Skoczna Myślodsiewnia: Marzenia się spełniają

Kompleks skoczni 'Skalite' w Szczyrku, fot. Bartosz Leja„Mimo wątpliwości (…) wrócę tam, gdzie moje miejsce – na skocznię. Już z dziennikarską akredytacją. Obiecuję. Wam, a przede wszystkim… sobie.” – zdanie to napisałam niemal trzy miesiące temu, kończąc felieton podsumowujący Letnią Grand Prix w Wiśle. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Wróciłam. Na skocznię, na swoje miejsce.

 

Wena to wyjątkowo kapryśna współpracownica. Kiedy już siadałam, żeby napisać ten felieton (naprawdę bardzo chciałam!), ona mnie perfidnie olała. Bez pytania i konsultacji z szefem (czyli mną) wzięła urlop na żądanie (płatny!) i milcząc jak zaklęta, okradła mnie z inspiracji. Poszła sobie i tyle ją widzieli. I dogadaj się tu z taką…   

Ten felieton powinien pojawić się tu już dawno. Najpierw miał być, potem zmieniłam zdanie i miało go nie być, bo jeszcze mnie kto wyśmieje, że na stronie o skokach nie dość, że pisze nie o skokach (pozornie, ale jednak), to jeszcze zbyt osobiście. Pewien zbieg okoliczności sprawił, że zmieniłam zdanie po raz kolejny i jednak uznałam, że należy o tym napisać. O czym? O spełnionych marzeniach. Tyle że tym razem nie skoczków, ale… moich.

Pewnie myślicie, że od dziecka marzyłam, by zobaczyć skoki na żywo, pracować jako dziennikarz i tak dalej. Otóż zaskoczę Was, napiszę chyba największą herezję, którą w ogóle nie powinnam się chwalić, ale… nie, nie marzyłam. Skoki po prostu były. Oglądał brat, tata, to dlaczego ja nie miałabym oglądać? No właśnie, nie było powodów, żeby tego nie robić, więc też siedziałam wgapiona w telewizor, weekendowe obiady jedząc w połowie nieprzytomna z emocji. Czas mijał, a ja skokami interesowałam się bardziej i bardziej. Pamiętam, jak po sezonie 2006/2007 wydrukowałam całe mnóstwo wywiadów z Małyszem czy Hannu Lepistoe, artykułów podsumowujących zimę, Planicę, mistrzostwa świata w Sapporo, etcetera, etcetera. Możecie wierzyć lub nie, ale ten cały plik (mający kilkadziesiąt stron) do dziś leży w moim pokoju. Potem, w 2010 roku, równie nieprzytomna, wstawałam o piątej rano, żeby zobaczyć, jak Małysz odbiera dwa olimpijskie medale. Orzeł z Wisły karierę skończył, ja poczułam, że coś straciłam, ale nie dość, że dalej nie marzyłam o dziennikarskiej akredytacji, to nie byłam nawet na zawodach (jeśli teraz pomyśleliście, że to wstyd i hańba, to przyznam Wam rację).

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Aż przyszedł taki jeden dzień – 9 lutego 2014 roku. To wtedy, umierając z nerwów, emocji i pies wie jeszcze czego, w stanie szaleńczej radości pomieszanej z brakiem logicznego rozumowania, pomyślałam: „Ej, ja chcę tam być! Tam, na miejscu, widzieć to wszystko z bliska, chcę, żeby to wszystko działo się przed moim nosem!”.

Minął niecały rok, nadszedł grudzień 2014. Wtedy już pisałam, choć na znacznie mniejszą skalę. Bez kontuzjowanego Stocha na skocznym szklanym ekranie zrobiło się dziwnie pusto. Usiadłam na czterech literach i napisałam tekst właśnie o tych emocjach, które, choć niewypowiedziane, kłębiły się w mojej głowie. Wydrukowany tekst leżał na stole w salonie, przez czysty przypadek przeczytał go mój tata i ot tak rzucił: „Wyślij to gdzieś, niech opublikują”. To jedno zdanie, posłane w eter bez większych intencji, zmieniło moje życie, wywróciło je do góry nogami, wypychając do ludzi i do świata. Tak trafiłam do SkokiPolska, a 10 stycznia 2015 roku ukazał się mój pierwszy tekst. Dokładnie TEN.         

9 miesięcy później, 10 października 2015, tuż po zakończeniu mistrzostw Polski w Szczyrku, z akredytacją wiszącą na szyi stanęłam wpatrzona w kompleks skoczni Skalite i pomyślałam, że jestem szczęściarą. I że marzenia się spełniają. I że to moje miejsce na Ziemi. I że to ma sens. I że było warto, tak bardzo warto…

Łukasz Kruczek, czyli osoba, z którą przeprowadziłam swój pierwszy w życiu wywiad, fot. Anna Cis
Łukasz Kruczek, czyli osoba, z którą przeprowadziłam swój pierwszy w życiu wywiad, fot. Anna Cis

Pomyśleć, że gdy pojawiłam się w redakcji, nawet nie myślałam, że kiedykolwiek pojadę na zawody w roli dziennikarza. Byłam święcie przekonana, że skończy się na felietonach pisanych przed komputerem. Tak miało być, ale na szczęście życie napisało zupełnie inny scenariusz, różny o 180 stopni. Najpierw pojechałam do Krakowa na konferencję PZN podsumowującą sezon 2014/15 w sportach zimowych. Oczywiście nie ja to wymyśliłam, ktoś inny wprawił w ruch to koło, ja tylko pod wpływem impulsu podjęłam decyzję – jadę! Tak mówiąc szczerze, czułam się tam jak kwiat przy kożuchu. Miałam przed nosem tych wszystkich ludzi, których od lat oglądałam z perspektywy kanapy sprzed telewizora. I jeszcze miałam z nimi rozmawiać. (Ha, ha, dobre sobie!). Więcej – zostałam zmuszona, żeby to zrobić. I jednak zrobiłam.

***

Na skokach nie ma normalnych ludzi. Bo powiedzcie mi, kto „normalny” w październiku, przy temperaturze sięgającej jedynie kilku stopni powyżej zera siedzi na skoczni od 10.00 do 19.00? Kto „normalny” o północy, idąc główną ulicą Szczyrku, ogląda filmiki ze skoków w towarzystwie ludzi, których zobaczył pierwszy raz w życiu? (obrazek-autentyk numer 1, noc z 9 na 10 października 2015, ulica Beskidzka w Szczyrku). Kto, siedząc na skoczni, cytuje komentarze Włodzimierza Szaranowcza z Predazzo 2003? (obrazek-autentyk numer 2: skocznia Skalite, kilkanaście godzin po obrazku numer 1, skład osobowy niemal ten sam). 

***

Zawsze myślałam, że nadaję się tylko do pisania felietonów, siedząc w zaciszu domowym z własnym laptopem na kolanach. Że chaos, rejwach i bieganina na zawodach nie są dla mnie. Opowieści, jak to wygląda na skoczni, jakim trzeba być ogarniętym, pewnym siebie, śmiałym i tak dalej, słyszałam co najmniej kilka, a od każdej jeżył mi się włos na głowie i miałam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie albo schować się pod kołdrą. Pamiętam jak dziś ukłucie mimowolnego żalu, gdy widziałam, że niektóre wywiady osób z redakcji pojawiają się na stronie Przeglądu Sportowego czy wp.pl. Wtedy wydawało mi sie, że nic mojego nigdy tam nie trafi. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam…

***

Moja rodzina chyba do dziś nie do końca zdaje sobie sprawę, co się ze mną stało. Wyjazd do Szczyrku spowodował moją (rażącą, przyznaję!) nieobecność na jednej z rodzinnych imprez. Braki fizyczne nadrobiłam jednak obszerną relacją i dowiedziałam się, że co poniektórzy bardzo interesują się moimi skocznymi wojażami. Mój tata był nawet tak dowcipny, że próbował wcisnąć nieświadomej niczego familii, że założyłam na nogi dwie deski i postanowiłam skakać. Niezależnie od tego jednak jedno pytanie zatrwożonej rodziny rozbawiło mnie najbardziej: „Ale Kasia to skończy studia?!”. Odpowiadam: Tak, skończę. W każdym razie zamierzam. Może niechętnie, ale jednak… O wielkich oczach znajomych wszelkiej maści to nie będę nawet wspominać, ale pytania w stylu: „Skoki? Serio?” to dla mnie posiłek podstawowy. Istny chleb powszedni.

***

LMP.Szczyrk.2015_akredytacja
Pierwsza w życiu dziennikarska akredytacja; oby… nie ostatnia, fot. archiwum prywatne

Dzięki redakcji, pisaniu, skokom poznałam wspaniałych ludzi. Spełniłam marzenia, których kiedyś nawet nie miałam. Wszystkie wątpliwości, które towarzyszyły mi jeszcze całkiem niedawno, po mistrzostwach Polski, pierwszych zawodach z dziennikarską akredytacją, zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nieśmiała i niepewna dziewczyna, która od dziecka obserwowała świat z boku, nagle znalazła się w środku wyjątkowych wydarzeń. Skoki popchnęły ją do ludzi i świata. Nigdy nie pomyślałabym, że będę potrafiła podejść i zaczepić zupełnie obce osoby, które znalazły się na krajowym czempionacie w tej samej roli, co ja, a które kojarzę tylko dlatego, że „gdzieś piszą”. Jednak potrafiłam. Wywiady ze skoczkami, trenerami, bieganina i chaos, o których tyle słyszałam, okazały się bliskie i przyjemne. Już nawet nie trzeba było przygotowywać wcześniej pytań – samoistnie pojawiały się w głowie, nawet nie przed rozmową, ale i w czasie jej trwania. Ot tak, po prostu. A pierwsza w życiu akredytacja zostanie na pamiątkę jako potwierdzenie spełnionych marzeń i sensu ciężkiej pracy (racja, praca to złe słowo, ale nie mam lepszego). 

 ***

Skoki nagle i bez ostrzeżenia niczym tajfun wpadły w moje życie i wywróciły je do góry nogami. Mój świat fiknął kozła w przód i stanął na głowie. Fragmenty wywiadu, który przeprowadziłam w Szczyrku z Łukaszem Kruczkiem, zostały zacytowane w jednym z artykułów i znalazły się na głównej stronie wp.pl. Wreszcie, po tylu miesiącach, uwierzyłam, że to wszystko miało i ma sens. Na skoczni, w miejscu, które wydawało się odległe i „nie dla mnie”, poczułam się tak pewnie, jakbym była w domu. Po raz pierwszy od lat we własnym odbiciu w lustrze zobaczyłam autentyczne szczęście…

W Szczyrku padło jedno zdanie, pod którym mogłabym się podpisać rękami i nogami: „Odkąd skończyłem 8 lat, wiedziałem, że będę pisać. Tylko nic w tym kierunku nie robiłem”. O, skąd ja to znam, dzień dobry, witam w klubie, też to wiedziałam i też nic nie robiłam. Do czasu. 

W tym samym Szczyrku, pod względem aury pochmurnym i zimnym, ale pełnym ciepłych wspomnień, usłyszałam też największy komplement, jaki tylko mogłam usłyszeć. Jego autor, jeśli to przeczyta, na pewno będzie wiedział, że o nim mowa. Treść niech pozostanie jednak tylko dla mnie…

Ta moja życiowa droga na skocznię była długa, kręta i wyboista. Czasem, gdy patrzę w przeszłość, wydaje mi się, że to wszystko nie miało prawa się zdarzyć. Ale jednak się zdarzyło, przez przypadek albo i nie. Może po to, by tym razem ludzie pokazali mi swoją najlepszą twarz? 

***

Pozostały już tylko dwie rzeczy. Pierwsza, czyli przesłanie dla Was – szukajcie pasji. Czegoś, co da Wam kopa w tyłek i zmusi do działania. Czegoś, co może zawsze chcieliście zrobić, ale wynajdywaliście stos wymówek, które przemawiały za tym, żeby jednak siedzieć i narzekać. Nieważne, co to będzie – kurs malowania, fotografii, szydełkowanie, gotowanie czy dziennikarstwo sportowe. Ważne, że da wytchnienie, radość i satysfakcję. Tak naprawdę na moim miejscu mógłby znaleźć się każdy, kto umie pisać i kto naprawdę marzy. Bo niemożliwe istnieje tylko w naszej głowie. W mojej też istniało. Kiedyś. Gdy je straciłam, zyskałam wszystko. Oprócz regularnego snu, ten także odszedł w niepamięć. 

I rzecz ostatnia. Dziękuję. Tym wszystkim osobom, które wiedzą, że o nich mowa, a które przez cały czas stały obok, cierpliwie wspierając. Za wszystkie rozmowy o skokach i nie tylko, za słowa otuchy i komplementy, których przez te kilka miesięcy usłyszałam więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Także Wam, Czytelnikom, bo gdyby nie Wy, to pisanie nie miałoby przecież sensu. Mam tylko nadzieję, że będziecie czytać dalej. I wybaczcie ów osobisty ton.  

P.S. Ja chyba jednak powinnam prowadzić bloga.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

2 thoughts on “Skoczna Myślodsiewnia: Marzenia się spełniają

    1. Najlepiej napisać w komentarzu coś co nie wnosi nic istotnego dla sprawy. Obrazić kogoś żeby poczuć się lepiej. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram