Sven Hannawald, fot. Julia Piątkowska

Mama przyglądała się moim pierwszym próbom z kuchennego okna. Rozbawiona patrzyła, jak ja, mały szkrab, przewracam się na swoich nartach i wpadam w zaspy. I jak znów się wdrapuję na górę, po czym się przewracam i bez marudzenia czy narzekania dzielnie staję na nogach – wiele, wiele razy”.

 

Droga na szczyt

Ćwierć wieku później  Sven Hannawald zapisał się na zawsze w historii skoków narciarskich. Stał się wówczas jedynym zawodnikiem w dziejach, który zdołał wygrać wszystkie cztery konkursy Turnieju Czterech Skoczni.

Do tego sukcesu doprowadziło go zamiłowanie do skoków. Gdy był dzieckiem szczególnie imponował mu Klaus Ostwald i Matti Nykanen. Niebagatelną rolę w rozwoju zawodnika z Hinterzarten, miał również system kształcenia sportowego w NRD. Początkowo uczył się w rodzinnej miejscowości, w Okręgowym Centrum Treningowym imienia Hansa Friedricha klubu SG Dynamo Johanngeorgenstadt. Czyniąc tam pierwsze postępy został oddelegowany do Szkoły Sportowej dla Dzieci i Młodzieży w Klingenthal (KJS). Dla dwunastolatka, jakim wówczas był Sven, była to prawdziwa szkoła życia, tęsknił za domem (mieszkał w internacie), plan dnia był ściśle zorganizowany: „Każdy się starał – nie mieliśmy głowy do robienia głupot. Z własnej woli trzymaliśmy się reguł KJS. Było to rozsądne bo stale mieliśmy jakieś testy kontrolne: letnie, jesienne, a zimą spartakiadę okręgową, spartakiadę centralną i mistrzostwa uczniów NRD”.

1992 rok był czasem, w którym litry potu wylane na treningach, żelazna dyscyplina i ścisła dieta dały Svenowi przepustkę do wielkiego świata skoków – Pucharu Świata. W swoim debiucie był 50., jednak z czasem geniusz Hannawalda dawał o sobie znać. W sezonie 1997/1998, 1998/1999 oraz 1999/2000 zajmował odpowiednio 6., 6. i 4. miejsce w klasyfikacji generalnej cyklu, co zwiastowało jeszcze większe sukcesy i odpowiednią drogę na narciarski szczyt. Ponadto w ciągu tych trzech sezonów niemieckiemu skoczkowi udało się zdobyć srebrny medal w konkursie drużynowym podczas Igrzysk Olimpijskich w Nagano (1998 r.), zostać wicemistrzem świata na dużej skoczni w Bischofshofen (1999 r.) oraz złotym medalistą drużynowym na tych mistrzostwach, zostać mistrzem świata w lotach w Vikersund (2000 r.). Wszystkie sukcesy osiągnięte przez Svena Hannawalda stanowią z pewnością marzenie dla niejednego skoczka narciarskiego. Jednak najlepsze miało dopiero nadejść…

 

Magiczny rok 2001

8 skoczków w historii było blisko, wszyscy z nich nie zdołali wygrać ostatniego konkursu, on próbował jako dziewiąty…

Kilkadziesiąt milionów osób wstrzymało oddech. 0,3 sekundy na poprawne odbicie i 6 sekund lotu. Tablica informacyjna pokazuje wynik – 131,5 metra. Czwarte zwycięstwo w czwartym konkursie 50. edycji Turnieju Czterech Skoczni – kosmiczny sukces i wielki SVEN HANNAWALD.

W Niemczech nastąpiła era „Hannimanii”. Punkt kulminacyjny tego szaleństwa nastąpił zaraz po zakończeniu turnieju. Podczas kolejnych zawodów, które miały miejsce w Willingen fani już o 3 w nocy wędrowali na skocznię by zając dobre miejsca, kobiety trzymały plakaty z napisami: „Sven chcę być twoją teściową” albo „Sven gdzie jest twoje pranie?”. Jak pisał później sam zainteresowany: „Szaleństwo w Willingen miało swoją kolejną kulminację – moje zwycięstwo. Miasteczko przeobraziło się w jedną wielką zakrapianą imprezę. Jak podliczyły gazety, konkurs przyniósł regionowi obroty rzędu dziesięciu milionów marek.”

 

Sukces ma swoją cenę…

Po ogromnym sukcesie w Turnieju Czterech Skoczni Sven kontynuował karierę odnosząc sukcesy, udało mu się między innymi zdobyć małą Kryształową Kulę za loty narciarskie oraz srebrny medal podczas Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City na skoczni normalnej, a także złoty medal za konkurs drużynowy na tych igrzyskach.

Niestety, ciężar sukcesów i widmo presji co raz bardziej dręczyły niemieckiego skoczka. Nic nie jest w stanie lepiej oddać stanu w jakim się znajdował od jego własnych słów: ”Czułem się jak staruszek, który wsparty na parapecie okiennym myśli tylko o tym by wszyscy dali mu święty spokój”.

 

Symboliczny upadek

Po nieudanym rozpoczęciu sezonu 2002/2003, Sven Hannawald z czasem zaczął wracać do dawnego blasku. 8 lutego w Willingen, podczas pierwszego z dwóch rozgrywanych tam konkursów, niemiecki skoczek wygrał zawody nokautując swoich rywali i osiągając rekordową na skoczni K-120 notę 328,2 punktu. Co więcej, miał przywilej startować w następnych zawodach z żółtym plastronem lidera Pucharu Świata.

Nazajutrz żaden z kibiców zgromadzonych przy Mühlenkopfschanze nie miał wątpliwości, że ich ulubieniec sięgnie po kolejne zwycięstwo w karierze i udowodni, że jest głównym faworytem do złotych medali podczas zbliżających się Mistrzostw Świata w Val di Fiemme. Zawody w Willingen były loteryjne, na skoczni szalał zmienny wiatr, dlatego konkurs skrócono do jednej serii. Jako ostatni skakał Hannawald. Ku ogromnym zaskoczeniu niemiecki bohater oddał fatalny skok kończąc zawody na 36. miejscu. Nikt wtedy nie uważał, że jest to schyłek kariery wielkiego mistrza, a niepowodzenie usprawiedliwiono zmiennym wiatrem. Niestety podczas Mistrzostw Świata Hannawald był już cieniem samego siebie, nie nawiązał walki z czołówką, indywidualnie zajął 7. i 24. miejsce. Nie udało mu się również obronić pierwszego miejsca w Pucharze Świata, trumf w całym sezonie świętował wtedy Adam Małysz.

Następny sezon Niemiec zaczął przyzwoicie, lecz z czasem tracił formę. Dobre skoki przeplatał fatalnymi i zaczął wycofywać się z wielu konkursów. Ostatni występ Hannawalda w Pucharze Świata miał miejsce 28 lutego 2004 w Park City. Zajął tam 47. miejsce, po czym zrezygnował z dalszego skakania kończąc sezon na 24. miejscu w klasyfikacji generalnej. Niemiecki bohater karierę zakończył w 2005 roku. Psychologowie zdiagnozowali u niego wówczas tzw. syndrom wypalenia. Sam odnosił się do tego później w ten sposób: „(…) Wcześniej nie znałem tego terminu. Nie wiedziałem, że syndrom wypalenia jest poważną i bardzo skomplikowaną chorobą. Nie miałem świadomości, że lekarze porównują to załamanie psychiczne z zawałem serca, bo w obu przypadkach coś w nas – serce lub dusza – nie radzi sobie z oczekiwaniami, obciążeniem, tempem i stresem. Byłem na dnie”.

Sven Hannawald w swoim bujnym życiorysie odniósł dwa trumfy. Osiągnął wiele jako sportowiec, ale jeszcze więcej jako człowiek. Zdołał przezwyciężyć samego siebie podczas gdy jego psychika rujnowała mu życie. Ze swoją terapeutką Norą Maasberg, która była kluczową osobą przy terapii Hannawalda niemiecki skoczek ma kontakt do dziś. Prywatnie jest w szczęśliwym związku, a zawodowo pracuje jako komentator niemieckiej telewizji, jak sam zwykł żartobliwie mówić: „Nadal mam ochotę na cyrk zwany Pucharem Świata”.

 

Damian Bogucki
źródła: Pramann Urlic, Hannawald Sven
„Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia” wydanie I, Kraków 2014
informacja własna

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram