„Góra Cieni” w Oberstdorfie wywróżyła skoczkom szanse (felieton)

Stefan Kraft i Kamil Stoch (fot. Julia Piątkowska)

Stefan Kraft i Kamil Stoch (fot. Julia Piątkowska)

Stefan Kraft i Kamil Stoch razem na podium w Zakopanem (2015). Czy historia zatoczy koło w 65. edycji TCS? (fot. Julia Piątkowska)Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, a dodatkowo nieważne, jak skoczek zaczyna, bo ważne, jak kończy, jednak ja w turniejowym obliczu nie do końca się z tym zgadzam. Bliżej mi do znanej maksymy, że w Oberstdorfie jeszcze nikt Turnieju nie wygrał, ale wielu przegrało. Dziś na przykład niektórzy, być może podążając za nazwą skoczni, stali się cieniem samych siebie sprzed kilku tygodni.

 

Domen, co wypadł z czołówki tak szybko, jak wpadł. Chwilowo?

Kryzys jednego szansą dla drugiego, czyli Domen i Peter Prevc, fot. Julia Piątkowska
Kryzys jednego szansą dla drugiego, czyli Domen i Peter Prevc, fot. Julia Piątkowska

Choć wymyślona przez sympatyków skoków narciarskich ksywa prawdopodobnie przylgnie do Domena Prevca na długo, to dzisiaj 17-latek stanowczo nie domenował i nie dominował też, nawet jeśli mówić o trzeciej dziesiątce. Po imponujących zwycięstwach przyszedł kryzys, jak głęboki, to się jeszcze okaże, ale przyszedł i z impetem strącił ambitnego młodziaka z turniejowego podium. Bo o ile wczoraj faktycznie można było mi zarzucać, że serce się nie liczy, bo jest biało-czerwone, a rozum szwankuje, to dziś liczby przemawiają przeciwko Domenowi. Do liderującego po pierwszym konkursie Krafta podopieczny Gorana Janusa traci „li i jedynie” 53.3 punktu. Jednym słowem, chłopak pękł, a panowie z czołówki musieliby pospadać z progu w kolejnych konkursach. Nie wiadomo, z jakiegoż to powodu skoczek z Kranju opadł nieco z sił. Czy to przytłoczyła go ranga imprezy? Czy też dopadł go chwilowy (albo i nie) kryzys? Czy też najadł się za dużo świątecznych potraw? Nieważne, z grona faworytów Turnieju Czarodziejów Skoczni wypadł tak szybko, jak do niego niespodziewanie wskoczył. Nawiasem mówiąc, wypadł równie niespodziewanie jak wpadł, przynajmniej według niektórych. Bo miały być przecież jakieś niesprzyjające warunki, huragan w plecy albo w bok, daleki skok, upadek, w każdym razie trochę dramaturgii. Tej u Domena zabrakło. Po cichu i ze spokojem Słoweniec usunął się w cień, (może jeszcze wróci, tyle że Turnieju już nie wygra). Na osłodę i dla równowagi zajmuje za to pierwszą pozycję w rankingu „Anty-faworytów”, niosąc na plecach symboliczne brzemię tego, który wymiękł jako pierwszy. Co ciekawe, poprawił się najstarszy brat. Może to dlatego, że gdyby za dużo członków Teamu Latających Braci pofrunęło za daleko, niektórzy kibice zawodników z innych krajów mogliby się poczuć znużeni?

 

Cień wielkiej historii, czyli Simon Ammann i Noriaki Kasai

Simon Ammann i Noriaki Kasai, wielcy w przeszłości, pokonani w teraźniejszości, fot. Julia Piątkowska
Simon Ammann i Noriaki Kasai, wielcy w przeszłości, pokonani w teraźniejszości, fot. Julia Piątkowska

Kiedy Adam Małysz kończył swoją karierę, w moim oku pojawiła się łza. Kariera Orła z Wisły zajęła całe moje życie w ramionach niepełnoletności. I choć człowiek żałował, że nigdy już nie usłyszy Włodzimierza Szaranowicza krzyczącego do mikrofonu „King is back”, a dodatkowo bał się, że po Małyszu polskie skoki utkną w czarnej dziurze niczym fińskie, to dziś warto docenić, że najlepszy polski skoczek w historii postanowił „ze sceny zejść” we właściwym momencie. Napisano to już pewnie setki razy, ale napiszę jeszcze raz: przykro patrzeć, jak Noriaki Kasai czy Simon Ammann zajmują lokaty poza finałową trzydziestką. Jeszcze bardziej przykro, gdy zauważasz, że Janne Ahonen w Turnieju Czterech Skoczni nawet nie startuje. Ten sam „Człowiek-Maska”, którego w austriackim Innsbrucku w 2001 roku Adam Małysz pozostawił w pokonanym polu o bez mała 45 punktów. Małysza-skoczka już nie ma, ale jego legenda wciąż trwa. I to nie tylko opowieść o fantastycznym zawodniku, ale i sportowcu, który odszedł, będąc na szczycie, w blasku fleszy, nie rozmieniając się na drobne. A my mamy prawo być dziś z tego dumni, nawet jeśli niespełna sześć lat temu w naszych oczach zaszkliły się łzy.

 

Kamil Stoch – husarz ze wsparciem

Dawid Kubacki, Kamil Stoch, Piotr Żyła i Maciej Kot, czyli polska skoczna husaria A.D. 2016, fot. Alicja Kosman / PZN
Dawid Kubacki, Kamil Stoch, Piotr Żyła i Maciej Kot, czyli polska skoczna husaria A.D. 2016, fot. Alicja Kosman / PZN

Jeszcze niedawno, mianowicie w ostatnim sezonie, husarska zbroja Kamila Stocha (złożona z wyśmienitej techniki, pięknego telemarku okraszonego oznakami radości po udanym skoku) tak jakby się zużyła. Mistrz był smutny i przygaszony tak bardzo, że nawet mnie trudno było o tym pisać. I choć kilka lat pracy Łukasza Kruczka zwiastowało wsparcie dla skoczka z Zębu, wielokrotnie tak wcale nie było. A dziś Stefan Horngacher podarował pozostałym biało-czerwonym drugie życie. Nie wiem, czy to tzw. syndrom nowej miotły, który w Polsce działa nadzwyczaj dobrze (patrz: męska kadra siatkarzy), czy też wyjątkowe umiejętności Austriaka, ale prawda jest taka, że dziś Stoch nie jest sam. Za sobą ma solidnych kolegów – 7. dziś Piotra Żyłę, a także Macieja Kota, który nieco może przygasł i Turnieju zapewne także nie wygra, ale doskoczył do czołówki. A Kamil? Kamil błyszczy jak za najlepszych lat i to w tej części sezonu, w której nie błyszczał nigdy, nawet w olimpijskim, najlepszym w karierze sezonie 2013/2014. I tak jak napisałam na Twitterze, tak napiszę i tu: Jeśli Kamila Stocha nie będzie na podium 65. Turnieju Czterech Skoczni, samozwańczo ogłoszę jedną z największych niespodzianek w historii tych rozgrywek. Bo tak mocnego dwukrotnego mistrza olimpijskiego na przełomie roku jeszcze nie było. A po cichu liczę na więcej wraz z cieniem emocji sprzed kilku lat, gdy Polacy trzymali w rękach medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Bo możecie mówić, co chcecie, ale z polskimi sukcesami na scenie, a nie za kulisami skoki ogląda się o niebo lepiej.

 

Stefan „Siła” Kraft

Stefan Kraft, fot. Julia Piątkowska
Stefan Kraft, fot. Julia Piątkowska

Właściwie nie do końca wiem, dlaczego na mojej liście faworytów pokazał się Kraft. Może dlatego, że Austriak jest najrówniejszy w całym cyklu (ani razu nie wypadł z czołowej dziesiątki od początku sezonu)? A może wiem, że będą mu służyły austriackie ściany w Innsbrucku i Bischofshofen, a jak mawiają nasi skoczkowie, ojczyste ściany dają wsparcie na najwyższym poziomie? A może po prostu wiem, że ma gość doświadczenie w wygrywaniu tej austriacko-niemieckiej morderczej rozgrywki? Trudno powiedzieć, niemniej jednak nie wierzę, że 23-letni Kraft nie wytrzyma presji, bo na pewno nie jest „nikim”, a na koncie już trochę trofeów ma. Na razie Austriak ze Stochem idą łeb w łeb, a warto nadmienić, że Polak jako jedyny skoczek w Oberstdorfie w żadnej z prób na Schattenbergschanze nie spadł poniżej magicznej granicy 130 metrów. Do podopiecznego Heinza Kuttina traci 2.8 punktu (czyli niecałe 2 metry), co już dziś prorokuje wielkie  emocje. Oby trwały nie tylko w Garmisch-Partenkirchen, ale do szóstego stycznia, Święta Trzech Króli. Ale po co zaraz trzech tych władców, ja bym się nie obraziła za (powrót) jednego (na szczyt).

 

Hayboeck i Tande, czyli kulisy pierwszego planu

Przyczajony Danel-Andre Tande, fot. Julia Piątkowska
Przyczajony Danel-Andre Tande, fot. Julia Piątkowska

Według niektórych Daniel Andre Tande i Michael Hayboeck znajdowali się na szczycie listy nazwisk pretendujących do sprzątnięcia rywalom sprzed nosa Złotego Orła i ustawienia tego dumnego ptaszyska na swojej półce z trofeami. Ja nie do końca się z tym zgadzałam, acz bliżej mi chyba było do obstawiania Hayboecka niż Tande. Pewności oczywiście nie mam, ale dzisiejszy konkurs pokazał właśnie pewną rysę na wysokiej bądź co bądź formie skoczka kadry Stoeckla. Gdy powiało mu w plecy mocniej niż innym, oddał skok przyzwoity, można nawet powiedzieć: dobry, ale nie imponujący, plasując się po pierwszej serii na 9. lokacie. W finale, gdy już pierwsza fala presji opadła, reprezentant Wikingów poszybował znacznie dalej i przesunął się na lokatę numer cztery, przegrywając o włos z Hayboeckiem i o co najmniej kilka włosów z Kraftem i Stochem. Właśnie ta pewnego rodzaju niestabilność (którą można uzbierać i odrobić w jednym konkursie, pytanie, czy w czterech też odrobić można, bo uzbierać na pewno) może stać się solą w oku i gwoździem do pożegnania z 20 tysiącami franków szwajcarskich w wykonaniu 22-latka z Narwiku. Mimo to po dzisiejszym konkursie można śmiało powiedzieć, że to właśnie Hayboeck i Tande stoją o krok za dwoma głównymi faworytami, czyli Stochem i Kraftem, licząc na ich potknięcia. Choćby najmniejsze.

 
Złoty Orzeł, bez auta, ale za to z 20 tys. franków za zwycięstwo w 65. TCS, fot. Julia Piątkowska
Złoty Orzeł, bez auta, ale za to z 20 tys. franków za zwycięstwo w 65. TCS, fot. Julia Piątkowska

O, bo nie wiem, czy wiecie. Robert Błoński, dziennikarz Przeglądu Sportowego, za pośrednictwem Twittera donosi, że w 65. edycji TCS za zwycięstwo nie ma samochodu. Jest za to 20 tysięcy franków szwajcarskich, czyli 10 razy więcej niż te „marne” dwa tysiące, które wczoraj sprzątnął Kamilowi sprzed nosa Daniel-Andre Tande, triumfując w kwalifikacjach. Trochę to niesprawiedliwe, że taki Małysz dostał auto, a teraz Kamil miałby nie dostać. No, ale czterokrotny mistrz świata zawsze mówił, że z tym samochodem to było więcej kłopotu niż pożytku, więc może dlatego zrezygnowano?

 

Do poczytania po Garmisch-Partenkirchen już w nowym, 2017 roku. Oby w nim wyniki polskich skoczków nawiązywały do tych z końcówki 2016. Już dziś początek tego drugiego uznaję za lekcję potrzebną, acz słusznie minioną.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram