Beton, nie tylko na placu budowy. O trenerach i ich zaufaniu [FELIETON]

Stefan Horngacher (fot. Bartosz Leja)

Stefan Horngacher (fot. Bartosz Leja)

Przez ostatnie sezony niektóre decyzje trenerów zaskakiwały. Niektórzy się bronili poprzez osiągane wyniki przez swoich podopiecznych – inni zupełnie odwrotnie. Kto wyszedł zwycięsko i kogo możemy nazwać „trenerskim betonem?”

 

Goran Janus, fot. Bartosz Leja

Wybory podejmowane przez trenerów odnośnie powoływania zawodników na poszczególne zawody, są zazwyczaj zrozumiałe i nie budzą większych wątpliwości. Szczególnie w takiej dyscyplinie jak skoki narciarskie, w której umówmy się, nie ma zbyt wiele reprezentacji posiadających zawodników znajdujących się na najwyższym światowym poziomie. W historii zdarzały się jednak przypadki, kiedy było inaczej, a decyzje trenerów były dość głośno i szeroko komentowane. Dzięki tym sytuacjom zwykło się mówić o trenerach „betony”, a niechlubne nazewnictwo szybko zostało przyjęte przez fanów do kibicowskiego żargonu. O „betonach” mówimy zazwyczaj wtedy, gdy głowa drużyny raczej konsekwentnie trzyma się pierwotnego składu, niechętnie korzystając ze zmienników, np. wyróżniających się skoczków w Pucharze Kontynentalnym. Sprawdzamy, którzy szkoleniowcy w ostatnich latach „zabetonowali” swoje ekipy i zaskakiwali swoimi decyzjami!

 

Twarda wizja w Słowenii

Odkąd pieczę nad drużyną Słowenii przejął Gorazd Bertoncelj, dużo się zmieniło, a pierwszą podstawową zmianą była rotacja w zespole. W zakończonym przedwcześnie sezonie 2019/2020 w drużynie Bertoncelja wystąpiło dziesięciu Słoweńców (bez startu grupy krajowej). Jest to wynik, który raczej nie zaskakuje. Jednak w pierwszym sezonie pracy, 44-latek postanowił sprawdzić znacznie więcej zawodników, bo aż szesnastu! Było to coś nowego zważywszy na fakt, iż jego poprzednik Goran Janus, raczej niechętnie dawał szansę nowym, konsekwentnie stawiając na sprawdzoną w boju grupę skoczków. Być może statystyki tego do końca nie odzwierciedlą, ponieważ jak można szybko przeliczyć w ekipie powoływanej na Puchar Świata u Janusa też się pojawiały nowe twarze, jednak jego decyzje nie zawsze były zrozumiane i budziły zaskoczenie.

Jaka Hvala (jeden z przegranych sezonu 2016/2017), fot. Julia Piątkowska
Jaka Hvala (jeden z przegranych sezonu 2016/2017), fot. Julia Piątkowska

Trenerzy często mają swoich ulubieńców, którzy mogą być niemal pewni nominacji. Szkoleniowcy często wyciągają do nich, również w niedoli, pomocną dłoń. Gołym okiem widać, że bardzo dobrze układała się współpraca na linii Jurij Tepes – Goran Janus. Co prawda syn srebrnego medalisty olimpijskiego z Sarajewa często bronił się wynikami, jednak gołym okiem widać jego obniżkę formy wraz z odejściem Janusa. Przypadek?

Analizując sezon 2016/2017, ówczesny trener Słoweńców, Goran Janus na pierwsze starty w sezonie, powołał następujących zawodników: Nejc Dezman, Jaka Hvala, Anze Lanisek, Domen Prevc, Peter Prevc, Jurij Tepes. Zarówno Lanisek, jak i Dezman skakali do rozpoczęcia niemieckiej części Turnieju Czterech Skoczni z efektem, krótko mówiąc poniżej oczekiwań. Hvala został zmieniony jeszcze wcześniej, bo przed zawodami w szwajcarskim Engelbergu, po kompromitującej serii nieudanych kwalifikacji, w której aż czterokrotnie nie awansował do konkursu głównego. Jak nie trudno się domyślić, trójka młodych, nadal perspektywicznych zawodników, zgromadziła w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata okrągłe zero punktów. Czy koniecznie aż tak długo trener Słoweńców musiał czekać z reakcją na obniżkę formy swoich skoczków? Podczas samego turnieju, nowo wprowadzeni zawodnicy w składzie: Cene Prevc, Jernej Damjan, Anze Semenic, zgromadzili 53 punkty do klasyfikacji generalnej, dodając świeżości drużynie.

 

Japończyków rozumiemy, decyzji nie

Ryoyu Kobayashi (triumfator sezonu 2018/2019), fot. Julia Piątkowska
Ryoyu Kobayashi (triumfator sezonu 2018/2019), fot. Julia Piątkowska

Zanim zespół Japończyków przejął Hideharu Miyahira (niegdyś bardzo dobry skoczek), „ojcem” drużyny i głównym odpowiedzialnym za osiągane wyniki był Tomoharu Yokokawa. Japończyk był trenerem pierwszej drużyny swojego kraju przez osiem lat. Na tyle długo, aby można było wyrazić dość obiektywną ocenę jego pracy. To co różni japońskich skoczków od tych europejskich, to z pewnością odległość od narciarskich aren. To bardzo istotna kwestia, często kluczowa w doborze odpowiednich zawodników na tournee po Europie. Opinię co do oceny pracy Japończyka mogą być różne – jedni stwierdzą, że był trenerskim „betonem”, drudzy zupełnie inaczej. Odległość od kraju z pewnością nie pomaga japońskim trenerom w częstej rotacji zespołem. W przypadku wspomnianego wcześniej Yokokawy, jeden przypadek jego decyzji jest do dziś dość szeroko komentowany.

Zapewne niewielu obserwatorów mogło zakładać, że po zakończeniu sezonu 2016/2017 głównym aktorem na skoczniach Pucharu Świata już dwa lata później będzie Ryoyu Kobayashi. To co zrobił Japończyk wszyscy dobrze pamiętamy – znokautował rywali, stając się bardzo jasną gwiazdą sezonu poolimpijskiego. Jednak co było dwa sezony wcześniej? Klapa i okrągłe zero punktów na koncie wesołego Samuraja. W tamtym sezonie trener Yokokawa konsekwentnie stawiał na młodego skoczka dając mu szansę, a ten zawodził na całej linii. To z pewnością jeden z wyjątków, aby w czołowej ekipie Pucharu Świata, skoczek nie zgromadził choćby punktu przez cały sezon startu. Decyzję trenera można usprawiedliwiać. W poprzednim sezonie (2015/2016) młodszy z braci Kobayashi wszedł mocno w sezon, zdobywając medale mistrzostw świata juniorów oraz zajmując na „dzień dobry”, siódme miejsce w zawodach Pucharu Świata na zakopiańskiej Wielkiej Krokwi. Później było nieco słabiej, ale skoczek wykorzystał jeszcze swoją szansę, punktując przed własną publicznością w Sapporo. Dlaczego zatem rok później zanotował klapę? To niewiadoma, a sam zawodnik swoimi rezultatami nie dawał trenerowi wyboru, stawiając go w roli „betona sezonu”.

 

Możemy być przykładem

Stefan Horngacher (obronił się podjętymi decyzjami w sezonie 2016/2017), fot. Julia Piątkowska
Stefan Horngacher (obronił się podjętymi decyzjami w sezonie 2016/2017), fot. Julia Piątkowska

Jeżeli o „betonach” mowa, nie możemy wspomnieć o Polsce. Za kadencji Stefana Horngachera przyjęło się, że o sile naszej kadry stanowiło kilku zawodników. Najbardziej to było widoczne w pierwszym sezonie pracy Austriaka w naszym kraju. Pomijając występy grupy krajowej, w sezonie wystąpiło zaledwie ośmiu zawodników! Jest to liczba nie do pomyślenia, zważywszy na fakt, że zdobyliśmy w tym sezonie historyczny Puchar Narodów. To był niewątpliwie beton, a może nawet żelazo, gdyż zwykło się mówić o „żelaznym składzie trenera Horngachera”…

Trudno w sytuacji, w której zostaliśmy najskuteczniejszą reprezentacją, doszukiwać się negatywów. Takie jednak były. W kolejnych sezonach nieznacznie sytuacja uległa poprawie, jednak do dnia dzisiejszego w naszym zespole nie pojawia się wiele nazwisk, a trenerzy od lat bazują na coraz starszej grupie zawodników. Można zakładać, że polskie skoki narciarskie po prostu nie dysponują takim zapleczem, jak reszta zespołów z czołowej szóstki. Gdyby w przeciągu całego sezonu pojawiło się choć kilku zdolnych juniorów, sytuacja byłaby odmienna. Wracając do Austriaka… śmiało możemy umieścić Horngachera, w gronie „betonów” tamtego sezonu. Jednak on jako jedyny obronił się z podjętych decyzji i jest niewątpliwym wygranym! Odkąd znakomity trener objął drużynę naszych zachodnich sąsiadów, w jej szeregach w ubiegłym sezonie wystąpiło już aż czternastu zawodników, w tym tylko trzech w „krajówce”.

 

Michał Pasek,
informacja własna

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram