Ammann Simon fot.Kata.Deak

Simon Ammann, fot. Kata Deak

Gdy Simon Ammann objawił się światu na igrzyskach w Salt Lake City, miał niespełna 22 lata. W tym samym czasie, na świecie rekordy popularności biła książkowa i filmowa postać Harry’ego Pottera. Wygląd Szwajcara był wówczas łudząco podobny, stąd bardzo szybko pojawiło się nowe przezwisko wymyślone dla skoczka. Dziś w 39. urodziny czterokrotnego mistrza olimpijskiego, coś niewątpliwie pozostało z tamtego chłopca, jednak trudno o nim mówić już w taki sposób – teraz to jeden z weteranów dyscypliny i dojrzały mężczyzna.

 

Simon Ammann (fot. Julia Piątkowska)
Simon Ammann (fot. Julia Piątkowska)

Jak długa jest kariera Szwajcara, tak samo bogata w osiągnięcia sportowe. Te zaczął zdobywać szybko, a pierwszym poważnym sezonem, był ten olimpijski z 2002 roku. Tam, zdaniem wielu – coś poszło nie tak. Medal zdobył młody, utalentowany zawodnik, lecz to nie w nim upatrywano faworyta do złota. To z pewnością nie on był wymieniany w pierwszym szeregu do zdobycia medalu. Jak wszyscy pamiętamy, stało się inaczej, a historia napisała się na naszych oczach. I to nie jeden raz, bo kilka dni później Ammann dorzucił drugie złoto, czarując obiekty w Park City.

Czarodziejem był dobrym, ba znakomitym. Czarował jeszcze przez wiele lat swojej kariery, przyciągając konkurencję do zeskoku, a sam unosząc się w powietrzu, lądował gdzieś za rozmiarem skoczni. Jego dar zauważono szybko, więc niezwłocznie nadano mu określenie – Harry Potter.

Kiedy „Simi” zdobywał medale w 2002 roku, w Polsce już spora część osób była po obejrzeniu pierwszej części filmu, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Wówczas wygląd świeżo upieczonego podwójnego złotego medalisty, do złudzenia przypominał wizerunek bohatera z kultowej już produkcji fantasy. Taka łatka utrzymywała się przy Ammannie przez kilka kolejnych lat, aż do… No właśnie?

 

Część I

Simon Ammann (fot. Julia Piątkowska)
Simon Ammann (fot. Julia Piątkowska)

Kolejna wielka forma „czarodzieja” objawiła się w 2007 roku. Wówczas Ammann może nie błyszczał najjaśniej, ale powoli szykował zaklęcia na kolejne igrzyska, które miały mieć miejsce w 2010 roku (również w Ameryce Północnej). Jak się wówczas skończyło wszyscy pamiętamy. Szwajcar nie miał sobie równych, a nawet drugi bardziej doświadczony czarodziej, jakim był Adam Małysz, nie znalazł sposobu na powstrzymanie młodego mistrza.

Oddzieliłbym jednak te dwie imprezy grubą kreską. Od pierwszego zdobytego złota, do tego trzeciego i czwartego, minęło osiem lat. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że Ammann w 2010 roku, był tym samym wesołym, beztroskim skoczkiem, co przed laty. Widać było, że jest skoczkiem doświadczonym, a zdobyte medale już nie były młodzieńczym wyskokiem, lecz zostały oparte na ciężkiej i konsekwentnej pracy. Każdy już się z nim liczył, i powoli znikała łatka szczęśliwego chłopca.

 

Część II

Upadek Simona Ammanna (fot. Julia Piątkowska)
Upadek Simona Ammanna (fot. Julia Piątkowska)

Stopniowy regres formy nastąpił wraz z wiekiem i upadkami. Jeden z nich pamiętamy szczególnie, ponieważ impet przy uderzeniu twarzą w zeskok był ogromny, a huk wydaje się być słyszalny aż do dziś. Każdy kto ma przed oczami ten widok, z pewnością chciał go bardzo szybko wymazać z pamięci. Wtedy również chyba sami zrozumieliśmy, że tak właściwie to Ammann nie potrafi czarować, a wcześniejsze wygrane okazały się w pełni sprawiedliwe.

Utalentowany Szwajcar wielokrotnie zastanawiał się nad końcem kariery. Nieciekawie było już rok po wywalczeniu pierwszych tytułów olimpijskich. Wtedy Ammann nie przypominał złotego chłopca z konkurów rozegranych Za Oceanem. Jak wspomniałem wcześniej, ten marazm trwał (z przerwą na sezon 2003/2004), aż do 2007 roku.

Kolejna obniżka formy miała miejsce w sezonie 2016/2017, lecz wtedy (co zrozumiałe) na horyzoncie widniały kolejne igrzyska, tym razem w Korei Południowej. To co trzyma Ammanna przy skokach to właśnie igrzyska. Pewnie dobrze kalkulował, że złota olimpijskie zdobywał co 8 lat, więc w PyeongChang zgodnie z prawem serii, znowu powinno się udać. Tak się nie stało, ale reprezentant Kraju Helwetów był wciąż głodny skakania.

 

Część III

Simon Ammann (fot. Julia Piątkowska)
Simon Ammann (fot. Julia Piątkowska)

Tak jest do dziś. Ammann skacze i ma się dobrze. Chociaż ostatni sezon… to sportowa katastrofa. Tak słabo jeszcze nigdy nie było. Zgromadzone 81 oczek jest wynikiem poniżej oczekiwań i nic dziwnego, że w głowie Szwajcara zaświeciła się kolejna lampka zwiastująca koniec kariery. Wiele wskazywało na to, że będzie to ostatni sezon Ammanna, a pożegnanie nastąpi podczas mistrzostw świata w lotach.

Teraz musiałbym podważyć tezę, może „Simi” jest czarodziejem? Może tak miało być? Może sezon miał być przedwcześnie zakończony, aby dać szansę samemu sobie, raz jeszcze?

Niedawno pojawiła się decyzja samego zainteresowanego, jakoby miał startować do kolejnych igrzysk w Pekinie w 2022 roku. Wtedy Ammann będzie miał… 41 lat. W takim wieku pozostać (mimo najszczerszych chęci) młodym duchem, może być już bardzo ciężko. Życzę temu uśmiechniętemu skoczkowi jak najlepiej. Zresztą nie tylko ja! Cała redakcja SkokiPolska dokłada się do urodzinowych życzeń – Alles Gute zum Geburtstag!

 

Michał Pasek,
informacja własna

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram