Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Kamil Stoch i Dawid Kubacki (fot. Julia Piątkowska)

Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni

Nadszedł czas na najważniejszą imprezę dwulecia, czyli Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Klasycznym, które na przełomie lutego i marca zagoszczą w niemieckim Oberstdorfie. PEmocje wśród fanów białego szaleństwa ponownie sięgną zenitu, szczególnie podczas skoków reprezentantów Polski. Biało-Czerwoni mają do czego nawiązywać, ponieważ na ich koncie są już mistrzowskie medale zdobywane niejednokrotnie w wyjątkowych okolicznościach.

 

Pierwszy światowy czempionat w narciarstwie klasycznym odbył się w 1925 roku w czechosłowackim mieście o wdzięcznej nazwie Jańskie Łaźnie. Wówczas jednak skoki narciarskie nie stały jeszcze w Polsce na tak wysokim poziomie, jak w wielu innych krajach. Po złoto sięgnął wtedy reprezentant gospodarzy, Willen Dick. Biało-Czerwoni na swoje pierwsze medalowe miejsce musieli jeszcze trochę poczekać.

Stanislaw Marusarz fot.NarodoweArchiwumCyfrowe 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Stanisław Marusarz (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Nadeszła jednak era słynnego Stanisława Marusarza, zwanego później „Dziadkiem”. Jeden z najwybitniejszych skoczków okresu międzywojnia, podczas XI Mistrzostw Świata rozgrywanych w 1938 roku w Lahti, wywalczył srebrny medal. O wadze sukcesu może świadczyć choćby to, że na starcie pojawiło się aż 97 zawodników. Co więcej 24-letni wówczas zakopiańczyk, w konkursowych próbach szybował najdalej – odpowiednio 66 i 67 metrów, deklasując rywali odległością i dwukrotnie pobijając rekord skoczni. Niestety decyzje sędziów punktowych sprawiły, że mistrzem świata (z przewagą 0,3 punktu) został Norweg Asbjoern Ruud, którego suma odległości była aż o 5,5 metra słabsza od tej osiągniętej przez Marusarza. Sam zawodnik miał się wówczas zachować honorowo i chciał oddać puchar zwycięzcy Polakowi, jednak ten odmówił. Niestety późniejsza wojenna zawierucha zatrzymała rozwój kariery Marusarza, który z pewnością mógłby jeszcze sięgnąć po upragnione złoto.

Na kolejny polski sukces, kibicom narciarstwa skokowego przyszło poczekać kolejne… 24 lata! Stało się to podczas czempionatu wyjątkowego, bo rozgrywanego w Zakopanem. W 1962 roku w zimowej stolicy Polski po raz pierwszy rozegrano dwa konkursy – na dużej oraz normalnej skoczni. Rozwój dyscypliny spowodował, że obiekty były coraz większe, stąd rozróżnienie dwóch rozmiarów skoczni, na których narciarze rywalizowali o dwa komplety medali. I to na Średniej Krokwi po srebrny krążek sięgnął wówczas Antoni Łaciak. 22-latek w konkursowych skokach uzyskał 68,5, 64,5 oraz 71,5 metra. Triumfatorem okazał się Norweg Toralf Engan (68,0 / 67,0 / 70,5 m), który nad skoczkiem ze Szczyrku miał niewielką przewagę wynoszącą 1,1 punktu. Biorąc jednak pod uwagę to, że do końcowej noty wliczano sumę punktów z dwóch najlepszych skoków, to Łaciak pokonał w powietrzu większą o 1,5 metra odległość. Ponownie o losach mistrzostwa i wicemistrzostwa świata zdecydował noty sędziowskie, a te wyższe miał Engan.

Stanislaw Gasienica Daniel fot.archiwum.watraPL 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Stanisław Gąsienica-Daniel (fot. archiwum.watra.pl)

W porównaniu do wcześniejszego oczekiwania trwającego niemalże ćwierć wieku, tym razem kolejna medalowa zdobycz polskiego skoczka nadeszła nieco szybciej. W 1970 roku światowy czempionat po raz trzeci zawitał do Czechosłowacji, a dokładnie do miasta Wysokie Tatry. Konkursy skoków rozgrywano dokładnie w usytuowanej nieopodal miejscowości Szczyrbskie Jezioro. Po pierwszej serii zmagań na dużej skoczni, na czele stawki był nasz reprezentant Tadeusz Pawlusiak, który skoczył 94,5 metra. W finale uzyskał 100,5 metra, co wystarczyłoby do srebra, jednak Polak zaliczył nieszczęśliwy upadek i spadek do czwartej dziesiątki. Nie oznaczało to jednak, że Biało-Czerwoni wracali do kraju bez medalu. Świetnie w konkursie spisał się Stanisław Gąsienica-Daniel. Niespełna 19-letni skoczek z Zakopanego po pierwszej serii był wprawdzie dopiero dziewiąty z 92 metrową odległością, jednak finałowy skok na odległość 100,5 metra pozwolił mu awansować na trzecią pozycję i cieszyć się z brązowego medalu. Złoto wywalczył wówczas reprezentant Związku Radzieckiego Garij Napalkow (91,0 / 109,5 m), który zanotował imponujący awans z trzynastej na pierwszą lokatę. Srebro powędrowało do czechosłowackiego zawodnika Jiří Raški, który lądował bliżej od Gąsienicy-Daniela, jednak otrzymał wyższe noty za styl co wystarczyło do utrzymania zaledwie półpunktowej przewagi.

Wszystkim, którym 24-letnie oczekiwanie na kolejny medal wydaje się być wiecznością, pragniemy zakomunikować, że po sukcesie młodego zakopiańczyka na kolejne mistrzowskie podium czekano aż 31 lat! To właśnie w sezonie 2000/2001 Polskę ogarnęła „Małyszomania”. W czasach, w których popularność sportu w telewizji była nieporównywalnie większa niż kilkadziesiąt lat wcześniej, skromny młodzieniec z Wisły stał się nowym, wielkim sportowym wydarzeniem. Kariera Adama Małysza wielokrotnie rozbierana na czynniki pierwsze była określana nie tylko zjawiskiem sportowym, ale wręcz socjologicznym. „Idol kryzysowy”, który na przełomie tysiąclecia wlał nową nadzieję do posuchy polskiego sportu, potwierdzał swój kunszt również medalami w mistrzostwach świata.

Antoni Laciak fot.PrzegladSportowy 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Antoni Łaciak (fot. Przegląd Sportowy)

Pierwszy czempionat, podczas którego „Orzeł z Wisły” był zaliczany do grona medalowych pewniaków miał miejsce w 2001 roku w fińskim Lahti. Pierwszy konkurs indywidualny został rozegrany na dużym obiekcie Salpausselkä (K-116) i był zapowiadany jako wielki pojedynek rozkręcającego się Adama Małysza i niemieckiego obrońcy tytułu, Martina Schmitta. Polak był wówczas na fali, mając w pamięci wielki triumf podczas 49. Turnieju Czterech Skoczni. I po pierwszej serii prowadził ze 126 metrową odległością. Podopieczny trenera Reinharda Hessa, który poszybował 124,5 metra był jednak tuż za nim. W finale zaatakował Niemiec – 131 metrów i nowy rekord skoczni postawił Małysza w trudnej sytuacji. Podopieczny trenera Apoloniusza Tajnera uzyskał 128,5 metra co nie wystarczyło do utrzymania prowadzenia, wystarczyło jednak aby nawiązać do sukcesów Marusarza oraz Łaciaka i cieszyć się ze srebra.

To, co nie udało się jednak na skoczni dużej, Adam Małysz w wielkim stylu wywalczył na obiekcie normalnym (K-90). Cztery dni po wywalczeniu wicemistrzostwa świata, Polak nie miał już sobie równych. Choć po pierwszej serii wydawało się, że po drugie złoto sięgnie Martin Schmitt. Niemiec uzyskał 91,5 metra, osiągając sześciopunktową przewagę nad Polakiem, który skoczył 89,5 metra. Finałowy skok wiślanina, który zdawał sobie sprawę z życiowej formy i z tego, że złoto ponownie może mu uciec, jest określany jako jeden z jego najlepszych skoków w karierze. Mimo bardzo trudnych warunków wietrznych, Małysz wykorzystał swoje potężne wybicie i uzyskując 98 metrów ustanowił nowy rekord normalnej Salpausselki. Chwilę później okazało się, że poprzeczka była dla Niemca podniesiona zbyt wysoko. Schmitt wylądował osiem metrów bliżej, a i tak sięgnął po srebro. Złoto po raz pierwszy w historii wywalczył skoczek z Polski, a na dodatek uczynił to w wielkim stylu, uzyskując aż trzynastopunktową przewagę nad drugim zawodnikiem. Wówczas wydawało się, że Małysz sięgnął sportowego olimpu, jednak jak się później okazało… on dopiero rozwijał skrzydła.

adam malysz benefis kd 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Adam Małysz (fot. Kata Deak)

Po zdobyciu dwóch Kryształowych Kul i potwierdzeniu absolutnej dominacji na światowych skoczniach, Polak w 2003 roku jechał do włoskiego Predazzo… w lekkim dołku. A przynajmniej tak określano wówczas lokaty Małysza poza podium. A przecież od początku tamtej zimy sześć razy wskakiwał na podium i zaledwie dwa razy wypadł z czołowej dziesiątki. Oczekiwania względem wcześniejszego seryjnego zwycięzcy były jednak tamtej zimy ogromne, a do czasu czempionatu we włoskim regionie Val di Fiemme, Polak ani razu nie zwyciężył. „Orzeł z Wisły” już wtedy był jednak bardzo doświadczony i na tydzień przed czempionatem odpuścił start w Willingen. Odpoczynek w kraju, a także późniejsze spokojne treningi w Ramsau okazały się zbawienne. W konkursie na dużej skoczni K-120 w Predazzo, na półmetku Polak był drugi ze 134 metrową (rekordową) odległością. Prowadził świetnie dysponowany wówczas Matti Hautamaeki, który uzyskał tyle samo, miał jednak o pół punktu wyższą notę za styl. W finale zaatakował Polak – 136 metrowy skok oznaczał nowy rekord Trampolino Giuseppe dal Ben i postawienie pod ścianą prowadzącego Fina. To wówczas padły legendarne już słowa równie legendarnego komentatora Włodzimierza Szaranowicza: „Złoty medal Małysza na Mistrzostwach Świata. Nie może tego skoczyć Hautamaeki… Życzę mu tego, poczekam, przeproszę państwa, ale wydaje mi się że nie może skoczyć„. I słowa te się spełniły – Fin uzyskał 133,5 metra, wywalczył srebro, a z drugiego złota w karierze mógł się cieszył Adam Małysz.

Sześć dni później na normalnym obiekcie K-95 rozpoczęła się walka o kolejny komplet medali. 25-letni lider polskiej kadry wystąpił w tym konkursie jako obrońca tytułu sprzed dwóch lat. I tak jak na dużej skoczni był zawodnik, który zdołał jeszcze nawiązać z Małyszem walkę, tak w tym przypadku był to już teatr jednego aktora. W pierwszej serii „Orzeł z Wisły” uzyskał 104 metry, a drugi w stawce Japończyk Hideharu Miyahira tracił do niego 5,5 punktu. W finale Małysz złotymi zgłoskami zapisał się w historii skoków narciarskich – 107,5 metra oznaczało nie tylko aż szesnastopunktową przewagę nad drugim ostatecznie Norwegiem Tommy Ingebrigtsenem, ale także kolejny rekord skoczni i oczywiście trzeci w karierze złoty medal. W formie był oczywiście także Włodzimierz Szaranowicz, który wykrzyczał wówczas słowa zapamiętane przez wielu kibiców: „Nikt mu tego nie zabierze! Po prostu sam sobie to wyrwał, przeciwko naturze, przeciwko rywalom (…) Drugie mistrzostwo świata z rekordem skoczni! Tak tylko wygrywają najwięksi w historii i on do tej historii wskoczył tak łatwo, tak pięknie i tak wzruszająco dla wszystkich„. I tak też było. Małysz nawiązał do innych legend, które zdobywały dwa indywidualne tytuły mistrzowskie na jednych Mistrzostwach Świata. Przed nim dokonali tego tylko Bjoern Wirkola z Norwegii (1964 r.), Garij Napalkow z ZSRR (1970 r.) oraz Hans-Georg Aschenbach z NRD (1974 r.).

Stoch Kamil gold.WSC .Predazzo.2013 fot.Julia .Piatkowska 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Kamil Stoch (fot. Julia Piątkowska)

Później nawet dla Małysza, nadeszły czasy zmian i walki o utrzymanie rewelacyjnej dyspozycji. Trudno jednak ciągle wygrywać i na przestrzeni tak wielu lat utrzymywać najwyższą formę. Czempionat w 2005 roku, który odbywał się w niemieckim Oberstdorfie nie przyniósł medalowych zdobyczy. I kiedy wielu wieszczyło już „koniec Małysza”, w 2007 roku skoczek z Wisły przeżył wielkie odrodzenie i w świetnej formie przybył na Mistrzostwa Świata do japońskiego Sapporo. Mimo, że na dużej skoczni uplasował się tuż za podium, nie podłamało to 29-latk. Na normalnej skoczni Miyanomori (HS-100) już w pierwszej serii potwierdził wybitną dyspozycję z treningów. Pamiętne 102 metry oznaczało wówczas nowy rekord skoczni i już na półmetku zmagań aż 13,5 punktu przewagi nad drugim w stawce Szwajcarem Andreasem Kuettelem. W finale wystarczyło postawić kropkę nad i. „Gdybyśmy mieli tu szampana, to powinien strzelić, bo oto mamy swój dzień. Te flagi są potwierdzeniem nawet w Japonii. Po Okurayamie Wojtka Fortuny, start i skok po medal Adama Małysza na Miyanomori” – cieszył się Włodzimierz Szaranowicz wraz z Apoloniuszem Tajnerem na stanowisku komentatorskim, jeszcze zanim Małysz ponownie poszybował najdalej (99,5 m). Ostatecznie Polak w znakomitym stylu sięgnął po tytuł mistrzowski, a wicemistrz którym został Szwajcar Simon Ammann, stracił do starszego kolegi aż 21,5 punktu. Rolę trenera Polaków pełnił wówczas Fin Hannu Lepistoe, który później będąc już indywidualnym szkoleniowcem miał poprowadzić wielkiego polskiego zawodnika po pożegnalny medal. Ale o tym za chwilę. Warto podkreślić, że już wtedy w Kraju Kwitnącej Wiśni, Małysz z czterema złotymi i jednym srebrnym medalem stał się samodzielnie najbardziej utytułowanym skoczkiem narciarskim w historii mistrzostw świata.

Kolejnej wielkiej imprezy, która odbyła się w 2009 roku w czeskim Libercu, utytułowany polski skoczek nie wspomina z pewnością zbyt dobrze. Obrońca tytułu ze skoczni normalnej ani na obiekcie tego rozmiaru, ani na tym większym nie włączył się do walki o podium. Na mniejszej ze skoczni warto jednak wspomnieć sensacyjne wówczas czwarte miejsce Kamila Stocha, które jak się później okazało, zwiastowało wzejście kolejnej gwiazdy. Wtedy jednak (podobnie jak w Oberstdorfie) wielu przewidywało, że Małysz nie zdoła już powrócić do czołówki. Ponownie stało się jednak inaczej. Czempionat w 2011 roku w norweskim Oslo przyniósł piękny owoc współpracy dwóch wielkich postaci narciarstwa, czyli właśnie Małysza i trenera Lepistoe. Polak na normalnej Midtstubakken (HS-106) wywalczył medal z brakującego mu jeszcze kruszcu. Skoki na 97,5 oraz 102 metry dały Polakowi brąz, będący jednocześnie jego szóstym medalem mistrzostw świata. Przed nim uplasowali się wówczas tylko świetnie dysponowani Austriacy, Thomas Morgenstern i Andreas Kofler, którzy byli poza zasięgiem rywali. Po konkursie na dużej skoczni, na której Małysz zajął jedenaste miejsce, wypowiedział on słowa, które z pewnością w wielu polskich domach wywołały łzy wzruszenia. „Ta decyzja zapadła w zasadzie bardzo dawno temu (…). Teraz mogę oficjalnie powiedzieć, że to były moje ostatnie mistrzostwa świata„.

Piotr Zyla WSC.Lahti .2017.podium fot.Julia .Piatkowska 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Piotr Żyła (fot. Julia Piątkowska)

Kiedy po sezonie 2010/2011 Adam Małysz zakończył w wielkiej sportowej chwale bogatą karierę, wydawało się, że ciężko będzie o kontynuację. Polska miała wprawdzie potencjalnych następców, którzy chcieli pisać własną sportową karierę, jednak zwątpienia i myśli „co dalej?”, nie brakowało. Czy po Małyszu polskie skoki narciarskie wpadną w kryzys? Okazało się, że życie (i sport) nie znoszą pustki. Dziesięć lat po podwójnym mistrzostwie świata „Orła z Wisły”, czempionat ponownie zawitał do włoskiego Val di Fiemme. Tam z pięcioma pucharowymi triumfami z poprzednich zim udał się Kamil Stoch. Podopieczny trenera Łukasza Kruczka w tamtym sezonie nie zdołał jednak uplasować się na najwyższym stopniu podium, ale już podczas mistrzowskiej rywalizacji na skoczniach w Predazzo zaczynał ponownie odkrywać drzemiący w sobie potencjał. Na normalnej skoczni zamiast walki o medale był jednak ogromny zawód ósmym miejscem, który wyrażał sam skoczek. Pięć dni później Stoch w wielkim stylu zaczął jednak pisać piękną sportową opowieść. Pełna determinacja i pewnie także sportowa złość sprawiła, że 25-latek z Zębu uzyskując 131,5 i 130 metrów w obu seriach na dużym obiekcie HS-134 był najlepszy. I to w jego ręce powędrował pierwszy złoty medal mistrzowskiej imprezy. Nasz reprezentant piękną klamrą spiął jednocześnie to, co wydarzyło się przed dziesięcioma laty właśnie na Trampolino dal Ben. Z kilkupunktową stratą za Polakiem znaleźli się Słoweniec Peter Prevc i Norweg Anders Jacobsen. „Rakieta z Zębu”, jak nazwano już wówczas Polaka udowodniła jednak przede wszystkim, jak silna jest nie tylko jego strona sportowa, ale też mentalna. A to jak wiemy, pomogło mu później sięgać po mistrzostwa olimpijskie i Kryształowe Kule. Choć to już tematy na zupełnie inną historię.

My kontynuujemy jednak tą mistrzowską, w której Polacy znów… „zrobili sobie przerwę” w zdobywaniu indywidualnych medali. W 2015 roku w szwedzkim Falun, podobnie jak wcześniej w Val di Fiemme, po brązowe medale sięgała jednak biało-czerwona drużyna. Na skoczniach kompleksu Lugnet zabrakło jednak indywidualnego miejsca na podium. To co nie udało się w Szwecji, ziściło się już dwa lata później w tak szczęśliwym dla Polaków fińskim Lahti. Na dużej skoczni Salpausselkä polskich kandydatów do medali było co najmniej trzech. W tym gronie był oczywiście Kamil Stoch, byli także Dawid Kubacki i Piotr Żyła. Po pierwszej serii właśnie oni zajmowali lokaty od czwartej do szóstej. Polski szturm na podium rozpocząć miał Żyła i uczynił to w znakomity sposób. Do pierwszego 127,5 metrowego skoku dołożył drugi 131 metrowy, który okazał się najwyżej punktowaną próbą serii finałowej. Jego reprezentacyjni koledzy tym razem lądowali bliżej i to właśnie 30-letni skoczek z Wisły zameldował się na trzecim stopniu podium, ustępując tylko Austriakowi Stefanowi Kraftowi i Niemcowi Andreasowi Wellingerowi, do których zresztą stracił niewiele, bo 2,6 i 1,3 punktu. Wielki sukces zawodnika będącego do tej pory drugim lub trzecim ogniwem polskiej kadry wywołał ogromne wzruszenie… nawet u niego samego. Na twarzy wiecznie roześmianego „Wiewióra” pojawiły się wówczas nawet łzy wzruszenia i radości.

Dawid Kubacki Seefeld2019 MistrzSwiata fot.Julia .Piatkowska 300x200 - Podróż przez polskie medale na mistrzostwach świata, czyli Małysz, Stoch, Kubacki i inni
Dawid Kubacki (fot. Julia Piątkowska)

Podróż przez historię polskich medali na mistrzostwach świata dotarła do 2019 roku. Dwa lata temu rywalizacja o medale odbyła się na skoczniach w Innsbrucku (duży obiekt) oraz Seefeld (normalny obiekt), które było gospodarzem czempionatu. Zmagania najpierw zawitały na dużą Bergisel (HS-130), która jednak nie okazała się gościnna dla Biało-Czerwonych. Co prawda całkiem wysoko był piąty Kamil Stoch, jednak najlepsi skakali tego dnia dalej. Największe emocje miały jednak dopiero nadejść. I tak 1 marca 2019 roku byliśmy świadkami niezwykłego konkursu na obiekcie HS-109. W pierwszej serii nasze największe medalowe nadzieje, czyli Dawid Kubacki i Kamil Stoch trafili jednak na bardzo niekorzystne warunki wietrzne, a skoki na odległość 93 i 91,5 metra dawały im kolejno 27. i 18. miejsce. W mediach społecznościowych i komentarzach kibiców rozpętała się burza. Wściekłości nie ukrywał nawet trener polskiej kadry Stefan Horngacher. Wydawało się, że znakomicie przygotowani przez Austriaka polscy skoczkowie, przez warunki atmosferyczne i decyzje jury zostali pozbawieni szans choćby na przyzwoite lokaty. Na półmetku zmagań o medalach nikt nawet nie marzył.

W finale Kubacki skoczył już znacznie dalej (104,5 m), poprawił się także Stoch (101,5 m), jednak wydawało się, że to może pozwolić na awans najwyżej o kilka lokat. Tuż po skoku drugiego z nich, obaj nasi reprezentanci zajmowali czołowe lokaty. „Kamil jest drugi, a więc mamy Dawida Kubackiego przed Kamilem Stochem… Ach, gdyby tak mogło być do samego końca” – powiedział wówczas komentujący te zawody Przemysław Babiarz. Wtedy zaczęło się coraz bardziej emocjonujące odliczanie, jednak do zakończenia zmagań zostały skoki aż siedemnastu zawodników. Na skoczni coraz bardziej dawał się we znaki obficie padający śnieg, który zalegał w torach najazdowych. Kolejni skoczkowie, zarówno ci wielce utytułowani, jak i zdecydowanie mniej doświadczeni którzy skorzystali z lepszych warunków w pierwszej serii, lądowali za Polakami. Kiedy do zakończenia zmagań zostało już tylko trzech skoczków, Ziga Jelar, Karl Geiger oraz Ryoyu Kobayashi, to co wydawało się niemożliwe, zaczęło się realizować. Najpierw skok zupełnie zepsuł Słoweniec, a Kubacki już mógł się cieszyć z podium. Niemiecki wicelider i japoński lider wydawali się jednak skoczkami na tyle rutynowanymi, że w ich przypadku medale wydawały się niemal pewne. Zarówno Geiger, jak i Kobayashi nie zdołali jednak sprostać finałowym skokom Polaków, jak i fatalnym warunkom atmosferycznym. A jeszcze po pierwszej serii 28-letni zawodnik z Szaflar tracił do lidera 19,2 punktu, a 31-letni zawodnik z Zębu do wicelidera miał 13 punktów straty. Ostatecznie w pełnym szokujących zwrotów akcji konkursie, Dawid Kubacki sięgnął po złoto i tytuł mistrza świata, a Kamil Stoch plasując się tuż za nim wywalczył srebro. 

Czy tak szalony scenariusz, jaki zrealizował się w Seefeld da się jeszcze powtórzyć? Po każdej kolejnej sportowej imprezie wydaje się, że nic nas już nie może zaskoczyć. A wtedy nadchodzi kolejna i zaskakuje nas ponownie, w zupełnie nowy sposób, pisząc nowe fascynujące sportowe scenariusze. Czy tak będzie również w Oberstdorfie? Czekamy z niecierpliwością na dopisanie kolejnego rozdziału do polskiej opowieści o medalach…

 

Polskie podia i medale w indywidualnych konkursach mistrzostw świata:

 mistrzostwa, skocznia złoto srebro brąz
Lahti 1938, duża Asbjoern Ruud NOR Stanisław Marusarz POL Hilmar Myhra NOR
Zakopane 1962, normalna Toralf Engan NOR Antoni Łaciak POL Helmut Recknagel GER
Wysokie Tatry 1970, duża Garij Napalkow SOV Jiri Raska CSV Stanisław Gąsienica-Daniel POL
Lahti 2001, duża Martin Schmitt GER Adam Małysz POL Janne Ahonen FIN
Lahti 2001, normalna Adam Małysz POL Martin Schmitt GER Martin Hoellwarth AUT
Val di Fiemme 2003, duża Adam Małysz POL Martti Hautamaeki FIN Noriaki Kasai JPN
Val di Fiemme 2003, normalna Adam Małysz POL Tommy Ingebrigtsen NOR Noriaki Kasai JPN
Sapporo 2007, normalna Adam Małysz POL Simon Ammann SUI Thomas Morgenstern AUT
Oslo 2011, normalna Thomas Morgenstern AUT Andreas Kofler AUT Adam Małysz POL
Val di Fiemme 2013, duża Kamil Stoch POL Peter Prevc SLO Anders Jacobsen NOR
Lahti 2017, duża Stefan Kraft AUT Andreas Wellinger GER Piotr Żyła POL
Seefeld 2019, normalna Dawid Kubacki POL Kamil Stoch POL Stefan Kraft AUT

 

Bartosz Leja,
informacja własna

 

Podziel się:

Dodaj komentarz