Kompleks skoczni 'Lugnet' w Falun w grudniu 2016 r. (fot. Agnieszka Sierotnik)Dalarna to najbardziej szwedzki region w Szwecji. Drewniane domy pokryte farbą w kolorze czerwieni faluńskiej, ręcznie zdobione koniki w tym samym odcieniu i jeziora, które powodują, że latem zjeżdża się tutaj cała Szwecja. I pewnie nic by nikogo tutaj nie dziwiło, gdyby nie dwie narciarskie wieże górujące nad Falun – stolicą Dalarny. 

 

Dla większości mieszkańców prawie czterdziestotysięcznego miasteczka skocznie narciarskie to niepotrzebny dodatek do krajobrazu, który pochłania zdecydowanie za dużo pieniędzy. Prawie dwa lata po Mistrzostwach Świata, które były ogromnym sukcesem organizacyjnym, skocznie w Lugnet stoją jak stały. Tylko jakby czegoś im brak…

 

15 vs 6

Rozbiegi skoczni w Falun (fot. Agnieszka Sierotnik)
Rozbiegi skoczni w Falun (fot. Agnieszka Sierotnik)

Szwecja to taki dziwny kraj. Kasy mają niczym H&M’ów na ulicach Sztokholmu, lukrecji na sklepowych pułkach i świątecznego wina w swoich kubkach wieczorową porą. Budują, tworzą, projektują, ale to wszystko za mało by w ich głowach pojawił się plan gruntownej renowacji skoków narciarskich w ich kraju. I broń Boże nie dotyczy to sportu tak w ogóle! Dzieci mają zapewnione darmowe lekcje hokeja, łyżwiarstwa szybkiego czy biegów narciarskich. Wszystko to, co w Polsce kuleje, w Szwecji ma się jak najlepiej. Są obiekty, są doskonałe plany treningowe, trenerzy, cała infrastruktura, dzięki której na Zimowe Igrzyska Olimpijskie Szwedzi nie czekają jak na ścięcie głowy, modląc się o jakikolwiek medal. W specjalnie zaprojektowanych ubraniach sieciówki, którą kocha cały świat, kroczą dumnie na ceremonii otwarcia. Zgoda, na ZIO w Soczi uplasowali się trzy miejsca za nami w klasyfikacji medalowej. Jednak oni do kraju przywieźli 15 medali, my tylko 6. Jest jednak sport, który (przynajmniej w teorii) ma infrastrukturę i chętnych, ale pieniądze trzymają się go tak, jak każdej kobiety po informacji o wyprzedażach w ulubionym sklepie.

 

Status związku? To skomplikowane

Skocznie w Falun podczas MŚ w 2015 r. (fot. Julia Piątkowska)
Skocznie w Falun podczas MŚ w 2015 r. (fot. Julia Piątkowska)

Skoki narciarskie i Szwecję łączy niewątpliwe piękna historia. Czterokrotna organizacja Mistrzostw Świata w Falun w latach 1954, 1974, 1993 i 2015 czy chociażby Jan Bokloev, który na mistrzowskim obiekcie zapoczątkował „styl V”. Jakby tego było mało, stolica Dalarny trzykrotnie starała się o organizacje Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Niestety, bez sukcesu. Tak samo jak bez sukcesu starają się wskrzesić skoki. Kiedy pierwszy raz w 2014 roku przyjechałam do Falun, dzięki Couchsurfingowi poznałam Rasmusa. Dziś uczeń szkoły dla pilotów samolotów osobowych, kiedyś marzył o lataniu w zupełnie inny sposób. Ten bardziej skoczny. – Może i skakałbym dalej, ale w takich warunkach po prostu nie dało się trenować. Wiesz, nie mieliśmy dofinansowania, wszystko musieli pokrywać rodzice. – Śmieję się pod nosem, bo to argument, którego spodziewałabym się prędzej z ust Polaka niż Szweda. – Uwierz mi, w Szwecji to ogromne koszty. Ponieważ klub nie miał pieniędzy, rodzice wszystkich młodych skoczków zrzucali się na wynajem skoczni. Ba! Nasze mamy jeździły z nami jako opiekunki na obozy treningowe! Nawet jeżeli szkoła do której chodziłem leży tuż obok skoczni, a nasze lekcje wychowania fizycznego odbywały się na Lugnet, prawdziwych treningów ciągle było mało. To po prostu nie mogło się udać.

 

Wina skoczni 

Kompleks skoczni 'Lugnet' w Falun (fot. Julia Piątkowska)
Kompleks skoczni ‚Lugnet’ w Falun (fot. Julia Piątkowska)

W tej skomplikowanej relacji przyszedł dzień, w którym na Lugnet powróciło życie. W 2014 roku po długiej przerwie został rozegrany pierwszy konkurs Pucharu Świata, a zaraz po nim Puchar Kontynentalny w skokach narciarskich. Niby wcześniej ciągle coś się działo; pojedyncze treningi, wycieczki, maratony biegowe (i to wcale nie na nartach!)… Grupie zapaleńców marzyło się jednak więcej. Wśród nich był Simon Eklund. Anna, mama Simona, a zarazem szefowa biura zawodów w czasie Mistrzostw Świata w 2015 roku, śmieje się, że imię wybrała synowi z premedytacją. – No wiesz, jestem fanką Simona Ammanna… – Szwedzki Simon skakał od małego, choć w międzyczasie trenował też piłkę nożną, hokej, lekką atletykę… Wszystko po to, by utrzymać formę i móc skakać. – Chciałbym żyć w Polsce! U was bycie skoczkiem musi być o wiele prostsze. Kiedy tutaj powiem komuś, że trenuję skoki narciarskie, muszę tłumaczyć przez godzinę o co tak właściwie chodzi. A potem słyszę, że muszę się cieszyć, bo mam swoją własną skocznię. Nienawidzę tego! – I nie ma co się dziwić. W Falun wszelkie budżetowe braki zwalane są na skocznie, a więc tym samym na Simona i jego dwóch kolegów, którzy od czasu do czasu pojawią się na rozbiegu Lugnet.

 

Stan właściwy

Widok ze szczytu skoczni w Falun (fot. Agnieszka Sierotnik)
Widok ze szczytu skoczni w Falun (fot. Agnieszka Sierotnik)

Nie mam pojęcia, na czym polega procedura przyznawania organizacji Mistrzostw Świata poszczególnym miastom. Przyznaję się bez bicia. Jednak jestem pewna, że nie wchodzi w to stan znajomości wszystkich dyscyplin, które są rozgrywane w czasie Mistrzostw Świata w Narciarstwie Klasycznym. Nigdy chyba nie zapomnę dnia, w którym Waltera Hofera nie chciano wpuścić do biura zawodów, bo nie wziął ze sobą akredytacji. Biedny tłumaczył, że jest dyrektorem tego całego zamieszania, ale Szwedzi nie chcieli słuchać. Na szczęście rok później, już w czasie Mistrzostw, wszyscy wiedzieli, że obchodzi swoje 60. urodziny. Słodko-gorzkich obrazków nie było końca. Jednego jednak nie można było im odmówić – starali się jak mogli, by każdy poczuł się jak w domu. Stół do bilarda, kanapy i koce (oczywiście z Ikei!), piękny widok na Dalarnę z oszklonego namiotu, który potem stał się telewizyjnym hitem… A wszystko to po to, by skoki jeszcze kiedyś do Falun zagościły.

 

Małe nadzieje

Widok ze szczytu skoczni w Falun (fot. Agnieszka Sierotnik)
Widok ze szczytu skoczni w Falun (fot. Agnieszka Sierotnik)

Kiedy po prawie dwóch latach od Mistrzostw Świata zawitałam do Falun, Rasmus zażartował, że specjalnie dla mnie powinny odbyć się jakieś zawody. Treningi przegapiłam. – W końcu znalazły się pieniądze, żeby przygotować do użytku normalną skocznię. W poprzednim sezonie mieliśmy do wyboru – małe skocznie dla dzieci albo naśnieżenie skoczni normalnej. – Wybór był jasny. Tuż obok kolejki prowadzącej na szczyt Lugnet, pojawiły się dwie małe skocznie, K-15 i K-8. Pierwszą swoim skokiem otworzył sam Jan Bokloev, dzięki czemu odbiło się to szerokim echem wśród Szwedów. – I wtedy rozgorzała na nowo dyskusja, po co nam to wszystko. Bo wiesz, fajnie, że mamy te małe skocznie. Dzieciaki z chęcią z nich korzystają, są ciekawe, zaczynają się interesować… Ale zaraz pojawi się problem, bo nie będzie skoczni średniej. Treningi obok domu się skończą, trzeba będzie szukać dalej. A wtedy i rodzice i dzieci mogą stracić zapał.

 

Mistrzowie marketingu

Skoczek w Lugnet Skidmuseum (fot. Agnieszka Sierotnik)
Skoczek w Lugnet Skidmuseum (fot. Agnieszka Sierotnik)

Dzisiaj duża skocznia została przekształcona w Muzeum Narciarstwa. Na górę można wjechać kolejką, która została wybudowana specjalnie na potrzeby Mistrzostw Świata. Może się wydawać, że wszystko zyskało nowe życie. Nawet kabiny serwismenów, które zostały przeniesione w pobliże skoczni, przemalowane na faluńską czerwień i dziś służą za domki kempingowe. W miejscu gdzie stały kabiny, dziś jest kawiarnia, którą można wynająć na specjalne okazje. Na samym szczycie skoczni został stworzony punkt widokowy, a w drodze na niego można zobaczyć wystawę z historią narciarstwa w Falun i tę o Mistrzostwach Świata 2015. Mało tego! Broszura promująca Lugnet Skidmuseum sugeruje, że skocznie to najlepsze miejsce na oświadczyny lub sam ślub. Drogie Panie, brzmi kusząco, czyż nie?! Moją uwagę przykuła jednak mała budka, której wcześniej nie było. Okazuje się, że zaraz pod skocznią można rozpalić sobie ognisko. Zupełnie za darmo! Lugnet funduje nawet drewno, byle było czysto.

 

Muzeum złamanych serc

Słynny "Koń z Dalarna" (fot. Angelica Brockne)
Słynny „Koń z Dalarna” (fot. Angelica Brockne)

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda pięknie. Takich rozwiązań w Polsce ze świecą szukać! W kolejce spotkałam parę z dzieckiem. Pytam, czy idą zobaczyć muzeum. – Nie, nie! Jesteśmy nowi w mieście, chcemy tylko pokazać małemu widok z góry. – Zabolało. Ale bardziej zabolało to, co zobaczyłam później. Przy wejściu do jednej z ‚nóg’ skoczni w której znajduje się winda, stoi ogromny Dalahorse, symbol Szwecji prosto z Falun. Na nim autografy wszystkich medalistów Falun 2015, w tym Stocha, Żyły, Ziobry i Murańki. Wjeżdżam do góry. Pierwsze piętro to historia skoków. Stroje z różnych lat, trochę filmów na plazmach, poduszki na drewnianych ławach… typowa Szwecja. Drugie piętro to MŚ 2015. I to właśnie w tym momencie moje serce pękło. Miejsce drzwi, które prowadziły na rozbieg zastąpiły ogromne okna, a na barierkach ciągle wiszą taśmy zostawione przez ostatnich skoczków prawie dwa lata temu. Wszystko wygląda trochę tak, jakby gospodarze skoczni pogodzili się z zakończeniem kariery odnowionych skoczni na Lugnet. Szczególnie tej dużej. Widok z punktu widokowego może i jest świetny, ale przyszłość świetnie nie wygląda.

 

„Pożyczcie nam Małysza!”

Adam Małysz (fot. Kata Deak)
Adam Małysz (fot. Kata Deak)

Przy tradycyjnej kolacji dzielę się wrażeniami z Rasmusem i jego rodziną. Przy okazji zahaczam o informację, jakoby Falun chciało organizować kolejne mistrzostwa. – W zeszłym roku nasze miasto było tak podzielone, jak wasz kraj. Jedni zarabiali na turystach kokosy, ale drudzy mieli za złe, że tyle pieniędzy zostało wpompowanych w skocznie, które i tak potem nie zostaną użyte. A przecież mogłyby być używane! Tylko błąd goni błąd. Zamiast igelitem wyłożyć normalną skocznię, wyłożyli dużą. Mogliśmy iść za ciosem i starać się chociażby o FIS Cup albo Puchar Kontynentalny… – Próbuję go przekonać, że Polsce „przed Małyszem” też nie było kolorowo. – Dlatego ciągle nie tracę nadziei! Nie wiem, czy przy takim poparciu społecznym damy radę zorganizować kolejną tak wielką imprezę na skoczni. Jednak coś się ruszyło… Ludzie przynajmniej wiedzą, po co te wieże, dzieci mogą trenować, a dziewczyny coraz częściej pojawiają się na imprezach międzynarodowych. Tylko tego Małysza nam trzeba! Może pożyczycie?

 

Zainteresowanych zapraszamy także do odwiedzenia autorki reportażu:

– na Facebooku >>>

– na YouTubie >>>

 

korespondencja z Falun, Agnieszka Sierotnik

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram