Adam Małysz z receptą na problemy polskich skoków: „To byłoby super rozwiązanie”
Adam Małysz (fot. Bartosz Leja)

Adam Małysz z receptą na problemy polskich skoków: „To byłoby super rozwiązanie”

Dyrektor sportowy polskiej kadry i jak mówi wielu, „dobry duch” polskiej ekipy, Adam Małysz, podsumował drużynowy konkurs w Zakopanem, w którym Biało-Czerwoni zajęli piąte miejsce. „Orzeł z Wisły” ocenił też imponujący rekord skoczni, który ustanowił Yukiya Sato. Małysz zaproponował też ciekawe rozwiązanie, które jego zdaniem pomoże przezwyciężyć kryzys zaplecza polskich skoków narciarskich.

 

Małysz stawia na indywidualne podium

W rywalizacji drużynowej na Wielkiej Krokwi, Polacy w składzie Żyła, Wolny, Stoch, Kubacki, zajęli dopiero piąte miejsce. Jak twierdzi Adam Małysz, najmocniejszych podopiecznych trenera Doležala stać będzie jednak na walkę z najlepszymi w rywalizacji indywidualnej. – Myślę, że jutro Dawid Kubacki, Kamil Stoch i Piotrek Żyła mają szansę, żeby walczyć o podium. Pozostali dwaj zawodnicy, Maciek Kot i Olek Zniszczoł będą walczyć o trzydziestkę, a stać ich, żeby być w pierwszej dwudziestce, tylko muszą skoczyć bardzo dobre skoki – powiedział.

Małysz wspomniał też o technicznych detalach, które pozwalają obecnemu liderowi Biało-Czerwonych na tak spektakularne skoki. – Dawid zmienił technikę i on prędzej może skakać daleko. Wcześniej wylatywał bardzo wysoko i z wysoka spadał, bo wyhamowana była prędkość. Dzisiaj skacze trochę inaczej, dużo szybciej go „nakręca” z progu i nie traci prędkości w drugiej fazie, więc odlatuje – ocenił znakomity były skoczek.

 

O skoku Sato: „Na takie rekordy stać przede wszystkim niższych zawodników”

Dyrektor sportowy polskiej kadry był jednocześnie pod wrażeniem imponującego rekordu skoczni, który ustanowił Yukiya Sato. Japończyk w finałowej serii konkursu drużynowego poleciał 147 metrów. – Dzisiaj był tylni wiatr, a on skoczył rekord skoczni. Jeśli jest przedni wiatr, a zawodnik leci nisko, to jest w stanie bardzo daleko odlecieć, wtedy wolno podchodzi do lądowania. Na tak dalekie, „wyżyłowane” skoki i rekordy stać przede wszystkim zawodników niższych [Sato ma 159 cm wzrostu – przyp.red]. Oni podchodzą do lądowania z niska. W zeszłym roku widzieliśmy skoki po 143 metry z upadkami, niektórzy zawodnicy nie wytrzymywali na nogach. W lecie były tu już ustane skoki na 150 metrów.

Sam Małysz był autorem wielu rekordów skoczni, a jednym z najbardziej pamiętnych był ten ustanowiony w 2001 roku na niemieckiej Mühlenkopfschanze. – W Willingen miałem wtedy 151,5 metra. Wtedy miałem mocno naciągnięte mięśnie brzucha. Wtedy był też inny sprzęt, w wiązaniach były sznurki, teraz mamy bolce. Wszystko jest teraz bardziej stabilne, tak jak w narciarskich butach zjazdowych. Z kolei teraz są wkładki w butach, które powodują, że zawodnik podczas lądowania ma kolana bardziej z przodu. Zawsze są plusy i minusy – stwierdził 42-latek z Wisły.

 

Recepta Małysza na problemy polskich skoków narciarskich

Były polski skoczek, który obecnie aktywnie działa na rzecz poprawy sytuacji w polskich skokach narciarskich, zapytany o problem związany z pokoleniową „wyrwą”, która może spowodować kryzys tej dyscypliny w naszym kraju, odparł: – Przypominałem w Polskim Związku Narciarskim, że jest lekka dziura, która powstała i kiedyś ona wyjdzie. Cały czas młodzież dochodzi do pewnego wieku i znika. To jest bardzo ciężkie. Mamy jednak teraz fajne szkolenia, to powoduje, że jednak tą młodzież mamy. Ostatnio w Chochołowie wystartowało 150-160 zawodników. Jak rozmawiałem z Austriakami i Norwegami, mówili, że u nich jest coraz mniej skoczków i nie ma tak licznej młodzieży. U nich jednak nie ma tej wiekowej przerwy. Jeżeli tych zawodników z danego rocznika jest trzydziestu, to pięciu, dziesięciu zostaje. U nas zostaje jeden, dwóch, czasem oni wpadają w jakiś kryzys i nagle nikogo nie ma. To są później dorośli ludzie, muszą iść do pracy, mają rodzinę, chcą iść „na swoje”, potrzebują pieniędzy, a nie mają ani stypendiów, ani sponsorów, więc jest ciężko. Z drugiej strony jeśli ktoś nie jest w kadrze i nie skacze dobrze, nie dostanie pensji. Jest potrzebny system, który spowoduje, że nie będziemy tracić zawodników i nie będą oni wpadać w kryzysy.

Małysz podał jednocześnie ciekawe rozwiązanie, które jego zdaniem pomogłoby w poprawie sytuacji. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby przy wsparciu rządu utworzenie takiego systemu, jaki jest w Austrii, Niemczech, czy Szwajcarii. Tam zawodnicy są w klubach wojskowych, policyjnych, celnych. Oni przechodzą szkolenia w kwietniu, czy maju, a później są oddelegowani do sportu. Po sezonie znów przechodzą szkolenia, ale mają za to wszystko wynagrodzenia, że reprezentują te instytucje. W momencie gdy kończą sportową karierę, mogą iść do normalnej pracy do tych instytucji. To byłoby super rozwiązanie, warto się nad tym pochylić – podsumował.

 

korespondencja z Zakopanego,
Bartosz Leja

 

Podziel się:

Dodaj komentarz