Adam Małysz o zmianach w kadrze, kwarantannie i… powrocie do skoków [WYWIAD]

Adam Małysz (fot. Martyna Osuchowska)

Adam Małysz (fot. Martyna Osuchowska)

Patowa sytuacja w skokach narciarskich trwa. Także polscy skoczkowie czekają na decyzje władz, aby móc zmienić domowe ćwiczenia na inne formy treningów. Pandemia koronawirusa nie oznacza jednak, że narciarskie środowisko śpi. Jak poinformował nas dyrektor ds. skoków w PZN, Adam Małysz, możemy się spodziewać zmian w składach kadr na sezon 2020/2021.

 

Bartosz Leja: Jak mija Panu czas kwarantanny i przede wszystkim czy zdrowie dopisuje?

Adam Małysz: Ze zdrowiem jest dobrze, odpukać, oby tak dalej. Mamy teraz mniej możliwości przemieszczania się, ale mam duży ogród, więc cały czas jest dużo roboty przy domu. Nadrabia się to, co było do nadrobienia. Cały czas są też tworzone nowe kadry w skokach, więc pracy za pośrednictwem internetu też jest sporo. Z drugiej strony przydałoby się trochę więcej swobody, żeby można było się spotkać z trenerami i kadrowiczami i pewne rzeczy poustalać. Nie ma to, jak porozmawiać na żywo.

 

Czy możemy się spodziewać zmian w polskich kadrach skoczków?

Do momentu zaakceptowania pewnych propozycji przez Polski Związek Narciarski, nie mogę informować o konkretach. Na pewno będą jednak pewne zmiany. Dla niektórych zaskakujące, ale myślę, że pozytywne. Zobaczycie jak to będzie funkcjonować po ogłoszeniu. Najpierw musi się jednak zebrać Zarząd PZN i ustalić, czy zgadza się na propozycję. Miejmy nadzieję, że stanie się to jak najszybciej, bo chcemy mieć już określoną sytuację. Teraz zawodnicy trenują, ale zastanawiają się też, kto w jakiej będzie kadrze.

 

Będąc w stałym kontakcie z zawodnikami, może Pan powiedzieć jak oni radzą sobie w tych niecodziennych warunkach?

Na pewno mają więcej czasu, żeby spędzić w domu, ale też trenować. Mają plan przygotowany w taki sposób, żeby móc wykonywać ćwiczenia w warunkach domowych. Czekamy na możliwości, aby mogli już trenować małymi grupkami inaczej, więcej, choćby na siłowniach. Jeśli chodzi o skocznię, to skoki od maja, a nawet od końca przyszłego miesiąca, powinny wystarczyć. Za czasów swojej kariery zaczynałem czasem skakanie nawet w czerwcu, żeby nabrać głodu na skakanie. Maj nie będzie problemem.

 

Czy faktycznie tacy „weterani” jak Kamil Stoch, czy Dawid Kubacki, mogą na starcie mieć przewagę nad młodszymi skoczkami?

Na pewno trochę tak. Mają więcej doświadczenia w tym, co robią. Jeśli chodzi o młodszych zawodników, na pewno jest ciężej, bo oni potrzebują więcej kontroli. Ale de facto cały narciarski świat tak teraz funkcjonuje.

 

Spekulacje dotyczące sportowej przyszłości Kamila Stocha zostały wyraźnie rozwiane. Igrzyska w Pekinie w 2022 roku to pewnik?

Myślę, że tak. To wszystko zależy od niego. Wszystkie decyzje musi podjąć sam zawodnik. Myślę, że do Pekinu Kamil wytrzyma bez problemu.

 

A jak oceni Pan pracę i pierwszy zimowy sezon Michala Doleżala w roli trenera polskich skoczków? Sprostał zadaniu kierowania tą grupą przejmując ją po Stefanie Horngacherze?

To nie było dla niego łatwe. Spełnił jednak nasze oczekiwania względem tego, co ma wykonać. Poprzednie trzy sezony były bardzo dobre i intensywne. To nie było dla Michala proste zadanie. Wykonał jednak swoją robotę, zrealizował cele, my jesteśmy z niego zadowoleni. Jeśli chodzi o samych zawodników, to na pewno niedosyt pozostaje. Nie mówię teraz o trójce Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawida Kubacki. Bardziej myślę o Kubie Wolnym, Maćku Kocie i Stefanie Huli, od których oczekiwaliśmy trochę więcej.

 

W lutym sporą sensację wywołał filmik nagrany przez Gregora Schlierenzauera w Rasnovie, na którym wykonuje pan typowy trening skoczka w postaci imitacji skoku. Czy faktycznie tego się nie zapomina?

Ruchów się nie zapomina, ale waga nie jest już ta sama i to obciążenie jest większe. Klatka piersiowa leci bardziej do przodu. Bałem się, że jak mnie złapie Grzesiek Sobczyk, to polecę na głowę. Jakieś dwa, trzy lata po zakończeniu kariery skoczka taką imitację zrobiliśmy i spadłem mu na plecy. W Rasnovie posłuchałem jednak uwag trenerów pod kątem tego, jak zmieniło się w ostatnich latach samo odbicie skoczków. Starałem się zrobić tak, jak wykonują to chłopaki obecnie. Kiedyś mówiło się o „odbiciu”, teraz jest to bardziej „pchanie”. Chciałem poczuć, jaka zmiana w tym nastąpiła. Wydaje mi się, że całkiem, całkiem mi to wychodziło.

 

Czyli wystarczy pójść nieco w dół z wagą i można śmiało spróbować na skoczni?

Niby tych ruchów się nie zapomina, ale już kości nie te i ta sprawność też jest zupełnie inna niż kiedyś była. Skaczą jednak oldboje… Może kiedyś? Zobaczymy.

 

A może pomyśli Pan nad Mistrzostwami Świata Weteranów? Startowali tam Pana koledzy ze skoczni, jak choćby Andreas Goldberger, czy Andreas Widhoelzl.

Nie myślałem jeszcze nad takimi rzeczami. Czy bym mógł? Na pewno tak. To by było pewnie fajne wydarzenie, ale nie mam na to wielkiego parcia. Nie czuję, że muszę, czy powinienem coś takiego zrobić. Teraz mam po prostu inne zadania.

 

Myśląc jeszcze o przyszłości skoków narciarskich, które wkraczają w niepewny czas z nowym szefem, dyrektorem Pucharu Świata Sandro Pertile… Czy Włoch będzie pisał całkiem nową historię, czy będzie wyłącznie kontynuatorem Waltera Hofera?

Na pewno skokom są potrzebne pewne zmiany i jeśli uda mu się tego dokonać, to będzie duży plus. Nie chodzi o zmiany drastyczne, a pozytywne i w pewnym sensie kontynuujące to, co było. Trzeba przyznać, że Walter Hofer to była i jest niesamowita postać dla skoków narciarskich. Tyle ile zrobił dla skoków i jak je wypromował… Ciężko będzie komukolwiek jemu dorównać. 

 

rozmawiał Bartosz Leja

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram