Autobiografia Hannawalda od SQN znów w sprzedaży, pod patronatem SkokiPolska.pl!

Dzięki tej książce fani skoków narciarskich mogli poznać prawdziwe oblicze legendarnego niemieckiego skoczka, jednego z największych rywali Adama Małysza. W poruszającej autobiografii Sven Hannawald, opowiadając o swojej karierze, otwiera się na temat problemów psychicznych spowodowanych wypaleniem zawodowym. Biografia „Triumf. Upadek. Powrót do życia” znów wraca na rynek nakładem wydawnictwa Sine Qua Non (SQN). Miło nam poinformować, że patronat medialny nad książką objął portal SkokiPolska.pl.

 

Od 11 lutego książka „Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia” wraca do sprzedaży uzupełniona o posłowie i aktualne przypisy, a dostępna będzie wyłącznie w księgarni internetowej LaBotiga.pl, gdzie ruszyła już przedsprzedaż! Szczegóły w linku www.idz.do/skokipolska-hannawald >>>

 

Przeczytajcie fragment książki >>>

„Później, gdy triumf się dopełnił, siedziałem ponownie na konferencji prasowej i zmęczony uśmiechałem się do zebranych.

– Co pan zrobił przed ostatnim skokiem, by opanować zdenerwowanie, panie Hannawald?
– Zdenerwowanie było ekstremalne. Ale kiedy się patrzy w dół, ilu fanów stoi i zagrzewa do walki, automatycznie rośnie motywacja.

Kamil Stoch i Sven Hannawald, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch i Sven Hannawald, fot. Julia Piątkowska

– Czy kiedykolwiek wątpił pan w  swoje zwycięstwo w klasyfikacji generalnej turnieju?
– Nigdy nie wątpiłem, bo miałem świadomość, że jestem w  doskonałej formie. Ale napięcie jest potężne. Podczas turnieju docierało do mnie, że moje nazwisko łączone jest z  możliwym cudem czterech zwycięstw. Trudno to sobie wybić z głowy, nieważne, ile się próbuje.

– Czy przed turniejem marzył pan o tym, że zostawi rywali w tyle?
– Jeszcze przed Oberstdorfem faworytem był Adam Małysz. W Garmisch-Partenkirchen czułem się wykończony, w Innsbrucku kompletnie rozjechany, a w Bischofshofen tornado zerwało mi dach nad głową. W turnieju wszystko optymalnie się dla mnie ułożyło. Podczas wszystkich skoków warunki były dość podobne, a w Insbrucku doszła do tego nowa, nowoczesna skocznia. Za starą nie przepadałem. Piątego konkursu już bym nie przeżył.

– Przed którym rywalem czuje pan największy respekt?
– Jeśli mam być szczery, to przed sobą samym. Jestem swoim największym rywalem i sam siebie doprowadzam do szału. Ale w całym tym zamęcie jakoś dałem sobie radę.

W ciągu następnych godzin i dni stałem jakby obok siebie. Nie, nie wątpiłem, że mogę to osiągnąć. Wiedziałem, że jestem w świetnej formie. Ale napięcie było gigantyczne. Gdyby to trwało jeszcze jeden dzień dłużej, chyba bym się wykończył. Dokonałem jednak czegoś, co nie udało się jeszcze żadnemu skoczkowi. Byłem w dziwnym stanie: z jednej strony pozbawiony sił i totalnie wyczerpany, a z drugiej raz po raz ze szczęścia pojawiała mi się gęsia skórka. I w pewnym sensie traktowałem te wiwaty i zachwyt moją osobą jako swoistą zapłatę – przecież tyle zainwestowałem w sport. Czy to nie było fair, że teraz tyle dostałem w zamian? Sprzyjały mi też okoliczności zewnętrzne. Podczas wszystkich czterech konkursów mieliśmy doskonałe warunki – jak nigdy wcześniej. Prawie żadnego przeszkadzającego wiatru, stale zbliżone temperatury, naprawdę życzliwa publiczność. Co byłoby, gdyby na przykład na sam koniec w Bischofshofen zaczął padać śnieg i tor rozbiegu zacząłby spowalniać skoczków? Mogłem w pełni wykorzystać swoją siłę. Miałem jazdę. Jazdę? Tak się dzieje, gdy wszystko odbywa się jak na autopilocie. Nieważne, leciałem zawsze daleko i prawie zawsze najdalej ze wszystkich. Zanurzałem się w czymś w rodzaju tunelu, nie pozwalałem się zdekoncentrować, nie rozmyślałem, robiłem, co do mnie należało, i czułem się przy tym wspaniale. Mój triumf opisywany był w mediach jako nadzwyczajny wyczyn. Mówiono o mnie „człowiek ptak” i „żywy dowód na lekkość bytu”. Późnym popołudniem zaskoczyła mnie Rosi Kenzler występem kapeli z  Hinterzarten. Wieczorem w dniu tego niebiańskiego zwycięstwa byłem prawie zbyt słaby, by świętować. Mimo to, jak w poprzednich latach, udaliśmy się z całym teamem do St Johann i bawiliśmy się w towarzystwie skoczków z innych krajów aż do 03:00. Całe napięcie wreszcie ustąpiło. Nie marzyłem o niczym innym, jak tylko o tym, żeby się wreszcie wyspać. Od dziesięciu dni jeszcze mi się to nie udało.”

 

Opis książki >>>

Sven Hannawald (fot. Gosia Mynett)
Sven Hannawald (fot. Gosia Mynett)

Kilkadziesiąt milionów osób wstrzymało oddech.

6 sekund rozbiegu, kluczowe 0,3 sekundy na wybicie, 6 sekund lotu.

131,5 metra. Czwarte zwycięstwo w czwartym konkursie Turnieju Czterech Skoczni.

Przepustka do nieśmiertelności.

Zaledwie dwa lata później jego wspaniale rozwijająca się kariera została nagle przerwana. Psychiczna presja okazała się nie do udźwignięcia. Napady szału i agresji, anoreksja, lęk przed opuszczeniem domu. Diagnoza: syndrom wypalenia. Powrót do normalnego życia zajął mu długie pięć lat.

Apel Adama Małysza przywrócił mu w Polsce należny szacunek, a z czasem również sympatię. Teraz możemy zobaczyć w nim nie tylko sportowego herosa, ale przede wszystkim wrażliwego człowieka, któremu udało się wyrwać ze szponów depresji i uratować własne życie.

 

Wszystkich fanów skoków narciarskich i entuzjastów dobrej literatury, którzy jeszcze nie poznali historii znakomitego niemieckiego skoczka, zachęcamy do nabycia książki „Sven Hannawald. Triumf. Upadek. Powrót do życia” wydawnictwa SQN. Już wkrótce więcej na temat tej publikacji na łamach portalu SkokiPolska.pl!

 

informacja prasowa SQN / SkokiPolska.pl

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Facebook
Facebook
Instagram