Żarty były, tylko śmiechu nie było, czyli skandal na Bergisel (felieton)

Bergisel w Innsbrucku (fot. Julia Piątkowska)Zmagania na Bergisel można określić w różny sposób. Jedni, na przykład Simon Ammann, publicznie uznali je za żart. Inni, tu prym wiódł Andreas Wellinger, z poczuciem humoru żartowali o rzutach kostką. Kolejni, z Heinzem Kuttinem na czele, mówili o skandalu. Kibice domagali się emerytury Waltera Hofera, a Norwegowie widzieli „dość sprawiedliwy konkurs”. Ciekawe gdzie.

 
Tylko Norwegom było do śmiechu w Innsbrucku. Tu jeden z nich - Daniel-Andre Tande (fot. Julia Piątkowska)

Tylko Norwegom było do śmiechu w Innsbrucku. Tu jeden z nich – Daniel-Andre Tande (fot. Julia Piątkowska)

Gdybym tej loterii z maszyną losującą w postaci wiatru nie oglądała, to może dałabym się na te żarty z dalekiej północy nabrać. Ale, na nieszczęście jednego z norweskich dziennikarzy zajmującego się skokami, Arne Scheie, oglądałam. I choćbym bardzo wytężała wzrok i słuch, to nie mogę znaleźć tej sprawiedliwości. Chyba że to sprawiedliwość osobliwa, czytaj: norweska. Nawet rozumiem, że taki skandynawski żurnalista, który ostatnio mógł komentować wyłącznie wyczyny Daniela-Andre Tande, cieszy się, że do 22-latka dołączył inny rodak. Kto by nie chciał pisać o dubletach? My coś o tym wiemy, bo po Lillehammer (norweskim!) też pisaliśmy o dublecie, tyle że w polskim wydaniu. Szkoda tylko, że w Norwegii całkowicie zabrakło obiektywizmu. Określenie obrazka w postaci rekompensaty punktowej Stefana Huli wynoszącej + 15 punktów i -15 punktów Johanssona mianem „dość sprawiedliwego konkursu” to nie jest brak obiektywizmu, tylko zwyczajna kpina.

Jeden wiatr pokonał, drugi pokonać się dał, czyli Kamil Stoch i Stefan Kraft (fot. Julia Piątkowska)

Jeden wiatr pokonał, drugi pokonać się dał, czyli Kamil Stoch i Stefan Kraft (fot. Julia Piątkowska)

Owszem, mogę przyznać, że Kamil Stoch z całej tej paranoi wyszedł obronną ręką, mimo upadku, który nigdy nie powinien się zdarzyć, ale to nie pozwala mi sądzić, że, dajmy na to, 18. lokata Krafta była „dość sprawiedliwa”, bo nie była, a niemal pewne wyeliminowanie Austriaka (zakładając naprawdę sprawiedliwy ostatni konkurs) z walki o Złotego Orła budzi wyjątkowy niesmak, nawet w obliczu tego, że, co tu dużo mówić, moje serce jest nadal biało-czerwone, a gdyby skoczek z Zębu jednak Turniej wygrał, zostalibyśmy świadkami kolejnej historii godnej zapisania złotymi zgłoskami.

Walter Hofer (fot. Bartosz Leja)

Walter Hofer (fot. Bartosz Leja)

Myślałam, że konkurs skoków, którego doprawdy nie da się oglądać, nigdy mi się nie przydarzy. Walter Hofer pokazał mi jednak, jak bardzo się myliłam. Kiedy bodajże Stefan Hula cztery razy schodził z belki, miałam serdecznie dość, a przed konkursowym skokiem Kamila najchętniej wyszłabym z pokoju, nie oglądając tej, mówiąc bez ogródek, farsy, i nie drżąc o to, czy wyląduje bez problemu czy też nie, a w zamian ponownie gruchnie o twardy zeskok, który przypominał raczej tor z przeszkodami w postaci muld. Ostatnio tak się polski kibic denerwował chyba w Oslo w 2007 roku, kiedy też wiatr robił, co chciał, zwiewając samego Adama Małysza na wysokości 89,5 metra. Wtedy sprawiedliwie na pewno nie było. Teraz też nie, bo o ile Tande faktycznie jest w dobrej formie, to w normalnych (czyt. sprawiedliwych) warunkach ani Johanssona, ani Klimova na podium by obok niego nie było.

Stefan Huber (fot. Julia Piątkowska)

Stefan Huber (fot. Julia Piątkowska)

I może mi ktoś powiedzieć, że łatwo krytykować, siedząc przed telewizorem. Odpowiem: Pewnie, że łatwo, ale jeśli kibic drży przed szklanym ekranem o zdrowie skoczków, to dlaczego Hofer nie drży i pozwala, by farsa trwała? Na to pytanie (poza sponsorskimi zobowiązaniami) jakoś odpowiedzi nie znajduję, a Florian Liegl, który nie pozwolił Stefanowi Huberowi na start, tłumacząc po konkursie, że „Stefan jest mu jeszcze potrzebny”, utwierdza mnie w przekonaniu, że mam rację. Swoją drogą Austriakowi należą się słowa uznania i kapelusze z głów.

Stefan Kraft tkwił na belce jakieś 40 sekund. Ciekawe, czy Walter Hofer skoczyłby dobrze, gdyby go tak zapraszali na belkę, a potem z niej wyganiali. Skoczysz czy nie skoczysz? – oto jest pytanie, które dziś zadawał sobie niemal każdy. Widocznie krnąbrny wiatr, tak łaskawy aż do dziś, postanowił wyrwać sobie jakieś miejsce na podium, na którym jeszcze w tym sezonie nie stał. Nie podobało mu się, że ciągle widzi na nim Stocha, Daniela Andre Tande, Domena Prevca czy innych. Też chciał coś z tej rywalizacji mieć. I wiecie co? Może trzeba było mu pozwolić wygrać, by samemu wyjść z tego cyrku z twarzą. Bo gdy naprzeciwko siebie stają pieniądze od reklamodawców i zdrowie sportowców, wybór powinien być oczywisty.

Widok ze szczytu 'Bergisel' w Innsbrucku (fot. Julia Piątkowska)

Widok ze szczytu ‘Bergisel’ w Innsbrucku (fot. Julia Piątkowska)

I jeszcze jedna myśl tak mnie naszła na marginesie dotycząca naszych ukochanych przeliczników punktowych, które przynajmniej w teorii miały zapobiegać atrakcjom, jakie towarzyszyły dzisiaj temu czemuś, co nieudolnie tworzyło iluzję konkursu. Te oto rekompensaty za wiatr miały w swoim założeniu umożliwiać przeprowadzenie konkursów w trudnych warunkach. Czasem nawet się udaje, ale… tylko czasem, i to raczej wtedy, kiedy warunki są równe, a przeliczniki w zasadzie niepotrzebne. Jednym słowem pomysł, który już na stale zadomowił się w zawodach FIS, nie zdaje egzaminu, gdy wiatr robi, co chce, a to z tej prostej przyczyny, że zdawać go po prostu nie może. Z naturą nie wygrasz, dlatego w tak niebezpiecznej, acz pięknej dyscyplinie, jaką są skoki narciarskie, może czasem trzeba pozwolić się pokonać. Tego dzisiaj zabrakło, bo choć „zawody” przypominały raczej żart niż rywalizację, to jakoś do śmiechu nikomu nie było. Nam też nie.

 

Kasia Nowak 

Komentarze

comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *