, siadając na belce, nie miał pojęcia, że zamiast bezpiecznie wylądować, bezwładnie runie na zeskok, czyniąc ten dzień historycznym. Dniem, który nigdy nie powinien mieć miejsca, bo jak mówił po konkursie Piotr Fijas, ten konkurs nie powinien być przerwany wcześniej, on w ogóle nie powinien się zacząć

Oto pierwszy dzień Thomasa Morgensterna. Jeden z wielu, który sprawił, że skocznia zamilkła. 

Tego dnia na skoczni Ruka hulał wiatr, zamieniając piękną, mistyczną dyscyplinę w sport przeznaczony dla szaleńców. Nie udało się rozegrać kwalifikacji, więc na liście startowej konkursu widniały nazwiska wszystkich 74 skoczków. 65 zdołało oddać swoje próby, jednak kilku broniło się przed upadkami, m.in. Andreas Kofler oraz Martin Schmitt. Na szczęście żadnemu nic się nie stało. Aż nadszedł ten moment… Z 66. numerem na koszulce na belce zasiadł wówczas siedemnastoletni mistrz świata juniorów, Thomas Morgenstern. Miał oddać skok, jakich na swoim koncie zanotował już wiele, a jednak stało się inaczej i nie było słów, które opisałyby to, co czuli wszyscy kibice. Zamilkł nawet polski komentator, Włodzimierz Szaranowicz, nie kończąc myśli, którą zaczął: „Tu widzą Państwo jeszcze jedną rzecz, za chwilę powiem…” – oto słowa, których nie było mu dane dokończyć. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co chciał nam przekazać, a pewnie i on sam dziś już tego nie pamięta. Dźwięk słów, zazwyczaj w sportowych relacjach bardzo ważny, przyćmił obraz, którego nie chcielibyśmy nigdy widzieć. Obraz Thomasa Morgensterna, który niczym bezwładna lalka pada na zeskok, cudem uchodząc z życiem.

Thomas Morgenstern, fot. Julia Piątkowska
Thomas Morgenstern, fot. Julia Piątkowska

Wszystko dzieje się jak na przyspieszonym filmie, w ułamku sekundy – podmuch wiatru, wywinięta narta i potworny upadek na kręgosłup. W głowach pojawiają się pytania, na które nikt nie zna odpowiedzi. Wstanie z łóżka? Będzie chodził, czy to w ogóle możliwe? A może zostanie kaleką? My, kibice, nagle stanęliśmy twarzą w twarz z żywiołem. Okazało się, że skoczkowie, którzy wydają nam się herosami walczącymi w przestworzach, w obliczu natury są tylko ludźmi. 

Wideo z feralnego upadku Morgensterna >>

Nastąpiło nerwowe oczekiwanie na wieści ze szpitala. Najpierw media donosiły o złamanej kości podudzia, jednak z czasem okazało się, że owe pierwsze informacje nie były prawdziwe. W końcu pewna diagnoza – złamany palec i wstrząśnienie mózgu, cud, Morgenstern wraca do domu. Lekarze nie wierzą własnym oczom. Niemożliwe stało się możliwe. Choć mógł nigdy nie chodzić o własnych siłach – wstał. Nie tylko z łóżka, nie tylko na nogi, ale i na narty. I wrócił na skocznię, by cztery tygodnie po koszmarnym upadku znaleźć się na drugim stopniu podium pucharowych zawodów… By przez 11 lat kariery wywieźć ze skoczni worek medali, pucharów i zwycięstw, a po tych latach pożegnać się z nią jak z najlepszym przyjacielem, ale i pogromcą, i zacząć nowe życie w przestworzach. Już nie w samotności.

 

Jedenaście lat

4 olimpijskie medale, 16 krążków (indywidualnych i drużynowych) mistrzostw świata i mistrzostw świata w lotach, dwie Kryształowe Kule, triumf w Turnieju Czterech Skoczni, 23 konkursowe zwycięstwa i 76 razy na podium pucharowych zawodów – oto bilans 12 lat Thomasa Morgensterna na skoczni. Trzeba przyznać, że dała mu wiele. Złoty medal olimpijski, zdobyty o włos, wydarty Andreasowi Koflerowi o 0,1 punktu, czyli około… 5,5 centymetra. Wiele wspaniałych chwil, rekordów i zwycięstw. My, Polacy, pewnie najlepiej pamiętamy dwa wydarzenia. Najpierw Sapporo 2007 – Adam Małysz na ramionach swoich rywali – Simona Ammanna i właśnie Thomasa Morgensterna. I Austriaka mówiącego o Małyszu w wywiadzie dla TVP: „Chcę być taki on, zdobyć tyle medali, Pucharów Świata i zwycięstw”. I jest taki jak Małysz. Nie tylko na skoczni, ale i poza nią – zawsze fair play. Tu w głowie pojawia się drugi obrazek. Predazzo 2013 i Thomas Morgenstern zauważający pomyłkę sędziów, która zabierała Polakom medal. Niedowierzanie, niewyobrażalne emocje, a jednocześnie wdzięczność, że podopieczny Alexandra Pointnera zachował się jak prawdziwy sportowiec.

 

Dzień drugi…

Mamucia skocznia 'Kulm' w Tauplitz, fot.skifliegen.at
Mamucia skocznia ‚Kulm’ w Tauplitz, fot.skifliegen.at

10 stycznia 2014 roku. Thomas Morgenstern dopiero niedawno wrócił na skocznię po upadku, jaki przytrafił mu się podczas drugiego konkursu w niemieckim Titisee-Neustadt. Los znów zadrwił z austriackiego skoczka – pierwsza rozgrywka na obiekcie Hochfirstchanze padła przecież jego łupem; drugą zakończył odwieziony helikopterem do szpitala. I choć to nie miało prawa się udać, znowu się udało. Znów wrócił, a po niecałych trzech tygodniach od upadku stanął na drugim stopniu podium niemiecko-austriackiego Turnieju Czterech Skoczni. Historia napisała kolejny rozdział, nie stawiając jednak kropki nad i, nie mówiąc ostatniego słowa…

Bo 10 stycznia 2014 roku podczas drugiego treningu na mamuciej skoczni Kulm w Tauplitz/Bad Mitterndorf Thomas Morgenstern po raz kolejny runął na bulę i niczym marionetka zsunął się po zeskoku. Nagranie z kolejnym koszmarnym upadkiem znanego skoczka obiegło wszystkie popularne media. Historia zatoczyła koło, a w głowie po raz kolejny pojawiały się te same pytania – bez odpowiedzi. Czy po raz drugi wyjdzie cało z takiej opresji? Czy po czymś takim wróci jeszcze do wyczynowego sportu? Czy kiedykolwiek siądzie na belce i pomknie po rozbiegu skoczni? Czy nie wrócił za wcześnie, czy nie powinien poczekać? Czy psychika odbuduje się po kolejnym wstrząsie?

Wideo z dramatycznego upadku Morgensterna w Tauplitz >>

 

… i drugi powrót

Złotego medalu z Soczi Morgenstern nie przywiózł, ale osiągnął znacznie więcej, fot. olympic.org
Złotego medalu z Soczi Morgenstern nie przywiózł, ale osiągnął znacznie więcej, fot. olympic.org

Choć już nigdy nie wystartował w konkursie Pucharu Świata, wrócił na skocznię. Nie bez obaw, nie bez strachu i nie bez blizn, i to nie tylko tych dostrzegalnych na twarzy. Jak sam przyznał, tylko perspektywa zbliżających się igrzysk w Soczi zmotywowała go do powrotu; gdyby nie olimpijskie rozgrywki, pewnie już nigdy nie zobaczylibyśmy go na rozbiegu skoczni. Z Rosji wywiózł srebrny medal zdobyty wraz z kolegami w konkursie drużynowym. Medal, który był jego wielkim triumfem, kto wie, czy nie większym niż ten zdobyty 8 lat wcześniej. Triumfem nad samym sobą. 

Dwa dni, dwa upadki i dwa wielkie powroty odcisnęły niewątpliwe piętno na karierze i życiu Thomasa Morgensterna. Sport, któremu tak wiele zawdzięczał, przyniósł też lęk, cierpienie i strach o własne zdrowie. Dlatego książka z napisem „Skoki narciarskie” we wrześniu 2014 roku została zamknięta… Rozpoczął się nowy rozdział.

 

Quid agis?

Za kilka tygodni (26 września) minie dokładnie rok od konferencji, na której Thomas Morgenstern ogłosił, że rozstaje się ze skokami narciarskimi. Choć nie tylko próbował wrócić na skocznię, ale i na nią wrócił, by zdobyć pierwsze olimpijskie srebro w swojej kolekcji, lęk okazał się zbyt silny, by znów zaufać szczęściu i samemu sobie. Nie pożegnał się jednak ze sportem – dziś znów lata w przestworzach, choć nie w samotności. I mimo że narty odłożył na półkę niemal rok temu, ani skocznia, ani kibice o nim nie zapomnieli. „Morgi-skoczek” wciąż żyje w sercach tych, którzy pamiętają drogę, którą przeszedł od 29 listopada 2003 do 10 stycznia 2014 i później, na igrzyskach olimpijskich w Soczi. Drogę wypełnioną nie tylko zwycięstwami, ale i upadkami oraz powrotami. Drogę, która zaprowadziła go na kolejny sportowy szczyt i… ku nowemu życiu. W innej roli, ale znów w przestworzach. Bo życie zaczyna się od marzeń.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram