Jakub Kot o Seefeld i decyzji Horngachera: „Zawodnicy już pewnie wiedzą”

Jakub Kot i Stefan Horngacher (fot. Martyna Osuchowska / Behind the Sport / PZN)

Jakub Kot i Stefan Horngacher (fot. Martyna Osuchowska / Behind the Sport / PZN)

Wielkie emocje podczas mistrzowskiego konkursu w Seefeld, droga ze sportowego piekła do nieba okraszona złotym medalem Dawida Kubackiego i srebrnym Kamila Stocha, w tle rozważania na temat decyzji Stefana Horngachera i trenerskiej przyszłości Austriaka, a w dalszej perspektywie typowanie potencjalnych kandydatów na jego następcę. W ostatnich tygodniach w skokach narciarskich dzieje się naprawdę dużo. Dla naszego portalu o kulisach Mistrzostw Świata, kandydatach na nowego trenera polskiej kadry oraz rozwoju żeńskiej odsłony skoków w naszym kraju opowiedział Jakub Kot, były skoczek, a obecnie trener młodych skoczkiń i ekspert TVP.

 

Bartosz Leja: Udało się już odpocząć po Seefeld, czy dalej żyjesz Mistrzostwami Świata?

Jakub Kot: Wróciłem wczoraj w nocy, więc dzisiaj spędziłem już cały dzień w domu, z rodziną. Powrót do normalności.

 

Jak się czułeś jako „pełnoetatowy” ekspert podczas mistrzowskiej imprezy?

To kwestia nauki, zbierania doświadczenia… Ale myślę, że całkiem dobrze. Jeszcze wszystko przede mną.

 

Jak skomentujesz zatem konkurs indywidualny mężczyzn w Seefeld? Pojawiło się po nim mnóstwo komentarzy,w tym dość krytycznych, choćby ze strony Norwegów. Można jednak się zastanawiać, co by było, gdyby to polscy skoczkowie byli na ich miejscu…

Ten konkurs był szalony, niewiarygodny, więc tak czy inaczej przejdzie do historii. Nie da się tego łatwo skomentować, jednak porównałbym go do konkursu olimpijskiego w PyeongChang na normalnej skoczni, gdzie powiedziałem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wtedy my byliśmy „poszkodowani”, po pierwszej serii prowadził Stefan Hula przed Kamilem Stochem, potem spadli na piąte i czwarte miejsce. Fala krytyki spadła na przeliczniki, FIS, mówiło się, że to był zły konkurs. Postawcie się jednak na miejscu Niemców, Norwegów, którzy ocenili, że wszystko było okej, wiadomo, szalony konkurs, ale były dwie serie, medale przyznane. Teraz było na odwrót, nam sprzyjało szczęście i my uznaliśmy, że wszystko było w porządku, inni mieli prawo czuć się pokrzywdzeni. Zawsze staram się patrzeć na zawody nie jako kibic reprezentacji Polski, ale jako specjalista na temat skoków, który wszystko traktuje bardzo obiektywnie. Bez dwóch zdań ten konkurs nie powinien się odbyć, bo jeśli mistrza świata wyłaniamy co dwa lata, to został on wyłoniony w niesprawiedliwych warunkach. Jeśli raz zdarzyłyby się taki konkurs Pucharu Świata, który jest co tydzień, okej, za tydzień byłby kolejny i o tym by się zapomniało. Bardzo dobrze ocenił to trener Stefan Horngacher, który powiedział, że trenuje się bardzo dużo, wkłada się w to mnóstwo pieniędzy i potem wszystko „bierze w łeb”, bo przegrywa się z przyrodą.

Paradoks tego konkursu polegał na tym, że ci, którzy skoczyli dobry pierwszy skok, byli straceni w drugiej serii. Raczej można było przewidzieć, że Filip Sakala czy Ziga Jelar, miejsc w czołówce nie utrzymają, ale Ryoyu Kobayashi i Karl Geiger skoczyli świetne pierwsze skoki i to nie była niespodzianka, było wiadomo, że stać ich na takie skoki w drugiej serii i na walkę o medale. Dawid Kubacki pierwszy skok spóźnił [93 metry – przyp.red.], ale to właśnie go uratowało. W finale jechał w grupie początkowej, kiedy jeszcze nie sypał śnieg, i skoczył dużo lepiej [104,5 metra – przyp.red.], to pozwoliło mu awansować. Jak widzieliśmy, później prędkości zaczęły spadać, zawodnicy ledwo dojeżdżali do progu, bo śnieg był coraz mokrzejszy, cięższy, wchodził w tory… Skoro Dawid miał prędkość 89,7 km/h, a Ryoyu 86,7 km/s z tej samej belki, to na skoczni normalnej to jest przepaść. Nie łudźmy się, czy tam by siedział Małysz, czy Stoch, nikt by tego nie skoczył. Nie dziwię się Niemcom, Norwegom czy Japończykom, mogą mieć pretensje. Ryoyu Kobayashi ponoć w szatni nawet się rozpłakał i nie dziwię mu się, bo medalu pozbawiły go anomalia pogodowe.

Rozmawiałem też z Borkiem Sedlakiem o pierwszym skoku Kamila Stocha, który jak się okazuje, miał złe warunki, ale mieszczące się w tak zwanym „korytarzu powietrznym”, więc Czech musiał zapalić mu zielone światło. Dopiero później korytarz zaświecił się na czerwono [najgorszy wiatr w pierwszej serii, 1,30 m/s w plecy – przyp.red.], ale Kamil już odepchnął się od belki, więc nie było opcji żeby go zawrócić. Nie można mieć pretensji do jury, bo czy by to był Słoweniec, czy Austriak, czy ktokolwiek inny, każdy dostałby zezwolenie na start. W drugiej serii natomiast, problemem był nie wiatr a śnieg i nie było szans, żeby ci co prowadzili mogli skoczyć w normalnych warunkach.

 

Wiadomo, że konkurs zakończył się na naszą korzyść, jednak można się zastanawiać, czy jury dobrze zarządzało czyszczeniem torów najazdowych i ogólnie cały przebiegiem rywalizacji?

Nawet sam Walter Hofer powiedział, że jak zrobiło się pierwszą serię, trzeba zrobić drugą. Gdyby to się zakończyło po pierwszej serii, Polacy by chyba zjedli FIS. W drugiej serii maszyny wydmuchujące śnieg z torów nic nie dawały, bo one są przydatne w sytuacji, kiedy sypie lekki puszek i wtedy jest on wydmuchiwany. Jeżeli śnieg jest mokry i ciężki, on w te tory wchodzi, przykleja się, więc dmuchawy nic nie dawały. Jedynym ratunkiem byłyby miotły, jednak one musiałyby być w użyciu cały czas, albo przedskoczkowie, którzy jednak musieliby jeździć właściwie co chwilę. Może trzeba było wstrzymać serię, przeczekać 15 minut, żeby te opad ustał. Co ciekawe przestało padać… podczas dekoracji. Po zawodach, jest się mądrzejszym. W czasie zawodów ważny jest też czas antenowy, na radiu jury ma też komunikaty od telewizji realizującej transmisję, która narzuca też jakiś rytm, ważne są reklamy, sponsorzy…

 

Wspomniałeś wcześniej trenera Stefana Horngachera, który ponoć po pierwszej serii był mocno zdenerwowany. Czy do tej pory były to dla niego najtrudniejsze chwile z reprezentacją Polski?

Myślę, że tak. Wiemy co było w Innsbrucku – indywidualnie i w drużynie medalu nie było. W Seefeld była ostatnia szansa. Jadąc na Mistrzostwa Świata z drugim, czwartym i piątym zawodnikiem Pucharu Świata, drużyną broniącą tytułu mistrzów świata, było wiadomo, że oczekiwania są duże. W Innsbrucku dwa razy dostaliśmy trochę „baty” i to nie przez warunki, bo to my skakaliśmy gorzej, mentalnie też coś nie zagrało. Wiedzieliśmy, że Seefeld będzie ważne. Wtedy trener zobaczył, że pierwsza seria totalnie nie idzie po naszej myśli, to było bardzo trudne. Po całym konkursie sam Horngacher, nawet jak zobaczył wyniki, nie wierzył w to co widział, bo to było nierealne. W zawodach najwyższej rangi, awansować z 27. miejsca i wygrać, to jest niemożliwe, a jednak się stało. Nie dziwię się, że w tych wszystkich emocjach to do niego nie docierało, ale był to dla niego jeden z najcięższych konkursów.

 

Pewien wpływ na postawę polskich skoczków mogła mieć wciąż wisząca w powietrzu i wyczekiwana decyzja Stefana Horngachera na temat jego trenerskiej przyszłości. Wiadomo, że Austriak dostał konkretną ofertę od Niemieckiego Związku Narciarskiego i sam niejednokrotnie sygnalizował, że bardzo poważnie bierze ją pod uwagę. Dziś prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner, w Polskim Radiu RDC podał kilka nazwisk potencjalnych następców Horngachera. W tym gronie uwzględnił trenera Norwegów Alexandra Stoeckla, odchodzącego trenera Niemców Wernera Schustera, trenera Niemek Andreasa Bauera i trenera Szwajcarów Ronny’ego Hornschuha. Na ile poważnie można traktować te nazwiska?

Trudno mi o tym mówić, bo nie jestem w strukturach PZN i nie odpowiadam za wybór trenera. Sam prezes Tajner, który był z nami w studiu Telewizji Polskiej, mówił, że za to odpowiada Adam Małysz i on ma najwięcej w tej kwestii do powiedzenia. Nie chcę więc wchodzić w jego kompetencję. Na pewno sytuacja nie jest łatwa, bo cały czas czekamy, jest niepewność. Myślę, że dla zawodników nie ma to już większego znaczenia, bo oni są na tyle blisko z trenerem, że oni pewnie już wiedzą, tylko mają taką umowę, że na ten temat nie mówią. Oni muszą się skupić na skokach i swoich zadaniach, a nie na tym, kto będzie ich trenował za trzy miesiące. W grupie to wszystko jest już pozałatwiane. Trwają jednak dziennikarskie spekulacje. Jeżeli Horngacher odejdzie, jakiś problem na pewno będzie, bo trzeba szukać trenera  skompletować cały sztab szkoleniowy. Nie jest to łatwa sytuacja, bo wiemy, że nasza kadra jest bardzo doświadczona, to nie są młodzi zawodnicy, z którymi można eksperymentować. Musi być jakaś ciągłość wizji, trzeba zastąpić Horngachera kimś równie dobrym, albo przynajmniej próbować znaleźć taką osobę, dobrać mu sztab. Wiadomo, że to, co niektórzy piszą to jest w pewnym sensie prawda. Hornschuh to jest jakaś myśl, polska myśl szkoleniowa też jest brana pod uwagę. Robi się karuzela nazwisk i spekulacji.

 

Nazwisk jest więcej, skoro mowa o ciągłości – chyba można brać pod uwagę Czecha Michala Doležala, który pełni funkcję trenera technicznego w kadrze A, czy też Grzegorza Sobczyka, który jako asystent od samego początku współpracuje ze Stefanem Horgacherem. Mówi się też, że całkiem wysoko stoją akcje trenera kadry B, Macieja Maciusiaka, który niegdyś udanie współpracował choćby z Dawidem Kubackim, Maciejem Kotem, czy Jakubem Wolnym.

Mogę powiedzieć, że wszystkie te nazwiska są realne i brane pod uwagę. Negocjacje są jednak w bardzo wąskim gronie.

 

W jednej z ankiet przeprowadzonych wśród kibiców przez portal WP SportoweFakty okazało się, że najbardziej oczekiwanym następcą Stefana Horngachera w roli trenera polskich skoczków byłby sam Adam Małysz.

Kibice mogą sobie gdybać, ale nie, nie. Na miejscu Adama sam bym nie poszedł, bo to jest branie na siebie ogromnej odpowiedzialności. On jest cenionym sportowcem, a gdyby teraz został trenerem i nie daj Boże, coś by nie wyszło, od razu by go ludzie zjedli. Wiemy jak jest w Polsce, raz jesteś noszony na rękach, a za chwilę coś się zmienia i już jesteś wyzywany od najgorszych. Adam ma tego świadomość i chyba sam nie czuje takiej trenerskiej „żyłki”. Jest dyrektorem, koordynuje wszystko i przy tym pozostanie.

 

Rozmyślając nad nowym szkoleniowcem polskiej kadry warto chyba też zastanowić się nad tym, z kim tak doświadczeni zawodnicy jak Kamil Stoch czy Piotr Żyła, będą chcieli rozpoczynać współpracę i w zaawansowanym, jak na skoczków narciarskich wieku, na nowo budować relację i nić porozumienia z całkiem nowym trenerem.

Domyślam się, że nie, dlatego jak mówiliśmy, musi być jakaś kontynuacja. To są, brzydko mówiąc, za starzy zawodnicy, żeby z nimi coś ryzykować, eksperymentować. Jest działający system, myśl która przynosi efekty i nie czas, aby to teraz zmieniać. Myśląc logicznie, będzie szukana kontynuacja.

 

Pojawiły się również informacje, że nowego zagranicznego trenera mogą mieć też polskie skoczkinie. Możesz to potwierdzić?

Pytałem o to prezesa Tajnera, jednak na razie wszystko jest na etapie wstępnych rozmów. Jest pewien pomysł, ale musimy poczekać na to, aż będzie to oficjalnie „klepnięte”. Na tę chwilę mamy zdolne dziewczyny, dwóch trenerów, Marcina Bachledę i Sławomira Hankusa… i jednego busa na dwa ośrodki, w Beskidach i Tatrach. Nie mają serwismena, fizjoterapeuty, osoby od kombinezonów. Jeżeli chcemy, żeby dziewczyny rywalizowały w Pucharze Świata, to tak jak u mężczyzn, muszą mieć dobry kombinezon, dobre narty i zaplecze osób, gdzie jest nie tylko trener i asystent, ale dodatkowo dwie, trzy osoby, które pomogą choćby ze sprzętem, z zamawianiem materiału, przeszywaniem kombinezonów, smarowaniem nart. Druga sprawa to szukanie zaplecza dla tych dziewczyn, bo mamy Kamilę Karpiel, Kingę Rajdę, Anię Twardosz, Asia Kil z tego co wiem jest trochę podłamana, bo ostatnio nie za bardzo jej idzie… Tu jest problem, bo za bardzo nie mamy w kim wybierać. Trzeba solidnie zacząć dbać o młode zawodniczki, te w wieku 11-13 lat, w których jest potencjał, dać im sprzęt, wyjazdy. Nie chciało się zainwestować wcześniej, to teraz musimy gonić czołówkę. Trzeba najpierw zainwestować, a później zbierać tego efekty, a u nas jest trochę na odwrót, teraz się dziewczyny pokazały, to mówi się, że „może damy pieniądze na rozwój”.

 

Wracając na chwilę do rywalizacji mężczyzn w Pucharze Świata – czy po obejrzeniu konkursu mężczyzn w Seefeld, można powiedzieć, że istnieje cień szansy, żeby dogonić Ryoyu Kobayashiego?

Teraz już zawsze będę odpowiadał, że konkurs na normalnej skoczni w Seefeld pokazał, że wszystko jest możliwe (śmiech). Odbierzemy teraz szansę Kamilowi? Wydaje mi się jednak, że Kobayashi skacze cały czas świetnie, i mimo że nie jest to ten sam zawodnik co na początku sezonu, ma gorsze dni, gorsze skoki, to w czołówce będzie się kręcił i Kamil go nie dogoni. Nie łudźmy się, Japończyk wygrał już 11 konkursów w wielkim stylu i zasłużył na to, żeby w Planicy wznieść w górę Kryształową Kulę.

 

rozmawiał Bartosz Leja

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram