Wiatr zwiał pewnego zwycięzcę. Eisenbichler: „Jestem naprawdę wściekły”
Markus Eisenbichler (fot. Evgeniy Votintsev / Nizhny Tagil FIS Ski Jumping World Cup)

Wiatr zwiał pewnego zwycięzcę. Eisenbichler: „Jestem naprawdę wściekły”

Markus Eisenbichler rozpoczął zimowy sezon od dwóch triumfów. Niewiele brakowało, a miałby na swoim koncie już cztery zwycięstwa. O ile w Ruce zakończyło się na drugiej pozycji, to sobotnie zmagania w Niżnym Tagile zakończył na 28. pozycji. A jeszcze na półmetku konkursu wydawało się, że nic nie jest mu w stanie stanąć na drodze do wygranej. – Jestem naprawdę wściekły – przyznał.

 

Ogromny pech Eisenbichlera

Pewny triumf w Wiśle, później kolejne zwycięstwo w pierwszym konkursie w Ruce – zima zaczęła się dla Markusa Eisenbichlera w wymarzony sposób. Po pierwszej serii drugiego konkursu w Finlandii również wydawało się, że Niemiec jest na autostradzie do trzeciej wygranej – wszak nad kolejnymi zawodnikami miał ponad dziesięć punktów przewagi. Skończyło się na drugiej pozycji i triumfie Halvora Egnera Graneruda.

Scenariusz w Niżnym Tagile wyglądał (do pewnego momentu) podobnie. 136,5 metra Eisenbichlera w pierwszej serii, wyraźne, ponad 11 punktowe prowadzenie nad drugim Granerudem… W finale Norweg szybuje 132 metry i już podczas jego skoku bardzo korzystne dotąd warunki zaczęły się zmieniać. Podopieczny trenera Stoeckla w przeciwieństwie do większości zawodników miał już podmuch rzędu zaledwie 0,04 m/s pod narty (podczas gdy rekordzista Johansson miał 1,34 m/s). Zawodnik prowadzony przez trenera Horngachera korzystając z bardzo niskiej belki startowej musiał sobie radzić przy wietrze wiejącym z prędkością 0,81 m/s w plecy. Skończyło się awaryjnym lądowaniem na 80. metrze, a Niemiec w rzeczywistości ratował się przed poważnym upadkiem.

Dojeżdżając do końca wybiegu zaklął tylko po niemiecku i zdenerwowany wymownie spojrzał w stronę wieży, na której asystent dyrektora Pucharu Świata Borek Sedlak, zdecydował o zapaleniu zielonego światła. – Jestem naprawdę wściekły, także na siebie. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy zawsze się mogą zdarzyć, to część naszego sportu – skomentował, kiedy nieco ochłonął. „Takie jest życie, czasami masz szczęście, czasami masz pecha. Jutro jest nowy dzień” – dodał później na swoim koncie na Instagramie. Można się jednak domyślać, że znany z bardzo surowego podejścia (także do pracy jury) trener Stefan Horngacher mógł zareagować na taki obrót sytuacji w gorzkich słowach. Wszak gdyby nie fatalne warunki, jego podopieczny znajdujący się w wybornej formie, najprawdopodobniej wygrałby konkurs na rosyjskim Bocianie i nie straciłby żółtej koszulki lidera klasyfikacji generalnej.

 

Słabi Niemcy, nieobecny „tata Geiger”

W związku z takim obrotem sytuacji, najwyżej sklasyfikowanym niemieckim skoczkiem okazał się Pius Paschke, który po skokach na 128 i 126,5 metra zakończył zmagania na najlepszej w karierze piątej pozycji. Ponadto poza wspomnianym Eisenbichlerem, po pucharowe punkty sięgnął jeszcze tylko jedenasty Martin Hamann. Awansu do serii finałowej nie zdołali wywalczyć Constantin Schmid, Severin Freund i Andreas Wellinger, którzy zajęli miejsca od 38. do 40.

Dodajmy, że do Rosji nie poleciał ostatecznie Karl Geiger, czyli drugie najmocniejsze ogniwo ekipy Stefana Horngachera. W jego przypadku decyzja podyktowana była kwestiami rodzinnymi. – Karl poleciał z Finlandii prosto do domu, ponieważ niebawem zostanie ojcem. Ponownie dołączy do drużyny już podczas mistrzostw świata w lotach narciarskich w Planicy – wyjawił przed rozpoczęciem pucharowego weekendu w Rosji austriacki szkoleniowiec Niemców. Przypomnijmy, że 27-letni skoczek będący liderem niemieckiej kadry w minionym sezonie zimowym, jesienią wziął ślub.

 

Bartosz Leja,
źródło: informacja własna / DSV / FIS

 

Podziel się:

Dodaj komentarz