Anioły pomocne i niepomocne, czyli radość i smutek w Diabelskiej Górze (felieton)

Engelberg. Gross-Titlis-Schanze, fot. weltcup-engelberg.chTak to już jest – żeby wygrywać ktoś mógł, przegrywać musi ktoś. Nieodłączne to prawo sportowego rynku, które obecnie tak boleśnie dotyka właśnie nas. Pamiętacie, jak dwa lata temu to my łoiliśmy ich jak chcieliśmy, a oni z ukłuciem żalu patrzyli w nasze uśmiechnięte oczy? Tym razem role się odwróciły – anioły Engelbergu wyprowadziły się do innych krajów. 

 
Łukasz Kruczek, fot. Stefan Piwowar
Łukasz Kruczek, fot. Stefan Piwowar

Engelberg. Góra Anielska, miejscowość, z którą niektórzy wiązali wielkie nadzieje. Góra, która miała przynieść polskim skoczkom oraz kibicom ulgę i radość. Niektórzy twierdzili nawet, że o formie podopiecznych Kruczka i Maciusiaka będą się wypowiadać właśnie dopiero po Engelbergu. A teraz, przed samym Świętami, trudno powiedzieć cokolwiek. Góra, w której dwa lata temu Kamil Stoch z Janem Ziobrą sprawili nam piękny prezent, w tym roku okazała się Górą Diabelską i postanowiła nie wyciągać nas z piekła kibica, w którym tkwimy od kilku tygodni.

A wtedy było tak wyjątkowo. Człowiek czuł, że żyje, oglądał skoki z dreszczykiem emocji, ekscytując się każdą próbą, a nie z rezygnacją i bardziej z przyzwyczajenia. Bez kołaczących w głowie pytań: „Co jest nie tak?”, „Co się dzieje?” było znacznie lżej na sercu. Błoga cisza. I chociaż Łukasz Kruczek w ostatnim wywiadzie powiedział, że za bardzo żyjemy historią, to ja jednak sobie nią jeszcze pożyję. Piękna w końcu jest, a kto kibicowi zabroni? Nawet kibicowi-w-tym-momencie-publicyście. Pamiętajcie, on chociaż pisze, to dalej jest kibicem. Mimo wszystko. Takim samym jak Wy.

 

Big Brothers Show

Domen Prevc, fot. Julia Piątkowska
Domen Prevc, fot. Julia Piątkowska

Są jednak tacy, którzy wyjechali z Engelbergu szczęśliwi. Tak jak dwa lata temu rządził w nim Kamil Stoch, zdobywając wówczas 180 punktów do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i żółtą koszulkę lidera przed TCS, tak teraz niepodzielne triumfy świętował Peter Prevc. Nawet bratu nie pozwolił się wyprzedzić, bo jak przyznał, siedzi za nim w samochodzie, bo jest młodszy, i za nim jest także na podium, z tego samego powodu. I tak zresztą 16-letni Domen, choćby wygrał, nie zostałby najmłodszym triumfatorem pucharowych zawodów w histroii. Tę oliwną gałąź dalej dzierży Kanadyjczyk Steve Collins, który 35 lat temu został królem Lahti. Miał wtedy na liczniku 15 wiosen, 11 miesięcy i 27 dni. Może to i dobrze, że Domen teraz nie stanął na szczycie podium? Zaczyna przecież równie spektakularnie jak niegdyś Gregor Schlierenzauer, dziś swój własny cień sprzed lat. 16-letni Słoweniec stanął na podium w swoim czwartym indywidualnym starcie w Pucharze Świata. I to obok kogo, własnego brata, z którym przegrać nie wstyd, zwłaszcza teraz, gdy ten jest w formie przypominającej najlepsze czasy Adama Małysza. Jeszcze przyjdzie jego (ich?) czas, jeszcze słoweńscy kibice (albo kibice skoków w ogóle) będą mieli z niego pociechę. Iluż było przecież młodziaków, którzy wyskoczyli jak diabły z pudełka w glorii chwały, a potem zniknęli nie tylko z ramówek telewizyjnych, ale i ulotnej pamięci kibiców…

Peter Prevc, fot. Stefan Piwowar
Peter Prevc, fot. Stefan Piwowar

A co do Petera-coraz-częściej-pierwszego-Prevca, to w ciągu zaledwie 8 dni zaliczył 1/3 swoich obecnych zwycięstw w PŚ. Do 12 grudnia miał ich 6, a 20 grudnia już 9. W klasyfikacji zwycięskich złodziei doścignął Primoza Ulagę, a do kolejnego Słoweńca w tej czarującej tabeli, Primoza Peterki, brakuje mu 6 lokat na szczycie wyjątkowo pożądanego „pudła”. Nawiasem mówiąc, ex aequo z Peterką plasuje się też Kamil Stoch. A Kasai, który w sobotę dzielnie bronił honoru pucharowej „starej gwardii”, ma triumfów na koncie 17. Wziąwszy pod uwagę, że Prevc numer 1 rozpędził się niczym św. Mikołaj przed Bożym Narodzeniem w swoich saniach, Japończyk może czuć się zagrożony. Nic sobie z tego nie robi, ale fakty, jakie są, każdy widzi. 

Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska
Kamil Stoch, fot. Julia Piątkowska

Co do Big Brothera, to wierzcie mi, że ten reality show wątpliwej jakości znalazł się tu nieprzypadkowo, i to nie tylko ze względu na Peter&Domen Show jakości najwyższej. Otóż słuchając przejmujących bądź co bądź słów Kamila Stocha po niedzielnym konkursie, miałam nieodparte wrażenie, że stałam się ich nie do końca proszonym adresatem. Tak jakbym wlazła z buciorami nie tam, gdzie trzeba. A przecież te słowa były kierowane także do mnie. Bodaj po raz pierwszy w tym sezonie szczerze i bez ogródek, po męsku, choć z żalem, którego na twarzy Kamila Stocha nie widzieliśmy dawno, a może nawet nigdy. Na myśl przychodzi mi podobny obrazek z Predazzo 2013, gdy po konkursie na normalnej skoczni niemal ze łzami w oczach Kamil Stoch mówił, że nie wie, co się stało. Tylko że wtedy gdzieś z głębi przemawiała przez niego sportowa złość, a wczoraj… wczoraj tylko przejmująca i bijąca w oczy bezradność. 

Pozostaje jedno pytanie: czy możemy mieć żal? I tak, i nie. Bo zobaczcie, jak to kuriozalnie brzmi. Człowiek, który dokonał, wydawałoby się, niemożliwego i z Soczi wywiózł dwa olimpijskie złota, wprawiając w osłupienie cały sportowy świat, przeprasza nas, że sam sobie nie radzi. I to właściwie nie wiadomo, z czym; chyba bardziej z emocjami niż ze skokami. A z drugiej strony to…

 

Wielu aktorów. Jeden widz. 

Apoloniusz Tajner podczas listopadowej konferencji w Krakowie, fot. Bartosz Leja
Apoloniusz Tajner podczas listopadowej konferencji w Krakowie, fot. Bartosz Leja

Odnoszę dziwne wrażenie, że listopadowa konferencja Polskiego Związku Narciarskiego w Krakowie była swoistym spektaklem wielu aktorów dla jednego widza, czyli dziennikarzy jakże tłumnie zgromadzonych w krakowskim hotelu Park Inn. Złapanie Łukasza Kruczka na wyłączność stanowiło wówczas istne mission imossible, a i niektórych skoczków, na czele z Kamilem Stochem, oblegano, jakby byli ze złota. Prezes PZN, Apoloniusz Tajner, dumnie opowiadał o niekończących się możliwościach Polaków, którzy szturmem zaatakują pierwszą dwudziestkę każdego (a przynajmniej wielu) konkursu Pucharu Świata, a co poniektórzy to zaliczą wejście smoka i będą się bić o Kryształ. Dziennikarze słuchali, jakie myśli rodziły się w ich głowach, nie wiadomo, ujawnili je pewnie tylko w tajnych redakcyjnych rozmowach, szepcząc po kątach i zaczynając od „W zaufaniu powiem Ci (ale tego nie publikuj), że…”. Co więcej, swoimi spostrzeżeniami dzielili się tylko z najbliższymi współpracownikami, aby być pewnym, że choćby ich najmniejszy ułamek nie ujrzy światła dziennego.

Fora internetowe rozgrzewały się do czerwoności, a najbardziej zagorzali kibice (i niektórzy redaktorzy) dosłownie nie mogli spać po nocach, z utęsknieniem wypatrując pierwszych skoków. Miało być tak pięknie. I znów nie jest. I właśnie o to chyba mamy prawo mieć żal. O to, że tak późno Łukasz Kruczek we wspomnianym już wywiadzie mówi o porażce, a Kamil Stoch dopiero teraz ujawnia, wprost i bez owijania w bawełnę, że coś jest nie tak. Oczywiście, że nie jesteśmy ślepi – to, że skrzypce nie grają tak, jak powinny, widzieliśmy od dawna, i to nie tylko na twarzy, ale i w próbach skoczka  z Zębu. I właśnie może dlatego tak nam z tym źle. 

 

Test nie do poprawki

Kiedy na twarzy Kamila Stocha znów zagości uśmiech? (fot. Julia Piątkowska)
Kiedy na twarzy Kamila Stocha znów zagości uśmiech? (fot. Julia Piątkowska)

To dla nas, kibiców, w tym i dziennikarzy, kolejna trudna lekcja. Nie tylko szacunku dla osiągnięć, radości i sukcesów, ale przede wszystkim wyrozumiałości w stosunku do porażek i tych chwil, gdy w grudniu idzie jak po grudzie. Mogę mieć tylko nadzieję, że tego sprawdzianu nie oblejemy. Kamil Stoch to przecież nie heros z Olimpu, ale zwykły człowiek. W tym momencie niektórym wyjątkowo bliski, bo pełen wątpliwości. Pamiętajmy o tym, i to nie tylko ze względu na zbliżające się Święta.

 

***

A ponieważ Święta faktycznie się zbliżają, czas życzyć Wam, Czytelnikom, po pierwsze, chwili wytchnienia od zabieganej codzienności, po drugie, żeby anioły zaplanowały kolejną przeprowadzkę i zabrały nam ten diabelski, sentymentalny nastrój, po trzecie, żeby obraz smutnego Kamila Stocha szybko został wymazany z pamięci, po czwarte, żebyście nigdy nie tracili nadziei. Bo choć podobno jest matką głupich, to jednak zawsze umiera ostatnia.

A po Świętach Turniej Czterech Szarlatanów Skoczni. Co w nim pewne? Nic. I tego się trzymajmy.

 

 Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram