Wielka Krokiew im. Stanisława Marusarza w Zakopanem, fot. Bartosz LejaByło kiedyś takie powiedzenie czy dowcip, zwał jak zwał. Mianowicie: leci samolot i widzi wszystkie polskie miasta oprócz trzech. Łodzi, bo odpłynęła, Częstochowy, bo się schowała, i Zakopanego, bo się zakopało. Tym razem stolica polskich Tatr naprawdę się zakopała (i schowała chyba też), ale ze wstydu i pod naporem rosnącej sterty problemów.

 

Wierzchołek tej sterty umiejscowiłabym na szczycie Wielkiej Krokwi, czyli w miejscu, gdzie zaczynają się słynne już tory, które uniemożliwiły rozegranie na skoczni im. Stanisława Marusarza zawodów Letniej Grand Prix. Nie wiem jak Wy, ale osobiście w pewnym momencie byłam już zmęczona informacjami docierającymi to z Centralnego Ośrodka Sportu, to z Tatrzańskiego Związku Narciarskiego, a skupiającym się na słownych przepychankach (upublicznianych w mediach, bo jakżeby inaczej) między działaczami.

„Na początku było nawet śmiesznie” – chciałabym móc tak napisać, ale niestety nie mogę, bo śmiesznie nigdy nie było. Za to przykro od samego początku. A gdzie ów początek problemu pt. „Wielka Krokiew jest przestarzała”? W zasadzie wszystko zaczęło się po triumfie Kamila Stocha w styczniu 2015 roku, kiedy to dwukrotny mistrz olimpijski wprost powiedział, że osoby zarządzające obiektem po prostu o niego nie dbają. Kto wtedy pomyślałby, że nieskoszona trawa to najmniejszy problem z całej góry pozostałych? Pewnie nikt. Pół roku później o konfliktach i zaniedbaniach wiedzieli już wszyscy.

Pamiętam jak dziś ten wieczór, gdy ogłoszono, że bardzo nam przykro, ale w tym roku Letniej Grand Prix nie będzie. Byłam na działce, gdzie internet to dalej towar deficytowy, i jakoś tak piąte przez dziesiąte dotarło do mnie, że cóż, moja droga, nie masz już na co składać wniosku akredytacyjnego. Nie do końca docierało do mnie jednak, dlaczego tak się stało. Wróciłam do domu (i do świata), rozpoczynając śledztwo. Kierunek był jeden: znaleźć odpowiedź na pytanie: „Dlaczego tak nagle to wszystko odwołali?”.

Wielka Krokiew, fot. Bartosz Leja
Wielka Krokiew w letniej odsłonie, fot. Bartosz Leja

Generalnie to trochę mnie zmroziło. Raz, że wstyd. Najpierw Polacy wyrażają chęć organizacji Letniej Grand Prix. Przygotowują się do wydarzenia, sprzedają bilety, a tu nagle sami odwołują imprezę i to na przysłowiowe pięć minut przed dwunastą. Na kilometr widać, że coś tu jest nie tak. W porządku – nie można skakać, jest niebezpiecznie. Ale chwila. To kilka tygodni wcześniej nie było wiadomo, że przy wysokich temperaturach przestarzałe tory mogą stanowić problem i wyhamowywać skoczków? Chyba zapomniano, choć sugeruje to sama nazwa, że LETNIA Grand Prix odbywa się latem. A wtedy, przynajmniej w teorii, a często też i w praktyce, jest ciepło.

Jednej rzeczy wtedy też nie rozumiałam, mianowicie skoro latem skakać nie mogą, to dlaczego zimą podobno będą mogli? Z racji mojej nikłej (żeby nie powiedzieć: zerowej) wiedzy w tej materii, zapytałam mądrzejszych od siebie i dowiedziałam się, że zimą faktycznie problemu nie będzie, bo przy niskich temperaturach tory, na których jest lód i śnieg (zazwyczaj), nie topnieją i można mknąc po nich ile wlezie. Ale to nie koniec historii, bo kiedy Łukasz Kruczek mówił, że Wielka Krokiew jest niebezpieczna, to austriacka kadra C trenowała w Zakopanem, nie dostrzegając żadnych problemów. Po raz kolejny niewiele z tego rozumiałam, więc znów zasięgnęłam języka u właściwych źródeł – reprezentanci kadr narodowych, mając większe doświadczenie, mówiąc potocznie, „idą na całość” i dlatego w ich przypadku faktycznie niebezpieczeństwo wzrasta. Ot, cała tajemnica.

Niewiele mi ta wiedza dała – i tak się zgubiłam. Bo certyfikat Wielkiej Krokwi był ważny (i jest nadal – do końca 2016 roku), przedstawiciel FIS zawitał do Polski i nie widział żadnego problemu w rozegraniu zawodów, a oni jednak skakać nie mieli. O paranojo, gdzie byłaś, kiedy Cię nie było? Może lepiej wracaj, skąd przyszłaś? Wiecie, ja tego w zasadzie do dziś nie rozumiem. Bo po co starać się o organizację Letniej Grand Prix w mieście, w którym nie gościła od lat czterech, skoro raz, że nie wszyscy są do tego pomysłu szczególnie optymistycznie nastawieni, a dwa, nagle okazuje się, że skocznia nie jest przygotowana… Naprawdę to było takie trudne, żeby zawczasu przyjrzeć się obiektowi wprawnym okiem i naprawić to, co niezbędne, nie robiąc sobie przy okazji wstydu? Bo czym było odwołanie LGP w Zakopanem, jak nie wstydem właśnie?  

Letniego skakania nie było, Puchar Świata w nadchodzącym sezonie podobno niezagrożony, ale za rok nie zapowiada się już kolorowo, bo go w kalendarzu nie ma. Przeszłość znana, przyszłość niepewna, a teraźniejszość optymistyczna. Przynajmniej w założeniu. Zewsząd płyną informacje, że Wielka Krokiew będzie przebudowana, nowoczesna, większa, trudniejsza, przystosowana do współczesnych realiów, z torami lodowymi… I tak dalej, i tak dalej. Walter Hofer nam wierzy i w sumie to mu się nie dziwię, bo naprawdę trudno sobie wyobrazić Puchar Świata bez Zakopanego – jego mekki, w której decybele i emocje sięgają zenitu. Kamil Stoch ma rację – kibice roznieśliby skocznię w pył, nie mówiąc o osobach za to odpowiedzialnych… Nie, Puchar Świata bez Zakopanego to wstyd. Wstyd, na który nie możemy sobie pozwolić.

Tak sobie myślę, że może ten szum i odwołanie Letniej Grand Prix na ostatnią chwilę były nam potrzebne. Wprawdzie się na to na razie nie zanosi, ale może w końcu niektórzy zrozumieją, że kłótnie i tworzenie dodatkowych problemów to bynajmniej nie najlepsza droga do celu, jakim jest wysoka forma polskich skoczków i utrzymanie prestiżu, którym cieszy się zakopiańska rywalizacja. I to nie tylko wśród kibiców, ale i samych zainteresowanych. Może ktoś w końcu przejrzy na oczy i zadba o skocznię, o co apelował Kamil Stoch i inni członkowie polskiej kadry. Czas, by ta trudna dla wszystkich lekcja przyniosła jakieś owoce. Byle nie gruszki na wierzbie.

 

Kasia Nowak

  

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram