Kończże się, Pucharze, wstydu oszczędź (komentarz)

Skocznie w Klingenthal i Planicy - pierwszy i ostatni przystanek PŚ, (fot. J. Piątkowska, J. Mikulski)Pisząc felieton zapowiadający tegoroczny Puchar Świata w skokach narciarskich, byłam w stu procentach przekonana, że czekają nas 4 miesiące wspaniałych emocji. Więcej – prorokowałam nawet, że co tydzień (w przybliżeniu) z własnej woli, a nawet z radością będziemy wpuszczać do domu pucharowego zbłąkanego wędrowca, zapraszając go do salonu na gorącą herbatę.

 

Teraz wywaliłabym delikwenta za drzwi, zostawiając na progu i mrozie bez choćby łyka herbaty, a o gościnnym salonie z ogniem w kominku niech nawet nie marzy. Zapomnij, Pucharze, do widzenia. Herbatę piję w akompaniamencie książek, a ognia… ognia w kominku nie ma. Drewna (wyników?) zabrakło, a iskra (nadziei) przestała się choćby tlić. Ot, proza życia kibica.

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

„Co to za atrakcja gapić się w telewizor, w którym o czołowe miejsca biją się Czesi, Austriacy, Niemcy, Słoweńcy Norwegowie i Szwajcar? A my? My bijemy się o pierwsze miejsca, owszem, tyle że od końca. Bynajmniej nie jest to ani zajmujące, ani tym bardziej emocjonujące. I nagle okazuje się, że kibicowanie bez dreszczyku niepewności, bez nadziei, że to właśnie Polak wskoczy na sportowy szczyt, nikogo nie cieszy”. Możecie wierzyć albo nie, ale te kilka zdań napisałam ponad rok temu, czyli w czasach swojego raczkującego dziennikarstwa, kiedy to Stoch leczył kontuzję, a Polacy tułali się tu i tam po miejscach dalekich od wymarzonych. I gdyby tak zmienić parę nacji, wyrzucić Czechów i Szwajcara, który skacze daleko, ale nieelegancko, i zastąpić go Japończykiem, któremu wieku wypominać nie wypada, to opis ów pasuje jak ulał do dzisiejszych czasów. Co gorsza, ze Stochem w zawodach.

Dawid Kubacki, fot. Bartosz Leja
Dawid Kubacki, fot. Bartosz Leja

Powiedzieć, że jest nieciekawie, to być wyjątkowo delikatnym. W konkursach w Lahti wiało nudą z prędkością odwołującą konkursy. W Kuopio, gdy Stoch znajdował się po pierwszej serii na 5. miejscu, przed jego drugim skokiem bodaj po raz pierwszy w tym sezonie serce zabiło mi mocniej. Niestety, jak szybko przyspieszyło, tak szybko wróciło do zwyczajnego w tym sezonie, skokowego rytmu. Czytaj: marazmu. I nie pomagają pojedyncze świetne występy Kubackiego (co gorsza, najczęściej w kwalifikacjach) czy najlepszy sezon Huli w karierze. Zakopane, widziane po raz pierwszy na żywo, i to w roli dziennikarza-kibica, a nie tylko-kibica, pewnie też nie pokazało swojego pełnego blasku.  

Zgroza. Siedzę przed telewizorem, słucham komentatorów, którzy emocjonują się awansem któregoś Polaka (ostatnio występującego coraz częściej w liczbie pojedynczej) do drugiej serii. I zastanawiam się, czy tu w ogóle jest miejsce na emocje. Bo, moim zdaniem, nie ma. Chyba że na żal, gdy widzi się zagubionego Kamila Stocha, który zupełnie nie wie, co ma powiedzieć przed kamerami, albo oburzenie, gdy słucha się Apoloniusza Tajnera, który już kilkukrotnie „widział światełko w tunelu”. Nie, tego nie da się oglądać. Kończże się, Pucharze, wstydu oszczędź. Bez emocji i choćby cienia nadziei jesteś nikim. Wróć za rok. Oby tylko w lepszej formie. Wtedy drzwi znów się otworzą. I te na progu (domu oraz skoczni), i te… w sercu.

 

***

Wbrew powyższym stwierdzeniom autorka ogląda konkursy, przynajmniej z doskoku. Tyle że bez emocji – okiem, a nie sercem. Czyli prawie tak, jakby nie oglądała.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram