Lillehammer stało się nasze! Dwa zwycięstwa Stocha

Kamil Stoch (fot. Przemek Wardęga)

Kamil Stoch (fot. Przemek Wardęga)

Były czasy, gdy olimpijska skocznia Lysgardsbakken (K-123 / HS-140) nie sprzyjała naszym zawodnikom. Zmieniło się to w 2006 roku, kiedy obiekt został odczarowany. W ostatnich kilku sezonach w Lillehammer bezkonkurencyjny jest Stoch, który dwa razy wygrał w mistrzowskim stylu.

Drugim przystankiem turnieju Raw Air jest skocznia olimpijska w Lillehammer. Okoliczności sprawiły, że w nie jeden jak zakładano, lecz dwa konkursy indywidualne zostaną rozegrane na olimpijskim obiekcie Lysgardsbakken. Czy to dla polskich skoczków dobra wiadomość? Zobaczymy, lecz w ostatnich latach nasza kadra spisywała się tutaj bardzo dobrze.

Skocznie w Lillehammer (fot. Martyna Ostrowska)
Skocznie w Lillehammer (fot. Martyna Ostrowska)

Zimne Lillehammer

Zanim przyznano Lillehammer organizację zimowych igrzysk olimpijskich, konkursy Pucharu Świata odbywały się tam sporadycznie. W zasadzie pomijając próbę przedolimpijską, tylko raz,  bo konkurs zorganizowano tam jedynie w sezonie 1983/1984. Wówczas były to czasy inne niż te współczesne. Zawodnicy skakali stylem klasycznym, kompleks skoczni różnił się od tego obecnego, a Europa była podzielona na tą wschodnią i zachodnią. 

Gdy zapłonął znicz olimpijski, a konkursy olimpijskie przeszły do historii, w strukturach polskich skoków zapewne nie spoglądano optymistycznie w przyszłość. Po nieudanym czempionacie, gdzie jedynym naszym reprezentantem był Wojciech Skupień (31. i 29. miejsce), a drużyna nie istniała, trudno było mówić o jakichkolwiek polskich sukcesach. Musiało minąć kilka sezonów, aby nasza reprezentacja zaczęła się jakkolwiek liczyć w świecie skoków. Skocznia olimpijska w kolejnych latach systematycznie trafiała do kalendarza Pucharu Świata, lecz niemoc naszych skoczków była tam nadal widoczna. Pojedyncze zwyżki formy miewał Adam Małysz, lecz rezultaty które plasowały go w drugiej dziesiątce zawodów, nie mogły wzbudzać wiele ekscytacji.

Adam Małysz (fot. Julia Piątkowska)
Adam Małysz (fot. Julia Piątkowska)

Lepszy czas

W momencie wybuchu formy u Małysza, Lillehammer na kilka sezonów wypadło z karuzeli Pucharu Świata. Jak się okazało szkoda, ponieważ wyprzedzając fakty, wiślanin tam nigdy nie wygrał, a najwyższą pozycją jaką uzyskał było trzykrotnie trzecie miejsce. Po raz pierwszy na podium „Orzeł z Wisły” zameldował się w 2006 roku, czyli sezonie renesansu jego mistrzowskiej formy. Uległ tylko dwóm młodym, odważnie pukającym zawodnikom do czołówki Pucharu Świata – Thomasowi Morgensternowi i Andersowi Jacobsenowi.  Trzy lata musiały minąć, aby nasz mistrz znów zameldował się w gronie najlepszych zawodników na skoczni Lysgardsbakken. Po raz kolejny skakał dobrze, lecz byli lepsi, ponownie Morgenstern i Gregor Schlierenzauer. Kolejne zawody w Lillehammer zaplanowano jeszcze w tym samym sezonie. W marcu 2010 roku w gronie faworytów był Małysz, który potwierdził wysoką dyspozycję podczas igrzysk w Vancouver. Na podium konkursu w Norwegii stanęło trzech tych samych zawodników, co na czempionacie w Kanadzie, lecz w innej kolejności. Wygrał będący wówczas w świetnej formie Simon Ammann, drugie miejsce zajął Schlierenzauer, zamieniając się miejscem z Małyszem w stosunku do konkursów olimpijskich.

Co dalej?

W polskich skokach zastanawiano się czy Kamil Stoch pociągnie wózek, który przez lata pchał Małysz. Udało się! Symboliczne przekazanie pałeczki przyniosło natychmiastowe efekty. Już w grudniu 2011 roku, gdy na skoczni normalnej zorganizowano zawody, na podium wskoczył Stoch – był trzeci. Zatem wydawało się, że zmiana pokoleniowa nastąpiła dużo szybciej niż przypuszczano. Niestety skoczek z Zębu i spółka nie poszli za ciosem. Dość długa niemoc na skoczni w Lillehammer była widoczna, a z pewnością stwierdzenie „nie idzie nam tutaj” nie było wypowiadane specjalnie na wyrost. Zawsze czegoś brakowało, nawet podczas inauguracji, gdy taka miała miejsce, niestety nie było dobrze.

Dawid Kubacki, w tle Kamil Stoch (fot. Julia Piątkowska)
Dawid Kubacki, Kamil Stoch (fot. Julia Piątkowska)

Wszystko się wywróciło, gdy naszą kadrę przejął Stefan Horngacher. Na zwycięską drogę powrócił Stoch, wygrywając po długiej przerwie, a Maciej Kot zaczął skakać tak jak latem, czyli wyśmienicie. Efekty pracy austriackiego szkoleniowca było widać już na początku sezonu 2016/2017, gdy skocznia w Lillehammer została odczarowana i to „do kwadratu”. Wygrał Stoch, przed Kotem. Rozstrzygnięcie może nieco sensacyjne, lecz tamten konkurs jest w dalszym ciągu jednym z lepszych jeżeli chodzi o dorobek punktowy naszych reprezentantów w poszczególnych konkursach Pucharu Świata. Dodajmy, że w czołówce znaleźli się jeszcze Dawid Kubacki (12.), Stefan Hula (19.) i Aleksander Zniszczoł (22.). Był to z pewnością dobry znak, a polscy kibice po takim sukcesie, mogli ostrzyć zęby na kolejne konkursy.

Szczęście nas nie opuściło. W kolejnych rozgrywanych tam konkursach, podczas turnieju Raw Air, byliśmy w czołówce, znów z dubletem. Najlepszy ponownie okazał się Stoch, a tuż za jego plecami uplasował się Kubacki. Z całą pewnością były to zawody z gatunku wspaniałych, nie tylko za sprawą osiągniętego wyniku, ale deklasacji świeżo upieczonego trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Skoczek z Zębu znokautował, wyprzedzając drugiego „Mustafa” o 27,7 punktu. Deklasacja naszego mistrza była na tamten czas niepodważalna.

Maciej Kot fot. Agnieszka Sierotnik
Maciej Kot fot. Agnieszka Sierotnik

W ubiegłym sezonie, gdy norweskie Lillehammer znów znalazło się w cyklu Raw Air, liczyliśmy na powtórkę z sezonów ubiegłych. Tak się nie stało, a najwyżej sklasyfikowanym z Biało-Czerwonych był po raz kolejny Stoch, zajął czwarte miejsce. W dziesiątce znalazł się jeszcze Kubacki (9.), lecz całościowa zniżka dyspozycji w stosunku do poprzednich startów była widoczna. W drugiej serii zameldował się jeszcze Wolny (21.) oraz Hula (24.). 

W tym sezonie olimpijska skocznia Lysgardsbakken jest po raz kolejny przeprawą w maratonie Raw Air. Liczymy na podobny przebieg rywalizacji, jak w 2016 i 2018 roku. Trzymajmy kciuki, aby tak się stało, a będzie to dowodem, że Lillehammer to jest w sumie OK!

 

                                                                                                                                  Michał Pasek, informacja własna

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram