Powstanie książka o legendzie dziennikarstwa – Włodzimierzu Szaranowiczu!

Włodzimierz Szaranowicz (fot. Jagoda Bodzianny)

Niepowtarzalny głos goszczący w zimowe weekendy w polskich domach, wyjątkowy klimat i słowa, które każdy kibic skoków narciarskich może cytować z pamięci… Włodzimierz Szaranowicz to jedna z najważniejszych person polskiego dziennikarstwa, związana z sukcesami Adama Małysza, a później Kamila Stocha. Niebawem będziemy mogli dowiedzieć się o nim więcej. Wydawnictwo SQN nawiązało z Włodzimierzem Szaranowiczem współpracę, której efektem ma być książka o jednej z największych legend polskiego dziennikarstwa. W 2020 roku ma ona trafić w ręce czytelników. Z tej okazji portal SkokiPolska.pl pragnie przybliżyć choć cząstkę historii.

 

21 marca tego roku legendarny polski komentator skończy 70 lat. W swojej bogatej karierze osiągnął wiele, bardzo wiele. Szczególnie imponuje jego zamiłowanie do komentowania Igrzysk Olimpijskich, które okraszał swoim głosem od czasów XXII letnich igrzysk w Moskwie w 1980 roku. Pod względem dziennikarskiego stażu jest na pierwszym miejscu wśród polskich dziennikarzy sportowych i w czołówce list światowych. – Igrzyska to spotkania na otwartym stadionie niezależnie od rasy, płci, narodowości, wieku. Międzynarodowy Komitet Olimpijski potrafi robić bardzo ważne dla współczesnego świata gesty. Ktoś powie, że to naiwne, bo świat jest dziś brutalny, ale my wciąż marzymy o świecie idealnym. Do końca życia będę bronił Pierre’a de Coubertina – mówił na antenie TVP Sport.

 

Bałkańskie retrospekcje, kawiarnia Feniks i sportowe początki

Niewielu wie, że Włodzimierz Szaranowicz ma południowe korzenie. Jego rodzice pochodzili z Czarnogóry, a do 2010 roku w wielu dokumentach słynnego dziennikarza widniało nazwisko Šaranović. – Nasze nazwisko wywodzi się od „Šareni”, czyli „poranieni w bojach”. Moi męscy przodkowie byli chorążymi, którzy w czasie bitew trzymali chorągwie. Rodzina bitna i znana. Ojciec opowiadał mi o niej przez całe lata – wyznał komentator.

Przyszły posłaniec wielkich wiadomości sportowych przyszedł na świat i dorastał w powojennej Warszawie, do której emigrowali jego rodzice. Jak sam podkreślał w Polsce nigdy nie doświadczył obcości, chociaż przez chwilę towarzyszyło mu poczucie inności, na przykład wtedy kiedy mama wołając go na obiad krzyczała z okna w języku serbskim. Młody Włodzimierz szybko jednak zdobył akceptację wśród swojego środowiska, a przepustką do jej osiągnięcia okazał się być sport. – Tak naprawdę nigdy nie miałem problemu z innością, bo szybko zdobyłem na podwórku pozycję sportową. Zawsze byłem kapitanem jednej z dwóch wybieranych drużyn. Ponadto rządził ten, kto wynosił piłkę, a rodzice kupili mi skórzaną piłkę w łaty, z tak zwanym „cyckiem”. Trzeba było przez ten cycek pompować, potem go zawiązać i schować pod sznurowany rzemień – wspominał dziennikarz w wywiadzie z Arkadiuszem Bartosiakiem i Łukaszem Klinke z portalu Wywiadowcy.pl.

Mając 11 lat w sercu młodego chłopaka po raz pierwszy pojawiła się myśl o traktowaniu sportu w kategoriach drogi życiowej. Wszystko za sprawą biegacza Zdzisława Krzyszkowiaka, którego zwycięstwo w biegu na 3 kilometry z przeszkodami podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie w 1960 roku, przyszły dziennikarz sportowy oglądał w kawiarni „Feniks”. – Później był Mazurek Dąbrowskiego i niewyobrażalna euforia. Po tym sukcesie biegałem jak szalony przez dwie i pół godziny. Wróciłem do domu zziajany i powiedziałem mamie, że ja też będę mistrzem olimpijskim. Naprawdę o tym marzyłem. Zresztą jak większość kolegów z podwórka. Byliśmy pokoleniem wielkich marzycieli, bo świat był dla nas niedostępny. W tamtych czasach chciałem też opłynąć kulę ziemską jak Teliga na jachcie „Opty”. Z tego marzenia akurat wyrosłem, ale sportowi pozostałem wierny – opowiadał. Chcąc spełniać swoje marzenia, ku niezadowoleniu rodziców, którzy drogę syna nazwali „degradacją społeczną”, Szaranowicz postanowił dostać się na warszawską Akademię Wychowania Fizycznego. Nigdy później nie żałował tej decyzji, wręcz przeciwnie, był to jeden z najlepszych okresów w jego życiu – W moich czasach AWF był świetną uczelnią i synonimem bardzo wesołego życia. Nigdy też nie miałem tylu pieniędzy, co w trakcie studiów. Stypendium naukowe 650 zł, kolejne 650 z redakcji „Miniatur”, bo byłem w kolegium redakcyjnym. Dostawałem jeszcze 800 zł za spikerowanie na meczach koszykówki, siatkówki i piłki ręcznej, a do tego robiliśmy tak zwane porządkówki. Koledzy mieli dojścia i łapali fantastyczne fuchy. Jak trzeba było umyć cały szpital praski w trzy dni, to robiła to ekipa z AWF-u. Harowaliśmy od rana do nocy, ale też zarabialiśmy naprawdę bardzo przyzwoicie – wskazywał dziennikarz.

 

Pechowy korzeń, czyli dalsze losy żywej legendy mikrofonu

– Kiedy miałem 23 lata, miałem bardzo poważny wypadek. Byłem wtedy na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Ten wypadek to był wielki mój pech. Pojechałem na dwutygodniowy obóz do Zieleńca w Sudetach. Ostatniego dnia wybraliśmy się na narty. Warunki nie były najlepsze. Narta wpadła mi pod korzeń i tak zmiażdżyłem nogę. Groziła mi amputacja – opowiadał.

Włodzimierzowi Szaranowiczowi mimo poważnej kontuzji i zastrzeżeń prodziekana, udało się ukończyć warszawską AWF na specjalizacji koszykówki i uzyskać dyplom trenera drugiej klasy. Zaraz po studiach pracował w szkole nr 138 w Międzylesiu, gdzie jako trener zaprowadził grupę dziewczyn z klasztornego domu dziecka na sam szczyt olimpiady warszawskiej sięgając z nimi po mistrzostwo. – Wśród moich zawodniczek była Ala Szczęsna, późniejsza mama Wojtka Szczęsnego – wspominał, wymieniając nazwisko znakomitego polskiego bramkarza, aktualnie zawodnika Juventusu Turyn. Po ukończeniu AWF-u nasz bohater wiązał swoją przyszłość z uczelnią, chciał zrobić doktorat i popularyzować wiedzę na temat historii sportu. Życie jednak miało jednak dla niego inny scenariusz – Niestety, albo i stety, w międzyczasie trafiła się możliwość wyjazdu do Göteborga. Moja ówczesna dziewczyna miała tam praktyki. Nie miałem więc wyjścia – mówił rozbawiony „Szaran”. Po „szwedzkich” epizodach pracy za granicą, między innymi jako sprzedawca obrazków oraz sprzątacz w parku zabaw, gdy na stałe wrócił do Warszawy, życie przekierowało go na nowe tory.

Swoją dziennikarską przygodę Włodzimierz Szaranowicz rozpoczął w Polskim Radiu, był to rok 1976. Miał okazję doskonalić swój warsztat pod okiem wybitnych dziennikarzy, Bogdana Tuszyńskiego i Bohdana Tomaszewskiego. Gdy te dwie wielkie postaci zrezygnowały ze współpracy z Polskim Radiem, Szaranowicz rozpoczął swoją telewizyjną karierę – Telewizja stała się ciekawszą zabawą dającą szybką popularność, byliśmy młodzi i dla nas to był powab, wtedy zaczęliśmy z Dariuszem Szpakowskim naszą wielką przygodę – wspominał po latach.

 

„Na skoczni z Adamem zostawiłem kawał życia”

W tym miejscu właściwie dalszą część historii każdy dopisać może sobie sam. Włodzimierz Szaranowicz w swoim dziennikarskim życiu relacjonował ogromną liczbę wydarzeń sportowych, których nie sposób tutaj wymienić. Jego nazwisko zapisało się także na zawsze w sercach wszystkich kibiców Adama Małysza i skoków narciarskich – Na skoczni z Adamem zostawiłem kawał życia. Jakoś nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Adam był w naszym sporcie postacią niezwykłą. Dzięki niemu przeżyłem w swoim życiu piękny czas. Dlatego kiedy odchodził, rzeczywiście wzruszyłem się niebywale – wspominał komentator.

„Co tydzień siadaliśmy, jak do telenoweli, żeby właśnie oglądać tę rywalizację. Fenomen socjologiczny! Ileż rzeczy można było mu przypisać podczas tej kariery? Że można w życiu wygrać ewidentnie bez układów. Że jest człowiekiem rzetelnym, solidnym, posłańcem wielkich wiadomości, wielkiej nadziei. Zaczynał jako idol kryzysowy, który miał nas prowadzić jako ambasador wspaniałego skoku cywilizacyjnego do Europy. Fenomen społeczny. Przecież my, dzięki tym transmisjom, żyliśmy życiem zastępczym. Był powodem ogromnej zbiorowej radości. Dał nam wiele. Bardzo wiele…” – mówił wybitny dziennikarz ze łzami w oczach podczas Mistrzostw Świata w Oslo w 2011 roku, podczas których Małysz ogłosił zakończenie sportowej kariery.

Czy można w lepszy sposób pożegnać i zwieńczyć karierę wielkiego sportowca? Chciałoby się rzec: Mistrz pożegnał Mistrza… Włodzimierz Szaranowicz to człowiek wielkiego formatu. Do wszystkich swoich zawodowych wyzwań podchodził w sposób profesjonalny, z pełną dziennikarską klasą. Połączenie sukcesywnej pracy i ogromnego talentu zaowocowało jego wielką karierą. W swoim życiu zmagał się z wieloma przeciwnościami, mimo to stanął na wysokości zadania i udźwignął ciężar wielkiego posłannictwa sportowego, które dane mu było przez te wszystkie lata.

 

 

Damian Bogucki
źródło: TVP Sport / Wywiadowcy.pl / Wydawnictwo SQN

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram