Turniej Czarodziejów Skoczni (felieton)

Turniej Czarodziejów Skoczni (felieton)

Kraft Stefan golden.eagle zloty.orzel Turniej.Czterech.Skoczni fot.Julia .Piatkowska - Turniej Czarodziejów Skoczni (felieton)Już za chwilę przeniesiemy się do Kulm, jednocześnie wyczekując wieści z treningów polskiej kadry. Kiedy piszę te słowa, na niebie nad skoczną w Bischofshofen trwa jednak pokaz sztucznych ogni wieńczący 63. TCS. Niech ta wyjątkowa chwila będzie inspiracją do podsumowania turniejowej rywalizacji, która przez ostatnie dni stanowiła część nas samych, niemal przeprowadzając się do domu każdego kibica.

 

Dalekie loty, rekordy skoczni, chwile grozy, piękno rywalizacji i na dodatek zimowy krajobraz. Tego wszystkiego mogliśmy doświadczyć, obserwując zmagania na austriackich i niemieckich czterech skoczniach. I choć po raz siódmy z rzędu na najwyższy stopień turniejowego podium dotarł reprezentant Austrii, to emocji dostarczali też inni, próbując mniej lub bardziej skutecznie pokrzyżować plany podopiecznych Heinza Kutina.

 

Austriacki kurs na zwycięstwo

Nie można zacząć inaczej, jak od tych, którzy zgarnęli sportowy dublet. Stefan Kraft i Michael Hayboeck postanowili podzielić się trofeami – pierwszy zabrał do domu złotego orła za turniejowy triumf, drugi po raz pierwszy poznał smak pucharowego zwycięstwa, dzięki czemu znalazł się tuż za plecami swojego przyjaciela z zespołu. Jak oni to robią? Mają świetne warunki, pieniądze, trenerów, jednym słowem – wszystko, ale żeby co roku wyskakiwać w poświątecznych zmaganiach i zsyłać rywali w sportowy niebyt? Cóż, na usta ciśnie się tylko jedno – w Turnieju można walczyć o wszystko, które w tym osobliwym przypadku oznacza każde miejsce poza pierwszym. Jedynkę zarezerwowali u bukmacherów Austriacy. Koniec i basta.

 

Szwajcarska niedokładność

Był jeden skoczek, który chciał skutecznie zrujnować austriackie plany, jednak ostatecznie zawiódł bukmacherów. Simon Ammann, który dotarł na prawie każdy szczyt w skokach narciarskich, miał wielką ochotę na triumf w niemiecko-austriackiej rozgrywce. Niestety, wydaje się, że chęć była zbyt wielka i runęła w przepaść wraz z upadkiem w Oberstdorfie. Presja, niedokładne lądowania, to mogło zaważyć. Jedno wiemy jednak na pewno – marzenia o staniu się najwybitniejszym wśród najwybitniejszych Simon Ammann musi odłożyć na przyszły rok. Widocznie nie można mieć wszystkiego.

 

Polski promyk nadziei

Kiedy Kamil Stoch ogłosił w Wigilię swój udział w Turnieju Czterech Skoczni, pomyślałam, że już żadne gwiazdkowe prezenty nie są mi potrzebne. Nasz lider spisał się w moim odczuciu nadzwyczaj dobrze. Nie dość, że wygrywał w cuglach z pozostałymi członkami polskiej ekipy, co akurat szczególnym powodem do radości nie jest, to jeszcze pokazał charakter, postraszył czołówkę, a w nasze serca wlał wielki promyk nadziei. Niestety, o ile ów promyk tli się w moim sercu bardzo mocno, to promyk pozostałych podopiecznych Łukasza Kruczka przygasł równie szybko, jak zapłonął. Kiedy już liczyliśmy, że w Innsbrucku nastąpił przełom, to właśnie na skoczni im. Paula Ausserleitnera nasi lotnicy postanowili potwierdzić, że albo go nie było, albo był, ale jednak krótkotrwały. Miejmy nadzieję, że w Wiśle i Zakopanem nadejdzie naprawdę i pozostanie na dłużej.

 

Niemieckie turniejowe odrodzenie

Choć renesans święcił swoje triumfy w XVI wieku we Włoszech, to w XXI zdecydował się jednak zmienić przynależność państwową i przyjął obywatelstwo naszych zachodnich sąsiadów. Oto po raz pierwszy od przełomu 2001 i 2002 roku, kiedy nie do pokonania był Sven Hannavald, na szczyt turniejowego podium wspiął się jego rodak, Richard Freitag. Niemiecka radość nie miała końca, czemu trudno się dziwić. Biorąc pod uwagę, że Kamil Stoch wskoczył na podium na skoczni Bergisel w zeszłym roku, to w porównaniu do fanów duetu Freund&Freitag czekaliśmy jednak krócej.

 

Japońska druga młodość

Nawet Hannu Lepistoe, bodaj najlepszy trener w historii skoków narciarskich, nie uwierzyłby, że w wieku 42 lat można przeżywać sportową drugą młodość. A jednak nie tylko można ją przeżywać, ale też sprawić, by była lepsza od sportowej młodości numer 1. Noriaki Kasai, który swoje pierwsze punkty Pucharu Świata zdobył ponad 25 lat temu, wydaje się młodszy o owe 25 lat i nie zważając na liczbę wiosen, jak lepszy z równym rywalizuje z czołówką Pucharu Świata. Może jednak zdobędzie to upragnione złoto igrzysk, w Korei, ex aequo z Kamilem Stochem…

 

Międzynarodowe problemy

Włodarze Pucharu Świata niestrudzenie zmagali się z pogodą w Oberstdorfie. Wiatr hulał spod skoczni, w kierunku skoczni, z boku i nie wiadomo skąd jeszcze, chcąc za wszelką cenę sparaliżować rywalizację. Trochę mu się udało, bo niedzielnym skokom bliżej było do parodii niż do prawdziwej, w miarę sprawiedliwej walki o zwycięstwo. Jury wyszło obronną ręką, bo nazajutrz konkurs udało się rozegrać. W ślad za dyrektorem Pucharu Świata nie poszli jednak w moich oczach sędziowie, którzy albo widzieli za dużo, albo za mało. Raz odejmowali punkty za styl, żeby później je bezpodstawnie dodawać. Może i wyszło na zero, ale miejmy nadzieję, że od konkursów w Bad Mitterndorf sędziowska czujność ulegnie jednak poprawie.

 

Quo vadis, Turnieju?

To był zaczarowany Turniej. Nie tylko dzięki wyśmienitym Austriakom, Kraftowi i Hayboeckowi, Prevcowi czy wielu innym, których wspaniałe skoki mogliśmy podziwiać. Nas, Polaków, w świat magii przeniósł przede wszystkim Kamil Stoch, który zaprzeczył prawom biologii i wrócił na skocznię, o czym jeszcze dwa tygodnie temu nawet nie marzyliśmy. On jednak marzył. I może w końcu, w następnej edycji Turnieju, austriacki czar pryśnie, a na najwyższym stopniu podium stanie inny skoczek, z kraju o barwach narodowych łudząco podobnych do austriackich, ale jednak innych. A wtedy kolejne marzenia staną się faktem.

 

Kasia Nowak

 

Podziel się:

Dodaj komentarz