Poszukiwanie formy, zbieranie doświadczenia i lata zaległości, czyli Polki o LGP w Wiśle
Joanna Szwab (fot. Julia Piątkowska)

Poszukiwanie formy, zbieranie doświadczenia i lata zaległości, czyli Polki o LGP w Wiśle

Za nami historyczna inauguracja kobiecego Letniego Grand Prix na polskiej ziemi. W ten weekend byliśmy świadkami dwóch konkursów indywidualnych na duże skoczni w Wiśle Malince. Padły one łupem Słowenki Uršy Bogataj. Nie były one jednak zbyt udane dla reprezentantek Polski. Punkty zdobyła jedynie Nicole Konderla, która w sobotniej rywalizacji finiszowała na 26. lokacie. Pozostałe z kadrowiczek Łukasza Kruczka zaprezentowały się słabiej.

 

Szwab: „W innych krajach dziewczyny od dziecka były traktowane poważnie”

Joanna Szwab opuści Wisłę z mieszanymi uczuciami. Podczas treningów skakała na poziomie czwartej dziesiątki, notując ponadto (na szczęście niegroźny) upadek. Mimo tego, skoczkini z Chochołowa nie zakwalifikowała się do sobotniego konkursu, zajmując 41. lokatę w piątkowych kwalifikacjach. 24-letnia zawodniczka nie kryła rozczarowania tym faktem. – Przekombinowałam. Chciałam skoczyć lepiej niż na treningach, a takie skoki wystarczyłyby do awansu. Zmieniłam coś tak, że poszło… w drugą stronę – przyznała, wyraźnie niepocieszona. – Nie jest dobrze. Fajnie zaczęło to wyglądać na treningach, tylko tam jest większa prędkość i wyższe belki. Tutaj jest duża różnica – dodała, porównując próby ze zgrupowań do skoków oddawanych w międzynarodowej rywalizacji.

Niedzielna rywalizacja była już dla najstarszej z podopiecznych trenera Kruczka nieco bardziej udana. Szwab najpierw przebrnęła przez kwalifikacje, zajmując w nich 38. lokatę, a w konkursie uplasowała się o jedną pozycję wyżej, skacząc 87 metrów. – Dziś było bojowo, ale mogłoby być dalej i lepiej – stwierdziła. – W piątek po prostu chciałam poprawić zbyt dużo rzeczy na raz, a teraz skupiłam się na jednym zadaniu. Też nie jest dobrze, ale nie jest aż tak tragicznie. Znam teraz trzy najważniejsze rzeczy, o których nie mogę zapominać przy skokach. To ruszenie z belki, dojazd i nogi „na maksa”. Jak one zawalą i je zapomnę, to nie ma szans na dobry skok – dodała.

Najbardziej doświadczona z reprezentantek Polski nie zamierza też skupiać się na konkretnych celach wynikowych, ponieważ jak sama twierdzi, może się to okazać zgubne. – Jak skupię się na wyniku i wymyślę sobie, która chciałabym być, to nigdy mi nie wypala. Jak skupię się na zadaniu, to chociaż jestem zadowolona z tego, co robię – zaznaczyła. 24-latka nie ukrywa też, że polskim skoczkiniom nie jest łatwo nawiązać rywalizację z najlepszymi zagranicznymi rywalkami. – Tak na poważnie, jesteśmy traktowane od dwóch lat. Nie jesteśmy w stanie zrobić mega progresu. W innych krajach dziewczyny już od dziecka były traktowane poważnie, wiedziały do czego dążą, startowały… Ja też startowałam, ale to było tak, że pojechałam i nie wiedziałem co mam robić, tak mnie wystawiali. Niemki czy Austriaczki trenowały na dużych skoczniach i 90-tkach, a my LOTOS Cup miałyśmy przez dziesięć lat na 70-tce – podsumowała gorzko.

 

Spory stres Przybyły i Twardosz

Dla niespełna 17-letniej Wiktorii Przybyły, która może stanowić o sile polskie kadry kobiet także za kilka lat, rywalizacja w Beskidach była wyjątkowo stresująca. Skoczkini ze Szczyrku, która ukończyła wiślańskie konkursy na 39. oraz 36. miejscu przyznała, że jej skoki nie są jeszcze optymalne, a rywalizacja w Beskidach była dla niej solidną dawką niezwykle cennego w jej przypadku doświadczenia.

Technicznie skoki wyglądają w porządku, ale jestem zbyt agresywna za progiem, przez co tracę. Brakuje mi troszkę siły i techniki. Trzeba też więcej spokoju i oswojenia się z zawodami – wyjaśniła i dodała: – Przypatruję się najlepszym. To imponujące, że te dziewczyny radzą sobie ze stresem i potrafią dobrze skoczyć.

Konkursy w Wiśle były wyjątkowo trudne dla Anny Twardosz, która póki co nie jest w stanie nawiązać do swoich najlepszych skoków z minionego sezonu zimowego. Mieszkanka Lanckorony w sobotniej rywalizacji zajęła ostatnią 40. lokatę, a w niedzielę nie przebrnęła nawet kwalifikacji. 24. zawodniczka Mistrzostw Świata na skoczni dużej nie kryła swojego rozczarowania swoją aktualną dyspozycją. – Od dłuższego czasu bardzo się tym stresuję i ciężko mi poukładać myśli w głowie i się wyluzować. Już miesiąc skaczę tak sobie i ciężko mi złapać takie fajne skakanie jak w zimie – zdradziła 20-letnia zawodniczka.

Podopieczna Łukasza Kruczka pokreśliła jednak, że najważniejsza pozostaje dla niej optymalna dyspozycja w sezonie zimowym. – Skacze się przede wszystkim w zimie, a nie w lecie. Skoki to sport zimowy i ja szykuję się na zimę.

Teraz polskie skoczkinie czekają krótkie wakacje, a już 6 sierpnia we francuskim Courchevel odbędzie się kolejny konkurs w ramach Letniego Grand Prix.

 

Łukasz Serba, Weronika Brodowska
informacja własna

 

Podziel się:

Dodaj komentarz