Wiatr (nie)zmian. Wikingowie trzymają się mocno (felieton)

Norwegowie S.Piwowar

Norwegowie, fot. Stefan PiwowarZ racji że pozwoliłam sobie na nie lada nieróbstwo, a choć obiecywałam cotygodniowe felietony, to u progu sezonu próżno ich było szukać, spieszę z nadrabianiem zaległości. Za nami niamało konkursów, a poszczególni reprezentanci albo zawodzą na całej linii, albo wprawiają świat w osłupienie. Na pierwszy ogień ci, którzy trzymają się mocno – Norwegowie!

 

Z tych Wikingów, co to na północy swoje skoki wymyślili, to jednak cwane chłopaki są. Najpierw wysłali dwóch wybitnych na emeryturę, żeby poutyskiwać i pobiadolić w mediach, jak to teraz nie będzie kandydata na lidera, że biedni i nie wiadomo, kto przejmie po nich schedę, a potem wyprodukowali kolejną falę zawodników, którzy zeskoczyli z półki (belki?) najwyższej. Ciekawe, że to zupełnie inaczej niż u nas.

W wiekach od naszego mocno odległych, mianowicie IX, X i XI, rządziły na Północy i nie tylko takie ludy, co to się ich bali w środku Kontynentu jak diabeł wody święconej i jak polscy skoczkowie dobrej formy na początku sezonu. I mówili ci ówcześni Europejczycy środkowi, że łachudry z Północy bez krztyny dobrego smaku i ogłady plądrują im wsie, bezczeszczą kościoły i takie z nich potwory, że szkoda gadać i tylko drzwi ryglami zamykać.

Sprytni ci Wikingowie zresztą byli – żeby podbić rywali ze wschodu, wymyślili sobie łodzie, które wpływały nawet na najpłytsze wody. I bach, rządzili w Rosji, podobno do stanów-jeszcze-nie-zjednoczonych przed Kolumbem się wybrali, we Włoszech u papieża też swoją stopę postawili, a i do Polski podobno ich przywiało. Teraz ich potomkowie, z racji że w USA w PŚ (przynajmniej na razie) nie skaczą, też podbijają Europę, tylko w zgoła innej, mniej brutalnej niż wojenna, dyscyplinie. A czy narty mają jakieś specjalne, to nie wiadomo, ale kombinezony muszą mieć wyjątkowe, bo dyskwalifikują ich aż miło! Skoczne plotki głoszą, że znowu oszukują. No cóż, w końcu potomkowie Wikingów…

Anders Bardal i Anders Jacobsen, fot. Stefan Piwowar
Anders Bardal i Anders Jacobsen, fot. Stefan Piwowar

Ja wiem, że skojarzenia mam dziwne, ale tak jakoś ci Wikingowie mi w głowie zamieszali. Bo norwescy reprezentanci na czele z ich trenerem biadolili w mediach, że jak Andersa numer jeden i Andersa numer dwa wywiało na sportową emeryturę, to teraz nie będzie komu wiać pod narty. Bo co z tego, że Velta ma mistrzostwo świata? No właśnie okazało się, że nic. Albo go w zawodach najwyższej rangi próżno szukać, bo przeprowadził się do Pucharu Kontynentalnego, albo ciągnie takie ogony, że Eddie Edwards czuje się zagrożony, że zabiorą mu popularność i jeszcze film o jakimś innym, bardziej od niego utytułowanym zrobią! Swoją drogą na zapleczu Pucharu Świata nasz Velta Rune, co po złoto już nie frunie, zajął oszałamiające 43. i 45. miejsce. A wracając do meritum, to brak Velty w PŚ stał się dla Norwegów tak szkodliwy jak dla Eddiego rekordowo krótkie skoki. 

Kenneth Gangnes, fot. Julia Piątkowska
Kenneth Gangnes, fot. Julia Piątkowska

Nic sobie nie robią z jego braku pozostali podopieczni Stoeckla i a to jakiś Hauer, co to mało kto o nim wcześniej słyszał, wskakuje na podium, a to Daniel-Andre (tadam) Tande wygrywa konkurs. Teraz trochę chłopak zszedł z tonu, no bo w końcu ani Prevcem, ani Freundem nie jest, ale co wygrał w Klingenthal, to wygrał. Kibice gapią się w telewizory i przecierają patrzydła ze zdumienia, okulary myją pod kranem trzy razy częściej, a mój tata ciągle dopytuje, co to za Ganges (nie, nie GangNes, tylko Ganges, dobrze przeczytaliście) tak daleko skacze. A no taki gagatek z tego Gangnesa, że kiedyś więzadła krzyżowe zerwał razy aż dwa, a teraz, niczym medyczny cud i anomalia, ląduje w czołówce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. I to właśnie jemu, szczęściarzowi, przypadła setna wygrana Norwegów w zawodach PŚ. A choć Schlierenzauer śmieje się w kącie, że on sam wygrał zawodów aż 53, to na razie musi siedzieć cicho jak mysz pod miotłą, bo skakanie na dwóch deskach coś nie do końca mu ostatnio wychodzi.  

A wracając do Wikingów, to jeszcze im mało, bo Forfang całkiem niedawno w szpitalu leżał i zatoki leczył, a teraz miejsc na podium mu się zachciewa! Żeby mu się tylko zachciewało, to pół biedy, ale on je jeszcze zdobywa… O, dziś na przykład zajął sobie 3. miejsce w kwalifikacjach, jeszcze najdalej lądując. Bo czemu by nie? Phillip Sjoeen najpierw mówił o końcu kariery, a potem jak Filip z konopi wyskakuje i wraca do rywalizacji w Pucharze Świata. Nie za dużo tu tych Norwegów? Może i tak, ale jedno jest pewne – Alexander Stoeckl powinien niektórym udzielić korepetycji z „trenerki” i spokojnego wchodzenia w sezon. W trybie natychmiastowym.

Danie-Andre Tande, fot. Julia Piątkowska
Danie-Andre Tande, fot. Julia Piątkowska

Niemcy i Klingenthal podbite. Wprawdzie tylko indywidualnie, gdzie wygrał Tande, bo gdy zabrali się Norwegowie za rywalizację w kwartetach, to kontrolerzy spłatali im figla nie z tej ziemi, zrobili z kwartetu trio i tyle wyszło, że spadli na miejsce numer 9. Wtedy jeszcze tak monotematycznie nie było, bo w indywidualnych zmaganiach oprócz Tandego w dziesiątce znalazł się tylko Forfang. Phi, do norweskich biegaczy to Wam daleko – śmiali się co bardziej złośliwi. O ile w Kuusamo mina prześmiewcom jeszcze nie zrzedła, bo tam dwieście punktów do klasyfikacji generalnej zdobyła pogoda, to na norweskim terenie olimpijskiej skoczni w Lillehammer już rwali włosy z głów. Dwóch Wikingów, co to zmienili profesję i kradną punkty, dwukrotnie na podium? I jeszcze trzeci, dla odmiany, raz jeden w dziesiątce? A jeśli w Lillehammer młotek Norwegów wbił gwóźdź do trumny rywali, to w Rosji przybił co najmniej parę kolejnych desek. Najpierw postanowili wykopać z czołowej dziesiątki co najmniej kilka nacji i bez pardonu zakosić pięć pozycji w tym zacnym gronie, a w niedzielę młotek stępił się tylko trochę i miejsc w dziesiątce zabrali 4. Łaskawcy!

Prevc, Tande i Freund na podium w Klingenthal, fot. Julia Piątkowska
Prevc, Tande i Freund na podium w Klingenthal, fot. Julia Piątkowska

Tym sposobem prawie żaden z konkursów (oprócz soboty w Engelbergu) nie obył się bez choćby jednego podopiecznego Stoeckla w najlepszej trójce. Wikingowie z czołowej dziesiątki PŚ do konkursów w Anielskiej Górze zdobyli w indywidualnych konkursach 881 punktów, po Anielskiej Górze dołożyli kolejne 207, a jedyne, czego mogą żałować, to wpuszczania między siebie tych dwóch maniaków walki o kryształy, czyli Severina „Przyjaciela” Freunda i Petera „wiecznie drugiego” Prevca, który bardzo chce przestać być wiecznie drugi, ale dotychczas udawało mu się niezmiernie rzadko. Tu mamy wiatr zmian, bo ostatnio nasz mistrz drugiego planu niespodziewanie wysuwa się na plan numer 1. A człowiek chwilami naprawdę zastanawia się, co ci dwaj, to znaczy Niemiec i Słoweniec, tam robią i czy aby nie trafił przez przypadek na transmisję mistrzostw Norwegii. Rozum podpowiada jednak, że tego polska telewizja na pewno by nie pokazywała, skoro i nasze krajowe czempionaty pojawiają się w ramówce zazwyczaj w okrojonej formie albo wcale. 

Wikingowie i tym razem podbili ojczyznę, podbili naszych braci z Zachodu i braci ze Wschodu. Tylko Św. Mikołaj się nie dał, bowiem kazał przywiać niepomyślne wiatry, zapowiadając, że nie będzie tolerował takiej dominacji. Pewnie i na podbicie Polski przyjdzie czas, i to całkiem niedługo, bo w drugiej połowie stycznia. A na pytanie: „Co tam, Panie, w skokach?” można powiedzieć tylko jedno: Bez zmian. Wikingowie trzymają się mocno.

Za to u innych nacji wiatr zmian i wiatr (nie)zmian. O tym już niedługo. 

***

Engelberg, Gross-Titlisschanze, fot. weltcup-engelberg.ch
Engelberg, Gross-Titlisschanze, czyli jedyna pogromczyni Norwegów. Która skocznia pójdzie jej śladem? (fot. weltcup-engelberg.ch)

Przebrzydły Engelberg mi wszystko zepsuł. Po raz pierwszy i tej zimy jak dotąd jedyny w sobotnie popołudnie, 19 grudnia A.D. 2015 (zapamiętajcie tę datę!), na Gross-Titlisschanze na podium nie stanął żaden z Wikingów. Choć trudno uwierzyć w tę osobliwą anomalię, wypędzili ich z niego Japończyk, śrubując swój wiekowy rekord do niebotycznych rozmiarów, i dwaj Słoweńcy, w tym jeden, który z wiecznie drugiego na naszych oczach przeistacza się w wiecznie pierwszego. I widzicie, nawet felietony się dezaktualizują i potem trzeba je uaktualniać. Taki los.

 

Kasia Nowak

 

Przeczytaj także: Anioły pomocne i niepomocne, czyli radość i smutek w diabelskiej górze (felieton)

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram