You are currently viewing Maciej Kot: „Brat jest moim indywidualnym trenerem. Najważniejszym celem są igrzyska”
Maciej Kot (fot. Anna Karczewska / PZN)

Maciej Kot: „Brat jest moim indywidualnym trenerem. Najważniejszym celem są igrzyska”

Maciej Kot w ostatnim czasie to jedno z najgorętszych nazwisk w narciarskim świecie. Polski skoczek został ojcem, a na czysto sportowej płaszczyźnie, sporo dyskutowało się o jego niepewnym miejscu w kadrze narodowej. Z „trzynastym kadrowiczem” porozmawialiśmy niedługo po decyzji o dołączeniu go do reprezentacji Polski na nieco innych, indywidualnych zasadach. Okazuje się, że aktualnie nad przygotowaniami 29-latka do sezonu olimpijskiego czuwa od strony trenerskiej… jego starszy o rok brat, Jakub.

 

Bartosz Leja: Przede wszystkim gratulacje z okazji narodzin syna. Udaje się wysypiać?

Maciej Kot: Wysypiam się normalnie, nie jest źle. Teraz próbujemy jednak odpalić auto, bo coś system nie chce w nim „zaskoczyć”… A że jestem w Szczyrku na obozie, to jutro muszę jakoś wrócić do domu. Próbujemy na wszystkie sposoby coś zrobić. Ewentualnie się z kimś zabiorę, mój brat jutro wraca kierunku Nowego Targu, ale nie sztuka zostawić tutaj auto…

 

Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy i uda się bezpiecznie wrócić do domu. Widać, że na nudę ostatnio nie narzekasz… Masz już za sobą pierwsze treningi na skoczni. Jak będą wyglądać Twoje przygotowania?

Teraz jestem w Szczyrku na obozie z grupą treningową mojego brata [Kot skakał na obiekcie K-40 – przyp.red.], także właśnie Kuba jest w tej chwili moim trenerem. To on koordynuje okres przygotowawczy i z nim współpracuję. Jeżeli chodzi o indywidualny tok treningów, zostałem poproszony aby wziąć odpowiedzialność za swoje przygotowania, samemu wszystko zaplanować, wedle swojej wiedzy, doświadczenia i przekonania, co jest dobre, a co złe. Nie ukrywam, że przybyło mi dużo obowiązków i że jest to bardzo duża odpowiedzialność. Stanęliśmy jednak do tego wyzwania z nadzieją, że przyniesie rezultat. Gdyby jej nie było, to byśmy tego nie robili. Rewolucją chcemy w końcu osiągnąć zamierzony cel.

 

Minione kilka lat z pewnością nie były takie, jakich byś oczekiwał. Czy można powiedzieć, że w ostatnich sezonach stałeś się sportowcem cierpliwym? I ile tej cierpliwości ubyło, a ile wciąż masz jej w sobie?

Ja nie nazwałby się na pewno cierpliwym sportowcem. Na pewno jednak ta cierpliwość jest na zupełnie innym poziomie, niż trzy, pięć lat temu. Wtedy była ona na bardzo niskim poziomie. Tej cechy bardzo długo się uczyłem i wciąż się uczę. To pomogło mi przetrwać ostatnie kilka lat. Starałem się robić wszystko krok po kroku. Nie jest jednak tak, że można czekać, aż sukces sam przyjdzie. Czekając, nic się nie osiągnie, chyba, że ma się dużo szczęścia. Do cierpliwości trzeba dołożyć bardzo dużo ciężkiej pracy, wyrzeczeń i trzeba wiedzieć, w którym kierunku chce się podążać. Psychicznie cały czas nie mam komfortowej sytuacji, ale zaakceptowanie sportowych porażek to pierwszy krok, żeby w ogóle ruszyć. Szczególnie teraz, pozytywne nastawienie do wszystkiego, może być kluczem do sukcesu. Gdybym miał negatywne nastawienie, nie byłoby sensu zaczynać tej misji.

 

Czy skoki narciarskie są sportem, którego uprawianie daje radość nawet wtedy, kiedy poziom jest słabszy? 

Dużo zależy od zawodnika. Znam takich, którzy bez względu na długość skoku i wyniki, mają z tego radość. To też zmienia się z wiekiem, bo dla małych dzieci, które zaczynają przygodę i bawią się sportem, każdy skok jest wielkim przeżyciem i dostarcza wielu pozytywnych emocji. W późniejszym wieku zaczyna się bardziej patrzeć na wynik, podchodzić do tego bardziej profesjonalnie, wyjeżdżać na pierwsze ważne zawody… Wtedy człowiek mniej skupia się na radości z tego co robi, a bardziej czerpie ją z dobrych wyników albo z każdego nowego rekordu życiowego. Są zawodnicy, którzy potrzebują wymiernych efektów i wyników, a ja jestem właśnie takim zawodnikiem. To jest dla mnie jak „tlen” potrzebny do funkcjonowania. Jeżeli tych wyników nie mam, skoki nie sprawiają mi takiej radości jak powinny. Nie mówię jednak, że nie mam frajdy idąc na trening. Wciąż lubię to co robię. To nie jest jednak taka radość, jaka była jeszcze kilka lat temu. Muszę pracować, aby na pierwszym miejscu była radość ze skakania, a na drugim wynik. Przy tym charakterze, który mam… jest to ciężkie.

 

Czy Kuba, o którym wspomniałeś, będzie Twoim stałym, indywidualnym trenerem na cały sezon olimpijski? Czy może będziesz miał wspólne treningi ze sztabem szkoleniowym kadry narodowej?

Jesteśmy dopiero po pierwszych rozmowach, więc ciężko mi dokładnie odpowiedzieć  na to pytanie. Ze sztabem szkoleniowym kadry narodowej ustaliliśmy pewne zasady i ramy, w jakich cały system ma funkcjonować. To jednak dopiero początek, pewne rzeczy są niedoprecyzowane i będą korygowane „w praniu”. To nowa sytuacja dla wszystkich, dla jednej i drugiej strony. W tej chwili Kuba jest moim indywidualnym trenerem, a ja przygotowuję się obok kadry. Oczywistym jest, że kiedy nadejdą zawody i forma pozwoli, że będę na nie nominowany, wtedy będę funkcjonował w grupie. Ten system musi się jeszcze ułożyć, żeby funkcjonowało to na zasadzie pomagania sobie, a nie przeszkadzania. Najważniejsze, że już rozpocząłem przygotowania i zamierzam cały czas ostro trenować.

 

Czy czujesz wsparcie ze strony Polskiego Związku Narciarskiego i Twoich poprzednich współpracowników ze sztabu szkoleniowego?

Tak, czuję to wsparcie. Oczywiście niektórzy będą oceniać taką decyzję negatywnie, że jest to odsunięcie zawodnika od grupy. Ja to odbieram w pozytywny sposób. Gdyby w PZN spisali mnie na straty i stwierdzili że nie ma dla mnie ratunku, to albo zostawiliby mnie przy grupie i powiedzieli „niech doskacze do końca kariery”, albo po prostu by mnie z tej grupy wyrzucili. Pewnie jednak widzą potencjał, który wciąż we mnie drzemie i chcą go odblokować, wydostać. Widocznie doszli do wniosku, że potrzebna jest taka rewolucja i że ja najlepiej wiem, co trzeba ze mną zrobić. Traktuję to jako szansę i patrzę na to z perspektywy nowych możliwości.

 

Czy z czysto sportowego i technicznego punktu widzenia, macie już pomysł na poprawienie błędów, które przydarzały Ci się w ostatnich latach? I czy to powtarzane już wielokrotnie „skręcanie w locie” faktycznie jest Twoją największą bolączką?

To temat rzeka. Na temat techniki skoków narciarskich i poprawy błędów z nią związanych, można napisać bardzo grubą książkę. Nie ma więc jednoznacznej odpowiedzi na pytanie co trzeba zrobić, żeby poprawić moje skoki. Wciąż to analizujemy i próbujemy nowych rzeczy. Często wymaga to wielu skoków na skoczni, aby dojść do optymalnych wniosków i dobrej dyspozycji. To proces, który trwa bardzo długo. Teraz pochodzimy do wszystkiego z innej strony, bo jeżeli coś przez kilka lat nie działa, trzeba zmienić pomysły. Wracając do tego „kręcenia” w locie. To jest problem, natomiast cały czas utrzymuję, że nie jest to przyczyna, ale skutek i efekt innych błędów. Koncentrowanie się tylko na tym elemencie niczego nie zmieni, trzeba się skoncentrować na przyczynie, która jest wcześniej. Zafiksowanie się na jednej rzeczy też nie jest dobre. Skupianie się na prostym locie i zapomnienie o dojeździe i „pchaniu” na progu sprawi, że będę leciał prosto, ale lądował dwadzieścia metrów bliżej. Pamiętam takie skoki. Wtedy latałem prosto, ale nic innego nie funkcjonowało. Gdyby popatrzeć na Puchar Świata, to w rzeczywistości mało który zawodnik leci idealnie prosto. Jeżeli skrzywienie jest małe, skorygowane, nie wytraca się przy nim prędkości i siły nośnej, jest do zaakceptowania. Analizowałem swoje skoki z najlepszych lat, kiedy wygrywałem zawody Letniego Grand Prix i Pucharu Świata i tam to lekkie skręcenie jest. Pamiętam też, że kiedy Ryoyu Kobayashi zdominował Puchar Świata i wygrywał, też często miał takie skręcenie w połowie lotu. Wydawało się, że wyeliminuje go to z walki o zwycięstwo, a on był w stanie seryjnie wygrywać zawody.

 

O rozłożeniu na czynniki pierwsze każdego elementu skoku wspominał w norweskich mediach Halvor Egner Granerud. Po słabym sezonie i późniejszej pracy od podstaw, Norweg zdobył Kryształową Kulę. Liczysz na podobne efekty?

Gdybym nie widział szansy powrotu do dobrego skakania, to nie podjąłbym się tego zadania. Za dużo zdrowia i energii mnie to kosztuje, żeby nie wierzyć w powodzenie tego projektu. To nie jest łatwa i przyjemna robota, nie mam wszystkiego podanego na tacy. Doszły mi teraz dodatkowe obowiązki... Wiara w siebie w tym wszystkim musi być obecna. Mówi się, że nadzieja matką głupich, ale w sporcie pewność siebie to podstawa. Jeżeli ktoś w siebie nie wierzy, to może przestać robić to, co robi.

 

Spoglądając w kalendarz... Masz prawie 30 lat. Mistrz świata Piotr Żyła ma jednak już 34 lata i wciąż nie zamierza żegnać się ze skokami narciarskimi. Czy Ty dajesz sobie tyle czasu?

Tak samo jak on, nie planuję dalekosiężnie. Piotrek jest osobą, która żyje z dnia na dzień, z sezonu na sezon i robi to, co lubi. Jeżeli będzie chciał skakać do czterdziestki, to będzie skakał. Pod tym względem mam podobnie. Nie mam wyznaczonej, konkretnej daty zakończenia kariery, nie wiem co będę robił za rok, dwa, czy trzy. W tej chwili trzymam się planu, który ustaliłem już kilka lat temu. Najważniejszym celem są dla mnie igrzyska olimpijskie w Pekinie [w 2022 roku - przyp.red.] i do tych zawodów chcę się przygotować jak najlepiej. Po sezonie olimpijskim przyjdzie czas na rachunek sumienia i analizę sytuacji. Wtedy będę decydował, co dalej.

 

A czy Polski Związek Narciarski i sztab szkoleniowy postawili przed Tobą jakieś ultimatum czasowe lub wynikowe?

Nie, nie było takiej rozmowy. Myślę też, że nie była ona potrzebna, bo wszyscy w Związku wiedzą, jakie mam ambicje i cele. Mogą być spokojni. Przede wszystkim mi samemu zależy na tym, żeby te wysokie cele osiągnąć. A ramy czasowe wiążą się z czasem funkcjonowania kadry narodowej, a jak wiemy, decyzje z tym związane zapadają w maju każdego kolejnego roku.

 

W kwestii czasu, to można przyznać, że ostatnio jego ilość Ci się chyba trochę skurczyła... Jak się czujesz jako świeżo upieczony tata?

Faktycznie, oprócz obowiązków sportowych i organizacyjnych, doszły mi obowiązki ojcowskie. Oczywiście są to jak najbardziej pozytywne obowiązki, ale na to trzeba mieć czas i energię. Nie ukrywam, że to dla mnie ważna rola w życiu. Od początku nie ukrywałem, że chcę być prawdziwym rodzicem, który angażuje się w życie dziecka. Stąd wyjazd na obóz do Szczyrku był dla mnie trudny, bo pierwszy raz od kiedy Filip pojawił się na świecie, wyjechałem z domu na dłużej. Trzeba przyzwyczaić się do godzenia tych ról.

 

Życzę więc powodzenia na obu tych płaszczyznach i oczywiście szczęśliwego powrotu do domu!

Dzięki, oby się to udało!

 

rozmawiał Bartosz Leja

 

Podziel się:

Dodaj komentarz