Stanisław Biela: „Skoki kolorowo wyglądają tylko w kadrze A i telewizji”

Stanisław Biela do skoków trafił w okresie sukcesów Adama Małysza. Choć nie brakowało mu talentu, to nigdy nie okrzyknięto go następcą Orła z Wisły. Z różnych przyczyn nie wycisnął ze swojej kariery tyle ile powinien. Jednak dzięki charakterowi górala, ciężkiej pracy i wsparciu rodziców przez kilka sezonów godnie reprezentował Polskę na arenie międzynarodowej.

 

W tym czasie przywiózł dwa medale z Zimowej Uniwersjady i doświadczył całkowitego wypalenia spowodowanego rygorystyczną dietą. Kilka miesięcy temu odwiesił narty na kołek i zajął się… szybownictwem. W krótkim czasie odniósł sukcesy, na które inni czekają latami. Przy dużej i kalorycznej pizzy, 24-letni były skoczek narciarski opowiedział nam o wzlotach i upadkach, których doświadczył w ostatnich latach.

 

Stanisław Biela w szybowcu (fot. archiwum zawodnika)
Stanisław Biela w szybowcu (fot. archiwum zawodnika)

W końcu z czystym sumieniem możesz zjeść pizzę.

Ostatnio robię to dosyć często. Odreagowuję lata trzymania ścisłej diety.

 

Dieta to trochę temat tabu w skokach narciarskich. Jak to naprawdę wygląda?

Gdybyś dzisiaj zapytał o plany i marzenia związane z najbliższym urlopem, to większość czynnych zawodników powiedziałaby zapewne, że są to egzotyczne wakacje, czy coś w tym rodzaju. W głębi duszy chcieliby jednak po prostu zjeść czekoladę albo pizzę i popić ją piwem. Trzymanie diety to codzienna walka z samym sobą, by dotrwać do kolejnego kontrolnego ważenia. Uwierz mi, że wielu zawodników balansuje na bardzo cienkiej granicy. Dużo zależy od wyników sportowych. Jeżeli jesteś w formie, są sukcesy, to człowiekowi łatwiej w takim codziennym reżimie dietetycznym. Jednak, kiedy rezultaty nie są najlepsze, to bardzo łatwo „złapać doła” psychicznego.

 

Stanisław Biela (fot. Bartosz Leja)
Stanisław Biela (fot. Bartosz Leja)

Słyszy się jednak, że niektórzy skoczkowie z topu nawet w sezonie pozwalają sobie na zjedzenie tłustego kotleta.

Możliwe, że zjedzą koleta czy nawet hamburgera. Pytanie, czy na następny dzień nie zrezygnują ze śniadania albo zjedzą połowę porcji, by bilans kaloryczny się zgadzał.

 

Jak Ty podchodziłeś do spraw związanych z trzymaniem wagi?

Starałem się do tego podchodzić racjonalnie, ale często ambicja, by być coraz lepszym, brała górę. Kiedyś w wigilię praktycznie nic nie zjadłem, by dobrze wypaść na mistrzostwach Polski, które odbywały się w drugi dzień świąt.

W ostatnim sezonie startów doradzano mi, że skoro mam tak dobre geny, to może powinienem zrzucić jeszcze z trzy kilogramy. Wierzyłem, że pomoże mi to w uzyskaniu lepszej formy. Narzuciłem sobie ostry rygor w lecie i udało mi się to osiągnąć. Czułem jednak, że powoli zbliżam się do tej niebezpiecznej granicy. W zimie moim głównym celem było utrzymanie niskiej wagi. Zamiast odpocząć i zresetować się psychicznie w weekend, przed każdym poniedziałkiem, kiedy mieliśmy ważenie, martwiłem się, czy wskaźnik nie pokaże 100 gram więcej.

 

Stanisław Biela w locie na skoczni w Villach (fot. Andrea Bevilacqua)
Stanisław Biela w locie na skoczni w Villach (fot. Andrea Bevilacqua)

Jak to wpływało na Twoje codziennie funkcjonowanie?

Powiem szczerze, że człowiek miał problem, żeby cieszyć się z prostych rzeczy. Cały czas chodziłem przytłumiony, przybity psychicznie. Nawet nie miałem ochoty wyjść na imprezę, czy umówić się z jakąś dziewczyną. Rodzina nigdy nie odradzała mi skakania na nartach ze względów bezpieczeństwa, ale z czasem zaczęła poważnie martwić się widząc moje wypalenie.

 

Stan przeddepresyjny?

Tak. Do tego miałem złe wyniki krwi. Słabo się czułem.

 

Długo nosiłeś się z zamiarem skończenia ze skokami?

Planowałem zrobić to w grudniu 2017 roku po ostatnich zimowych mistrzostwach Polski w Wiśle.

 

Stanisław Biela w szybowcu (fot. archiwum zawodnika)
Stanisław Biela w szybowcu (fot. archiwum zawodnika)

Trochę dziwny moment, bo zająłeś tam wysokie 7. miejsce, przegrywając tylko z zawodnikami kadry A. Kuba Wolny wyprzedził Cię o zaledwie 0,1 pkt, więc obiektywnie zaprezentowałeś się bardzo dobrze.

I tak właśnie chciałem zakończyć. Czułem, że to już mój koniec. Tata był przekonany, że mógłbym skakać jeszcze lepiej, ale ja widziałem, że psychicznie nie dam rady tego ciągnąć.

 

Trudny moment w twoim sportowym życiu przyszedł, kiedy kończyłeś wiek juniora i nie załapałeś się do kadry B.

Kiedy odsunęli mnie od kadry, nie mogłem liczyć na żadne wsparcie ze strony Polskiego Związku Narciarskiego. Wiele bliskich osób doradzało mi wtedy, żebym odpuścił i porzucił skoki. Ja jednak uparłem się, że chcę jeszcze spróbować. Ojciec widząc moją determinację bardzo mi pomógł. Przez kilka lat płacił za mojego osobistego trenera, sprzęt, wyjazdy. Pomógł też klub UKS Sołtysiane Stare Bystre, za co jestem bardzo wdzięczny. Nawiązałem wtedy współpracę z Danielem Bachledą, który dopiero próbował swoich sił jako trener. To był strzał w dziesiątkę. Trener umiał do mnie trafić i dopasować technikę pod moje parametry i styl, a to nie jest łatwe.

 

Szybowiec Stanisława Bieli (fot. archiwum zawodnika)
Szybowiec Stanisława Bieli (fot. archiwum zawodnika)

Podobno stanowczo wstawił się za Tobą, kiedy nie chciano Cię wystawiać w Pucharze Kontynentalnym.

Pierwszeństwo wyjazdu na Puchar Kontynentalny mieli zawodnicy kadry. To zrozumiałe, że trener kadry bardziej ufał chłopakom, których na co dzień mógł obserwować. Jednak zawodnikowi trudno zaakceptować, że prezentuje wysoką formę, skacze dalej od kadrowiczów, a i tak jest pomijany. Musiałem długo udowadniać swoją wartość, ale w końcu trener Maciej Maciusiak postawił na mnie. Duża w tym zasługa trenera Bachledy, który wielokrotnie i stanowczo się o to upomniał.

 

Ostatecznie trenerzy doszli do porozumienia i zacząłeś dostawać szanse.

Wtedy miałem swój najlepszy sportowy okres. Dwa razu byłem czwarty w Pucharze Kontynentalnym, zdobyłem też medale w drużynie na uniwersjadzie. Dzięki tym wynikom po dwóch latach włączono mnie do kadry. Zapewniono mi sprzęt i opłacano zawody, ale nadal mogłem trenować z Danielem Bachledą. Do mojego sztabu dołączył też Stefan Ciapała, który niesamowicie żyje skokami. Taki system dobrze funkcjonował. Czułem też wsparcie trenera Łukasza Kruczka, który widział we mnie potencjał.

 

Imitacja skoku w wykonaniu Stanisława Bieli (fot. Bartosz Leja)
Imitacja skoku w wykonaniu Stanisława Bieli (fot. Bartosz Leja)

Jak wyglądały Twoje przygotowania, kiedy byłeś poza kadrą?

Z trenerem Bachledą mieliśmy możliwość jeździć na zgrupowania w Polsce, ale również za granicę. Jednym z naszych ulubionych miejsc było niemieckie Klingenthal. Często bywało tak, że tylko my korzystaliśmy ze skoczni. Sam wyjeżdżałem na wyciągu, sam byłem na belce. Generalnie odpowiadały mi takie przygotowania w samotności. Nic cię nie rozprasza, więc łatwiej skoncentrować się na wykonaniu konkretnego zadania. Warto jednak co jakiś czas potrenować w grupie, żeby móc zweryfikować swoją formę na tle innych zawodników.

 

Chyba najbardziej Ci służył system, kiedy formalnie byłeś w kadrze B: gwarantowano Ci sprzęt i starty, a jednocześnie miałeś swobodę w przygotowaniach. Sezon, w którym zacząłeś trenować na stałe z kadrą okazał się Twoim ostatnim.

W pewnym momencie przyszła propozycja, żebym trenował z kadrą. Nie czułem na to jakiegoś parcia, ale pojawił się wtedy trener z zagranicy, Czech Radek Zidek. Pomyślałem, że to może być szansa. Stało się inaczej. Trener bardzo mocno zmienił moją technikę. Miał dobre intencje, ale nic z tego nie wyszło. Skakałem tylko gorzej.

 

Stanisław Biela (fot. Julia Piątkowska)
Stanisław Biela (fot. Julia Piątkowska)

Jak w ogóle wyglądają realia w kadrze B?

Jeżeli kończysz wiek juniora i nie przebiłeś się do kadry A, to jesteś w bardzo trudnej sytuacji. Między kadrą A i B jest finansowa przepaść. W kadrze B masz zagwarantowany sprzęt, opiekę trenerską i wyjazdy, ale nie dostajesz nawet złotówki wynagrodzenia. Poza konkursami Pucharu Świata w Polsce nie pokazuje Cię telewizja, więc szansa na pozyskanie sponsora też jest niewielka. Dlatego wielu zawodników bezpośredniego zaplecza kadry A jest zmuszonych zakończyć karierę, by zająć się pracą, która pozwoli im utrzymać siebie i rodzinę. To też powód, dla którego w mistrzostwach Polski startowało 37 zawodników. Jak spojrzysz na kadrę B, to połowę zawodników stanowią juniorzy. Nie da się skoków łączyć z pracą na pełen etat. Albo jesteś skoczkiem na 100%, albo nie jesteś nim w ogóle.

 

Chyba najbardziej wyrazistym przykładem jest sytuacja Aleksandra Zniszczoła i Klemensa Murańki. W przeszłości niejednokrotnie wskakiwali do „dwudziestki” konkursów Pucharu Świata, a dzisiaj znajdują się pod ekonomiczną ścianą, bo są poza szóstką wybranych przez Horngachera do kadry A. To musi czasami wywoływać frustrację.

Tam większość „chodzi na brzytwach”. Kolorowo to wygląda w kadrze A i telewizji. Dla Olka i Klimka rodzina jest dużym wsparciem. Ich żony „żyją” skokami i mocno ich wspierają. Wtedy łatwiej przejść przez trudne momenty. Chłopaki mają duży potencjał, więc jest szansa, że ich sytuacja się odmieni.

 

Widok z szybowca (fot. Stanisław Biela)
Widok z szybowca (fot. Stanisław Biela)

Przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych. Osiem miesięcy temu skończyłeś ze skokami i zająłeś się szybownictwem. Skąd taki pomysł?

Po rezygnacji ze skakania zacząłem bardziej angażować się w firmę taty. Odnajduję się w tym, takie zajęcie mi odpowiada. Jednak każdy potrzebuje pasji. Czegoś, co wywołuje pozytywną adrenalinę. Latać szybowcami zacząłem jeszcze jako czynny skoczek. Mam świadomość, że z tej dyscypliny bardzo trudno się utrzymać. Chyba, że będę mistrzem świata, jak Sebastian Kawa, ale nawet wtedy nie są to powalające kwoty. Najważniejsze, że latanie sprawia mi dużą radość, czego w skokach pod koniec już nie odczuwałem.

 

Często sportowcy, którzy kończą karierę czują pustkę. Nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Szybownictwo chyba pozwoliło Ci płynie przejść do życia po skokach?

Dzięki szybowcom bardzo szybko się pozbierałem. Wielu może się wydawać, że skończenie ze sportem nie jestem żadnym problemem, zwłaszcza jeżeli nie osiągało się wielkich wyników. Jednak przez wiele lat miałem bardzo zdyscyplinowany tryb życia. Dieta, trening, zawody, regeneracja. Towarzyszyła mi ciągła presja, adrenalina i nagle się to wszystko skończyło. Wtedy człowiek zastanawia się co dalej? Zacząłem pracę, ale to było takie funkcjonowanie z dnia na dzień. Tak naprawdę, między skończeniem ze skokami, a poważnym zajęciem się szybownictwem był tylko tydzień, a i tak był to dla trudny czas.

 

Szybownictwo chyba nie jest tak absorbującym sportem jak skoki. Dużo czasu poświęcasz na treningi?

Mówi się, że w ciągu roku trzeba wylatać minimum 150 godzin, jeżeli chcesz coś osiągnąć. W szybownictwie zawody wyglądają bardzo specyficznie. Trwają czasami 10 dni. Zwycięstwo w pojedynczym locie niczego nie gwarantuje. Liczy się dopiero suma wszystkich startów. W trakcie takich zawodów spędzasz w powietrzu około 20 godzin. Do tego dochodzi praca przy szybowcu. Mam dwie osoby, które bardzo mi pomagają, ale sam też dużo czasu spędzam grzebiąc przy maszynie.

 

Pierwszy kontakt z szybowcami miałeś dwa lata temu, ale na poważnie przelatałeś dopiero jeden sezon. Możesz jednak już pochwalić się medalem mistrzostw Polski oraz srebrną i złotą odznaką z dwoma diamentami. Osobiście niewiele mi to mówi, ale podpytałem ludzi ze środowiska i stwierdzili, że to bardzo duży wyczyn w tak krótkim czasie.

Faktycznie, nie zdarza się to często. Co do medalu mistrzostw Polski, to niektórzy zapewne powiedzą, że szybownictwo jest niszową dyscypliną, więc łatwo tutaj o sukces. Jednak, jeżeli spojrzymy na liczbę zawodników którzy ją uprawiają, to nie jest ona mniejsza niż ta w skokach narciarskich. Różnica dotyczy tylko skali zainteresowania mediów i kibiców. Co do odznak, to oznaczają one konkretne osiągnięcia. Złota z dwoma diamentami potwierdza, że odbyłem lot o długości 300 kilometrów w trójkącie zamkniętym i uzyskałem przewyższenie 5000 metrów. Do zdobycia został mi jeszcze tylko diament za lot o długości 500 km. Następnie zamierzam skupić się na pobijaniu rekordów długości i wysokości oraz walczyć o medale na międzynarodowych zawodach.

 

Na koniec wróćmy jeszcze do skoków. Byłeś w Wiśle, żeby na żywo oglądać Puchar Świata?

Nie. Nie włączyłem nawet telewizora.

 

rozmawiał Łukasz Szymura,

właściciel kanału STYL V na YouTube

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram