Apoloniusz Tajner o formie Polaków, Kobayashim i dalszych losach Horngachera

Sportowa dyspozycja skoczków narciarskich na samym początku zimowego sezonu Pucharu Świata tradycyjnie była jedną wielką niewiadomą. Rywalizacja w międzynarodowym gronie jest przecież jedyną okazją do porównania swojej formy do kondycji rywali. W tej próbie świetnie wypada na razie Ryoyu Kobayashi, a także polscy skoczkowie na czele z Piotrem Żyłą i Kamilem Stochem. O ich sportowym potencjale opowiedział nam prezes Polskiego Związku Narciarskiego, Apoloniusz Tajner.

 

Bartosz Leja: Polacy zazwyczaj rozkręcali się wraz z trwaniem zimowego Pucharu Świata. Czy zaskakuje Pana zatem tak wysoka forma Piotra Żyły i Kamila Stocha już na samym początku sezonu?

Apoloniusz Tajner: Zupełnie mnie to nie zaskakuje. Już w wypowiedziach przedsezonowych nie obawiałem się mówić tego, co sygnalizował trener Stefan Horngacher i Adam Małysz. Sam też obserwowałem treningi i widziałem, że oni są przygotowani do tego sezonu jeszcze lepiej niż do poprzedniego. Cały okres przygotowawczy był przeprowadzony jeszcze lepiej i sprawniej niż w zeszłym roku, dodatkowo – praktycznie bez przerwy między sezonami. Odpoczynek po Planicy co prawda był, jednak zawodnicy już w pierwszym miesiącu po zakończeniu Pucharu Świata co drugi dzień trenowali z asystentami trenera w kraju. Kadrowicze mają też bardzo dobrą kontrolę treningu. Polega to na tym, że jeśli zawodnik ma objawy zmęczenia lub niedysponowania, a miał zaplanowany cięższy trening, wtedy się z tego rezygnuje i daje mniejsze obciążenia. Cały proces był na tyle dobry, że już w październiku przygotowanie można było ocenić jako jeszcze lepsze niż rok temu. Pozostawało czekać na efekty. Skoczkowie przenieśli po prostu formę z lata na pierwsze konkursy zimowe. Mimo, że indywidualnie jeszcze nie wygrywają, Polacy są w czołówce. Piotr Żyła skacze właściwie na swoim bardzo dobrym poziomie i to nie jest jakaś wybitna forma. To raczej inni będą się jeszcze rozkręcać i robić mu konkurencję.

 

W takim razie, na co stać jeszcze trenera Stefana Horngachera w tej współpracy i jakie rozwiązania jest w stanie wymyślić Austriak, żeby „wycisnąć” z polskich skoczków jeszcze więcej?

Jak ktoś zna Stefana Horngachera, to wie, że on ciągle ma jakieś nowe pomysły. To jest jeden z tych trenerów, który się nie zatrzymuje i nie ustaje w ciągłym poszukiwaniu czegoś nowego. Sam nie wiem co jeszcze wymyśli. My pomagamy mu je tylko realizować. Zgodnie z umową, którą zawarliśmy w PyeongChang, gdzie rozmawialiśmy na temat kontynuacji jego pracy z polskimi skoczkami, Stefan chciał mieć warunki do rozwoju.

 

Czy zatem Polski Związek Narciarski chciałby zatrzymać takiego szkoleniowca na dłużej?

Spoglądając na rozpoczęty w tym sezonie „cykl olimpijski”, oczywiście, że tak. On o tym wie. Na razie zostawiamy jednak ten temat. Obserwujemy, że Austriakowi pracuje się u nas bardzo dobrze, cały zespół jest zgrany. Działając z tą grupą ma też gwarancję sportowych sukcesów. Nie ma więc raczej powodu, żeby od tego odchodzić. Staramy się stwarzać takie warunki, jakie mają kraje o jeszcze większych możliwościach finansowych. My nie naciskamy, a sam Stefan wie, że czekamy na jego oficjalne stanowisko o kontynuacji współpracy.

 

Zmieniając nieco temat. Jak trenerskim okiem oceniłby Pan to, co robi w tym momencie fenomenalnie skaczący lider Pucharu Świata, Japończyk Ryoyu Kobayashi?

To jest młody zawodnik. Sam przechodziłem taki wybuch formy w wykonaniu Adama Małysza, kiedy byłem jego trenerem. To jest objawienie talentu, on skacze po prostu bardzo dobrze i mówiąc żartobliwie, choćby jechał tyłem, to i tak wszystko mu będzie wychodzić. Ze względu na jego młody wiek, nie wydaje mi się, żeby był w stanie utrzymać taki poziom przez cały sezon, czyli przez prawie cztery miesiące. Na każdego przychodzą momenty, w których coś zaczyna się psuć. Zawodnikowi wydaje się wtedy, że wszystko jest tak samo, ale jednak jest inaczej. Do samego skakania dochodzą przecież zmiany skoczni, częste podróże… Zobaczymy jak na to wszystko będzie reagował jego organizm. Na razie robi to, co dwa lata temu robił Słoweniec Domen Prevc, który skakał i prawie wszystko wygrywał. Później przyszedł jednak taki moment, w którym nie powoływano go nawet na Puchary Świata, bo tak słabo sobie radził. Nic nie poradzimy na to, co robią rywale, możemy tylko wpływać na to, co robią nasi.

 

W jakim stopniu na korzyść polskich skoczków, szczególnie Kamila Stocha i Piotra Żyły może w tej sytuacji przemawiać doświadczenie?

Doświadczenie to jedno. Za nim stoją lata treningów, dzięki którym po uchwyceniu pewnego poziomu, nieco starszy zawodnik często jest go w stanie utrzymać. Młody skoczek po wybuchu talentu częściej może utracić taką formę. Wystarczy przypomnieć znowu świetną dyspozycję młodego Adama Małysza z 1996-1997 roku, który po trzech latach skakał tak słabo, że chciał kończyć karierę. Niedługo później jego forma wystrzeliła „w kosmos”. Po prostu do momentu, w którym następuje stabilizacja, zawodnik ma albo szczyty, albo doły. Raczej taki scenariusz przewiduję dla Ryoyu Kobayashiego.

 

rozmawiał Bartosz Leja

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram