Rekordowe sny o potędze w lotach (felieton)

Rekordowe sny o potędze w lotach (felieton)

Prevc Peter lot.WC .Planica.2013 fot.Stefan.Piwowar - Rekordowe sny o potędze w lotach (felieton)

I wspiął się Peter Prevc na wyżyny ludzkich możliwości, dolatując tam, gdzie nikt wcześniej nartami o zbity śnieg nie huknął, łamiąc barierę, wydawałoby się, wręcz nieprzekraczalną. W locie trwającym w przybliżeniu tyle, ile rekordowy bieg Usaina Bolta na setkę, Słoweniec przefrunął setek dwie i pół. Jednak jak na rekord przystało, radość trwała rekordowo krótko…

 

Niewiarygodne, jak wiele wspólnego mają skoki z biegami. Bolt wykręcał swój niebotyczny rekord świata przy wietrze +0,9 m/s, jednak sędziowie nie karali biegacza za występki podstępnej natury ani odejmowaniem punktów, ani, tym bardziej, sekund. W skokach, wręcz przeciwnie, za boski wiatr liczący +0,57 m/s odjęto Słoweńcowi 8,2 punktu. Znów ta matematyka… Ale kto by się tam przejmował minusami i plusami w chwili, w której wskoczył niebotycznym lotem do historii i stał się pierwszym, który złamał granicę ćwierci kilometra w powietrzu? Nikt. I choć dziś Fannemel, niczym nieproszony gość, wkradł się do słoweńskiego snu, Prevc zawsze będzie pierwszym i żaden brak oficjalnych rekordów w księdze Guinnessa tego nie zmieni. Koniec i basta.

 

Nie Prevc był jednak pierwszy, a Norweg Sondre Norheim, który 8 marca 1868 roku poszybował na niebotyczną jak na czasy raczkowania skoków narciarskich odległość 19,5 metra. I tak do 1911 r. rekord świata w długości narciarskiego skoku dzierżyli nieprzerwanie przodkowie Norheim’a, aż tu nagle wyskoczyli jak diabeł z pudełka Amerykanie, a właściwie jeden – Anders Haugen (norweskiego pochodzenia), lądując w Ironwood na 46. metrze. I żaden światowy kryzys ani czarny czwartek nie załamał amerykańskiej skocznej prosperity – aż do 1930 r. trwała zaciekła batalia amerykańsko-norweska, której celem było postawienie narty choćby o pół metra dalej. Zwaśnione narciarskie narody pogodził w 1930 r. nie kto inny jak Szwajcar, Adolpf Badrutt, skacząc 75 metrów. Krótkotrwały był jednak ten szwajcarski wyskok i pokaz możliwości, bo już w 1931 r. dalej poleciał Birger Ruud. I aż do końca lat 30. XX wieku w statystykach przodowali Norwegowie, od czasu do czasu oddając pałeczkę innym, np. Kanadyjczykom czy Polakowi, Stanisławowi Marusarzowi, który 15.03.1935 r. w Planicy osiągnął odległość 95 metrów. Dokładnie rok później pękła granica 100 metrów, a na miejscu Petera Prevca znalazł się Austriak, Josef Bradl.

Ciekawe, czy 80 lat temu tak samo wyczekiwali lotu poza setny metr, jak obecnie wyczekiwaliśmy tego poza 250. W telewizji raczej tego nie pokazywano, a że ani Twittera, ani Facebooka ówczesny świat nie widział, pewnie tylko ptaki ćwierkały o niezidentyfikowanym obiekcie daleko latającym nad Planicą. I bili się tak o rekordy między setnym a dwusetnym metrem przez lat ponad 60, a wśród rekordzistów znalazły się nazwiska Wirkoli, Raški, Steinera, Koglera, Nykänena, Feldera i wreszcie Piotra Fijasa, którego 194 metry do dziś są oficjalnym rekordem w długości skoku, gdyż Międzynarodowa Federacja Narciarska powiedziała takim statystykom stanowcze „nie”. Nie zmieniło to jednak postaci rzeczy ani na jotę – skoczkowie zawsze chcieli lądować coraz dalej, kibice oglądać rekordowe loty, a telewizje liczyć wielkie pieniądze z transmisji.

 

Na złamanie granicy 200 metrów trzeba było jednak jeszcze poczekać; dopiero 7 lat po fenomenalnym osiągnięciu Piotra Fijasa i po zmianie stylu z klasycznego (równoległe prowadzenie nart) na styl „V” Toni Nieminen poszybował na odległość 203 metrów, trafiając tym samym do legendarnego panteonu. Dziś panteon jakby mniej legendarny, bo poza dwusetny metr zdarza się doskoczyć i największym nielotom, ale prymatu pierwszeństwa, tak jak Prevcowi, nikt Finowi nie zabierze. Z drugiej strony za długo Nieminen się swoim rekordem nie nacieszył, bo wyprzedzili go inni, choćby Espen Bredesen, który 22.03.1997 r. dofrunął do 210. metra. Dalej to już szkoda gadać, 214,5 Schmitta, 219,5 Ingebrigstena, 225 Goldbergera i Małysza. Zero szacunku dla nerwów kibica. I oto 2003 rok, można by rzec – popis jednego aktora, Mattiego Hautamäkiego, który raz za razem śrubował odległość od 227,5 m do 231. Dwa lata później – powtórka z rozrywki, ale już mniej monotematyczna, bo oto na rekordową arenę wkroczył nie kto inny jak Bjørn Einar Romøren, marząc o złamaniu granicy 240 metrów. Nie załamał, zabrakło 100 centymetrów, ale swój rekord 239 metrów dzierżył przez lat niemal 6. Nie mógł czuć się jednak bezpiecznie, tuż za jego plecami czyhał bowiem Jane Ahonen, próbując nieskutecznie dolecieć na 240. metr. Dolecieć skutecznie może i doleciał, ale, niestety, nieskutecznie wylądował. Jak widać, los był sprawiedliwy i dodatkowym wspomagaczom w postaci alkoholu postanowił postawić kres.

 

Wydaje się, że tak rozpoczął się nie tyle wyścig skoczków pt. „Kto dalej, ten lepiej”, ale swoisty wyścig zbrojeń samych konstruktorów obiektów. Na drodze wiecznie dominującej pod względem najdłuższych lotów Planicy stanęło norweskie Vikersund, z czym Słowenia chyba do dziś nie może się pogodzić. Na naszych oczach dzieje się historia; norwesko-słoweńska batalia o metry nabiera tempa, emocje rosną, punkty K i HS idą w górę, mamuty wyskakują jak grzyby po deszczu, bankowe konta stacji telewizyjnych puchną od napływających szerokimi strumieniami dochodów z transmisji, a mety tego rajdu wciąż nie widać. Słoweńcy, którym właśnie brutalnie odebrano tytuł tych, którzy dolecieli najdalej, wieszczą kolejne rekordy na Letalnicy. Czy w najbliższej przyszłości doczekamy się kolejnego przekroczenia granicy ludzkich możliwości i złamania odległości 300 metrów, trudno powiedzieć, ale jedno jest jednak pewne – Peter Prevc na naszych oczach wskoczył do historii sportu i bodaj po raz pierwszy od dawna nie oglądał przed sobą pleców Kamila Stocha, który w jednym z wywiadów sprzed kilku lat przyznał, że tylko o tym jednym rekordzie – rekordzie w długości lotu – naprawdę marzy. Jednak to nie Stoch, a Fannemel został przeznaczony do odebrania Słoweńcowi jego kosmicznego wyczynu i to Norweg po raz pierwszy wylądował poza 250. metrem. W marcu przekonamy się, czy fortuna zatoczy koło i po raz kolejny uśmiechnie się do młodego słoweńskiego skoczka. A może jednak znajdzie się inny śmiałek, który przebojem wedrze się między słoweńsko-norweskie narty uderzające o zeskok tam, gdzie nikt jeszcze nie lądował… 

 

Kasia Nowak

 
Podziel się:

Dodaj komentarz