You are currently viewing Krzeptowscy – jedyna taka narciarska rodzina
Andrzej Krzeptowski I (fot. Przegląd Sportowy nr 9/1922)

Krzeptowscy – jedyna taka narciarska rodzina

Niedaleko stoi narciarstwo od zbójnictwa. Te same szlaki, którymi niegdyś chadzali mocarni harnasie, w początkach XX wieku, przejęli miłośnicy dwóch desek z Podhala. Wśród nich liczne grono zbójnickich potomków. Nie porzucili szumnych charakterów, jakie odziedziczyli po przodkach, tyle że zamiast ciupagą, zaczęli wojować drewnianymi nartami, a te ich potyczki wymagały nieraz więcej odwagi, niźli prawdziwe zbójnickie bitwy z hajdukami. Ci nowi harnasie musieli bowiem samotnie walczyć nie tylko z gromadą przeciwników, ale też przestworzami oraz siłami natury.

 

Zbójnickie geny idą w sport

Nie darmo zbójnickie towarzystwa nazywano „familiami”. Kompani byli nieraz bliżsi sobie niż bracia, a rzemiosło zbójeckie przechodziło z ojca na syna. Tak jak szumna natura. Jednym ze zbójników pod koniec XVIII w. był Wawrzyniec Krzeptowski. Po nim na te same ścieżki wstąpił syn Jan, zwany też Zosinem. Mimo szumnej młodości, spędzanej na wyprawach poza bucki, wiele wiosen później zapisał się w historii Podhala nie tylko jako zbójnik, ale też jako wójt Kościeliska. W jego tatrzańskie i polityczne ślady poszli wkrótce także trzej synowie, czyli najsłynniejszy podhalański góral, gawędziarz, imiennik ojca – Sabała, kolejny wójt z tego klanu – Józef oraz najmłodszy Jędrzej. On z kolei zasłynął jako przewodnik górski, kłusownik, a także… poseł do Sejmu Galicyjskiego. Tatry dały mu sławę, polityka zaś majątek. I tak też wyglądało całe życie tego człowieka: z jednej strony wielkie góry, a z drugiej wielka polityka. Te dwa żywioły utworzyły między sobą ogromną przepaść nad którą lawirowali również prawie wszyscy potomkowie Jędrzeja. Aż w końcu to bujne drzewo genealogiczne wydało też narciarskie gałęzie.

Andrzej Krzeptowski fotPrzegladSportowy2JKitz 300x200 - Krzeptowscy - jedyna taka narciarska rodzina
Polscy narciarze na zawodach w Worochcie w 1922 r., Krzeptowski I trzeci od lewej (fot. J. Kitz / Przegląd Sportowy nr 12/1922)

Sportowy rozdział w dziejach rodu otwiera syn Jędrzeja – Wojciech. W 1915 r., został on przewodniczącym Sekcji Narciarskiej Związku Górali, w barwach której startowali pierwsi zawodnicy rodem z Podhala, m.in. Jędrzej Marusarz-Jarząbek, Stanisław Gąsienica-Ciułacz, Franciszek Sobczak, czy Józef Gąsienica Gładczan. Klub ten jednak, zakończył działalność tuż po I wojnie światowej. Mimo to, nazwisko przetrwało na narciarskich trasach. Trzeba było jednak jeszcze jednego pokolenia, aby ujrzeć na nartach potomka zbójnika – syna Wojciecha oraz wnuka Jędrzeja – Adama.

Ukochane Tatry opuścił on wcześnie, bo już w wieku 10 lat ojciec wysłał go po nauki do Krakowa. Później jeszcze przemierzył drogę wiodącą przez Gimnazjum w Nowym Targu, powrót do grodu pod Wawelem, Wyższą Szkołę Artystyczną w Wiedniu, front wojenny, koszary wojskowe Pułku Strzelców Podhalańskich, naukę w Wyższej Szkole Handlowej, aż w końcu jako 24-latek, w 1922 roku, przybył znów pod tatrzańskie wierchy. Gdzieś pomiędzy tymi zawirowaniami losu, jego życiowa ścieżka zahaczyła o narciarskie trasy.

Jeszcze w trakcie nauki w Krakowie, młody góral ścigał się na dwóch deskach, broniąc barw Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarskiego. Zimą 1915/1916, zajął nawet na rodzinnej ziemi w Zakopanem, podczas sylwestrowego Biegu Studentów organizowanego przez AZS, trzecie miejsce. Z powodu nauki nie mógł jednak w tym okresie poświęcić tyle czasu ile by chciał, na ukochane szusy w białym puchu. Później wojna i służba wojskowa odrzuciły go jeszcze dalej od sportu. Miłość do białego szaleństwa przez te wszystkie stracone zimy, jednak u niego nie wygasła i pomimo wieloletniego braku startów, kiedy tylko wrócił w rodzinne strony, niemal od razu przypiął do nóg drewniane deski i nadal próbował występować w różnych zawodach, a nawet odnosił pewne sukcesy. W barwach AZS-u w 1922 roku, zajął trzecie miejsce w biegu juniorów na zawodach w Bielsku. Taką samą pozycję przyniósł mu też bieg Sekcji Narciarskiej AZS, rozegrany w Krakowie 12 lutego tego roku. Przyzwoite rezultaty sprawiły, że znalazł się nawet w kadrze na I Międzynarodowe Zawody Narciarskie w Zakopanem. W biegu II klasy na 76 uczestników finiszował na niezłym szesnastym miejscu, a podczas kolejnej edycji tej imprezy zdołał się jeszcze poprawić o dwie lokaty.

Adam Krzeptowski nie doczekał się wielkich sukcesów w roli zawodnika. Stał się natomiast jednym z najbardziej prężnych działaczy sportowych w Polsce. Na skoczniach, nazwisko to rozsławił natomiast jego młodszy o pięć lat brat, Andrzej. Początkowe losy miał nieco mniej pokręcone niż krewniak. Gimnazjum skończył „u siebie", w Zakopanem. Naznaczony imieniem słynnego dziadka, rychło zdołał dorzucić swoje do hyru, jaki otaczał ród Krzeptowskich za sprawą dumnych przodków.

 

Dyktator stylu

W pierwszej połowie lat 20-tych, jeszcze przed erą Czecha, czy Marusarza, Polska doczekała się niezwykle utalentowanej grupy skoczków. Stanowili ją chłopcy urodzeni na początku XX wieku. Rej wśród nich wiedli trzej zakopiańczycy: Aleksander Rozmus, Henryk Mückenbrunn oraz właśnie Andrzej Krzeptowski. Każdy z nich dysponował innym orężem. Pierwszy potrafił walczyć w powietrzu zaciekle o choćby jeden centymetr, przez co za długość nieraz płacił słabymi notami, a często kończył też skoki upadkiem. Popisy drugiego z kolei, zapierały dech w piersiach nawet poważnym gazdom przyzwyczajonych nie dziwić się niczemu. Fantazja i niebywała wręcz odwaga, tyleż często przynosiły mu jednak sukces, co i pchały do zguby. I wreszcie Krzeptowski - niezrównany stylista. Wybijając się w przestworza, na tle gór, wyglądał tak dostojnie, jak harnaś skaczący ze skalistej turni. W dodatku nad swą bronią, drewnianymi nartami, panował nie gorzej niż starodawni zbójnicy nad ciupagą. Przez szereg lat ta doskonała technika zapewniała mu zaszczytne miejsce w europejskiej czołówce.

Wielka Krokiew 1925 Zakopane 300x200 - Krzeptowscy - jedyna taka narciarska rodzina
Wielka Krokiew w Zakopanem w 1925 r.

Z racji takiej konkurencji, o trofea wcale nie było mu łatwo, a smak zwycięstw nieraz mieszał się z goryczą porażek. Na Mistrzostwach Polski w 1920 roku zadebiutował nie w skokach, lecz w biegu. W kategorii juniorów udało mu się zająć trzecue miejsce za Józefem Zubkiem i jakżeby inaczej, Henrykiem Mückenbrunnem. Po raz pierwszy uczucia szybowania w powietrzu podczas zawodów zasmakował rok później. W barwach swojego pierwszego klubu SN PTT Zakopane, zdobył wtedy mistrzostwo kraju juniorów przed Szczepanem Witkowskim ze Lwowa. Dodatkowo kroniki odnotowują, że stał się autorem najdłuższego skoku wśród zawodników na tym konkursie. Na początku 1922 roku poznał też inne niż tatrzańskie stoki, u stóp których się wychował. Kalendarz zawodów wywiódł go bowiem do Bielska, gdzie zarówno podczas biegów jak i skoków na Magórce okazał się podczas międzyklubowych zawodów bezkonkurencyjny. Co ciekawe w tej pierwszej dyscyplinie startował w gronie juniorów, ale w drugiej po raz pierwszy starł się z seniorami i od razu wyprzedził m.in. Rozmusa. Jego rywal skoczył kolejno: 14, 13,5 oraz 14,5 metra, ale dwóch ostatnich skoków nie zdołał ustać. Krzeptowski tymczasem choć po zsumowaniu wyników stracił do rywala ogółem sześć metrów, wygrał z nim zdecydowanie dzięki swej wspaniałej broni - nienagannemu stylowi i pewności lądowania. Od tej pory ostatecznie porzucił zmagania młodszych i awansował do kategorii seniorów, gdzie może mniej pasował wiekiem, ale brak doświadczenia rekompensował umiejętnościami.

Wyniki te nie umknęły uwadze władz. Przez Polski Związek Narciarski potomek zbójnickiego rodu zakwalifikowany został do I klasy sportowej i wyznaczony na start pierwszych Międzynarodowych Zawodów o Mistrzostwo Tatr w Zakopanem. Klasyfikacja imprezy obejmowała bieg i skoki. W tej pierwszej konkurencji został wyprzedzony tylko przez dwóch zawodników - Węgra Aladara Thorna i Czecha Karela Koldovskiego. Podobną pozycję przyniosła mu też druga z wymienionych dyscyplin. Tym razem nie dał rady Rozmusowi oraz wspomnianemu już Koldovskiemu. Po zliczeniu rezultatów, Mistrzem Tatr został właśnie przybysz zza południowej granicy, Krzeptowskiemu przypadła natomiast druga pozycja. Dzięki swej wszechstronności wyprzedził bowiem i Rozmusa i Thorna od których okazywał się gorszy w pojedynczych konkurencjach. W rozegranej osobno sztafecie wraz z kolegami klubowymi - Rozmusem oraz Józefem Zubkiem również stanął na drugim stopniu podium.

Rok 1922 przyniósł dwudziestolatkowi z Zakopanego jeszcze jeden niepodważalny sukces. Na Mistrzostwach Polski, po raz pierwszy rozegranych poza Zakopanem, w Sławsku sięgnął po tytuł mistrzowski. Ten był przyznawany wówczas najlepszemu zawodnikowi w skokach i biegach. Krzeptowski zajął w tych specjalnościach odpowiednio drugie i pierwsze miejsce. Wedle dzisiejszego podziału, zdobył więc złoto w biegu oraz kombinacji norweskiej, zaś srebro w skokach. W tej ostatniej dyscyplinie okazał się natomiast najlepszy podczas kończącego sezon konkursu na obiekcie na Jaworzynce, a także na pierwszych międzynarodowych zawodach narciarskich z udziałem Polaków, rozgrywanych w Westerowie. Pokonał tam czołówkę skoczków z naszego kraju oraz Czechosłowacji, na czele z Thornem i Mückenbrunnem.

Pod koniec grudnia do Zakopanego przybyli dwaj austriaccy skoczkowie - Sepp Bildstein i Hans Meyringer. Mieli oni poprowadzić kurs dla najlepszych polskich narciarzy, pomyślany jako część przygotowań do zawodów zagranicznych. Był wśród tych adeptów patrzących coraz śmielej poza tatrzański horyzont też Andrzej Krzeptowski. Przegląd Sportowy napisał o nim: "Nie mogli obaj nauczyciele należycie ocenić Krzeptowskiego, który opuścił kilka lekcji. Na konkursie natomiast wypowiadali się o nim nader pochlebnie". Nic dziwnego, bowiem wygrał on te zawody przed Eugeniuszem Kalicińskim z Lwowa oraz niezmordowanymi Rozmusem i Mückenbrunnem. W sezonie tym znów był drugi podczas Mistrzostw Tatr w Zakopanem, gdzie w biegu zajął czwarte miejsce, a w skokach przegrał minimalnie tylko z Węgrem, Belą Strauchem. Tamtej zimy udało mu się natomiast zdobyć po raz kolejny mistrzostwo Polski w narciarstwie. Podczas zmagań na najważniejszej imprezie krajowej, wreszcie triumfował też w skokach. Swe znakomite opanowanie nart pokazał dodatkowo podczas rozegranego osobno slalomu, który także padł jego łupem.

Chamonix1924 300x200 - Krzeptowscy - jedyna taka narciarska rodzina
Olimpijska skocznia w Chamonix w 1924 r.

W tym tego roku lepiej poznał zagraniczne obiekty. Na Mistrzostwach Szwajcarii w Grindelwaldzie zajął jedenaste, a podczas Pucharu Francji w Luchon piąte miejsce. Po raz pierwszy zmierzył się wtedy z tak dużymi skoczniami. Dotąd miał do czynienia jedynie z niewielkimi obiektami na Jaworzynce, Antałówce, w Westerowie, czy innych polskich ośrodkach. Tymczasem u stóp Alp musiał stanąć oko w oko z „potworami", które pozwalały fruwać prawie pięćdziesiąt metrów. Nie zdeprymowało to jednak młodego górala. W doborowej stawce pokonał on kilku utytułowanych rywali, a ze Szwajcarii przywiózł dodatkowo nowy rekord Polski w odległości, wynoszący odtąd 38 metrów. Co więcej zyskał wiele pochlebnych opinii za swój styl, także wśród sędziów, czemu dali wyraz oceniając go wyżej niż niedawnego nauczyciela Polaków, Seppa Bildsteina. Podczas tego alpejskiego tournée, Krzeptowski zawadził też o austriacki Semmering, ale tam zajął odległe miejsce. Występy te podsumował pięć lat później tygodnik „Stadjon": "Był to debiut Polaka na wielkiej skoczni. Debiut świetny". Wypracowany na treningach w Zakopanem styl pozwolił mu bezproblemowo dostosować się do większych obiektów.

Ta wybrukowana sukcesami droga doprowadziła go ostatecznie do I Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Chamonix w 1924 roku. Z Zakopanego Krzeptowski wyjeżdżał jednak na... Tydzień Sportów Zimowych. Wbrew pozorom nie doszło do żadnej wymiany podczas transportu. Po prostu impreza ta, dopiero rok później zyskała rangę olimpijskich zmagań. Już sama podróż pociągiem przyniosła niemało emocji. Austriaccy pogranicznicy nie chcieli przepuścić Polaków z powodu przewożonych przez uczestników biegu patrolowego (dyscypliny będącej prekursorem biathlonu) karabinów. Dopiero po wielominutowych negocjacjach zgodzili się na przejazd. Biało-Czerwonym uciekła jednak niepowtarzalna okazja wzięcia udziału w ceremonii otwarcia imprezy.

Na medale nikt specjalnie nie liczył. Chodziło raczej o pokazanie, że w odrodzonej Rzeczpospolitej powoli odbudowywany jest również sport. W porównaniu z rywalami byliśmy jednak, co tu dużo mówić, zacofani. Po raz pierwszy właśnie w Chamonix, Polacy zobaczyli profesjonalne smary do nart. Zawodnicy złożyli się więc i kupili jedno z mazideł. Nie wiedzieli jak się go fachowo nakłada, przez co posmarowali deski zbyt grubą warstwą. W dodatku potem dowiedzieli się, że różne substancje stosuje się zależnie od warunków pogodowych, czy rodzaju śniegu. Do porażki przyczyniła się też skocznia, dużo większa niż te znane choćby z zeszłorocznego wypadu. Dlatego też wyniki były słabe, a z naszych rodaków w narciarstwie najlepiej spisał się właśnie Krzeptowski. Był 21. w skokach narciarskich, gdzie oddał skoki na odległość 33 oraz 32 metrów, co pozwoliło mu wyprzedzić trzech Francuzów, dwóch Szwajcarów, a także znanego potem kombinatora norweskiego, Czecha Josefa Bima. Znów za to doceniono jego styl, ale nawet ta, zwykle groźna, broń nie pozwoliła mu walczyć równorzędnie z najlepszymi. "Krzeptowski skazany sam na reprezentowanie naszych barw w skokach musiał skakać niezmiernie ostrożnie, by jednym skokiem z upadkiem wszystkiego nie zepsuć. Stąd też miał skoki krótkie" - pisał Henryk Szatkowski w „Narciarstwie Polskim". W dwuboju klasycznym do którego doliczono wyniki biegu, poprawił się jeszcze tylko o dwie pozycje.

 

Rodzinna pomoc, rodzinna konkurencja

Pontresina 300x200 - Krzeptowscy - jedyna taka narciarska rodzina
Pontresina, skocznia w latach 20.

Rok 1924 oznaczał jeszcze dwa ważne wydarzenia w biografii sportowej Krzeptowskiego. Po pierwsze zmienił barwy klubowe. W Zakopanem powstała bowiem nowa drużyna narciarska, ON Sokół Zakopane, a na jej czele stanął starszy brat Andrzeja - Adam. Miał on wielki wpływ na budowę życia narciarskiego miasta w tamtym czasie. Od czasu powstania klubu, każdej zimy był obecny w centrum życia narciarskiego. Wielokrotnie sędziował lub pomagał w przeprowadzeniu różnych konkursów - m.in. Mistrzostw Polski, Mistrzostw Zakopanego, czy zawodów międzynarodowych. Pod jego kierunkiem Sokół stał się zaś najlepszym klubem w Polsce.

Już w tych barwach Andrzej świętował kolejne sukcesy w swojej karierze. W 1924 roku na krajowym czempionacie wygrał biegi, zajął trzecie miejsce w skokach narciarskich i był drugi w kombinacji norweskiej. A w składzie z bratem oraz Stanisławem Gąsienicą-Sieczką dodatkowo zdobył brąz w rywalizacji sztafet. Świętował też zwycięstwo w Mistrzostwach Zakopanego. Na tej imprezie z kolei zajmował drugie miejsce, zarówno w skokach jak i biegach, lecz ci, którzy pokonali go w tych konkurencjach nie byli aż tak wszechstronni, by pokonać potomka zbójnickiego rodu w ogólnej klasyfikacji.

Również od tego roku rzymska cyfra „I" stała się składnikiem tożsamości tego zawodnika. W prasie odtąd nazywano go Andrzejem Krzeptowskim I. Nie tyle w uznaniu jego dominacji w polskim narciarstwie, ile skomplikowanych więzów rodzinnych. W tym czasie bowiem uznanie zdobył inny z wnuków Jędrzeja Krzeptowskiego, a zatem stryjeczny brat olimpijczyka, także zwący się Andrzej Krzeptowski. Choć był on starszy od krewniaka, z powodu mniejszego doświadczenia sportowego stał się „tylko" Andrzejem Krzeptowskim II. Właśnie w 1924 roku po raz pierwszy mocniej zaakcentował swój pobyt w czołówce - drugim miejscem w skokach II klasy seniorów na Mistrzostwach Polski oraz siódmą pozycją w klasyfikacji kombinacji norweskiej tej imprezy. Odtąd dwaj stryjeczni Andrzejowie rywalizowali ze sobą na skoczniach i trasach, wprawiając nieraz dziennikarzy (zwłaszcza poza Polską) w osłupienie z powodu zbieżności danych. Jeszcze większy galimatias powstawał, gdy na starcie sporadycznie stawał pionier całej tej rodzinnej sztafety Adam i zapisywano go „A. Krzeptowski".

Między 1924, a 1925 rokiem berło pierwszeństwa w rodzie ujął bezsprzecznie Krzeptowski II. Pierwszy musiał bowiem odbyć wówczas służbę wojskową. Starszy z dwójki Jędrków nie uchybił jednak renomie rodu, na którą tak zapracowali jego kuzyni. Cechował się on wszechstronnością podobną do Krzeptowskiego I. W Mistrzostwach Armii w 1924 roku, rozegranych na początku marca w Zakopanem, był najlepszy w skokach, biegach oraz kombinacji norweskiej, a w slalomie zajął piąte miejsce. Myśliwskie korzenie tkwiły w jego duszy nie mniej mocno, niż zbójeckie przymioty. W końcu stryjeczny dziadek Sabała uważany był za najlepszego „polowaca" wśród górali. Jędrek dorastał wśród takich powieści, a z czasem sam zaczął z flintą przemierzać kłusownicze ścieżki. Od tego polowania wyrobił sobie oko, które nieoczekiwanie przydało mu się w karierze sportowej. Na zakończenie sezonu 1923/1924 zakwalifikowano go bowiem do drużyny na Zawody Wojskowe w leżącej w Czechosłowacji Szumawie. W biegu patrolowym na dystansie 30 kilometrów, wraz z Józefem Rzymkiem i olimpijczykiem w tej konkurencji Szczepanem Witkowskim, zajął drugie miejsce ustępując tylko gospodarzom, a indywidualnie tą samą pozycję uzyskał w biegu z przeszkodami.

W tej wyliczance sukcesów niezwykle zasłużonej dla polskiego narciarstwa rodziny, z pewnością należy się też miejsce rodzeństwu Andrzeja Krzeptowskiego II, czyli starszej siostrze Zofii oraz młodszemu bratu, Józefowi. Obydwoje bowiem przeszli do historii. Zofia była ważną postacią lat 20-tych i 30-tych w Zakopanem. Zawiadywała bowiem restauracją PTT w Dworcu Tatrzańskim. Od jej popisowego dania, czyli bigosu, zwano ją „Kapuchą", bądź jak czynił to słynny Witkacy - „Kapusią". „Kapuchę" znali wszyscy wielcy tego miasta, także ze świata sportowego. Była dobrą duszą polskiego narciarstwa. Najmłodszy brat tej dwójki z kolei przejawiał ogromny talent narciarski. Po tatrzańskich bezdrożach poruszał się wspaniale, lecz nie miał smykałki do systematycznych treningów. Wolał od nich długie wyrypy zimowe po wierchach, wspinaczki, czy granie na skrzypcach podczas wesel. Zamiast startów z numerem na plecach został ratownikiem TOPR-u. Kiedy wybudowano kolejkę na Kasprowy Wierch, z uwagi na umiejętności jazdy na dwóch deskach, mianowano go stałym dyżurnym na tym terenie. Tym samym podobnie jak liczna rodzina, dołożył swoje trzy grosze do rozwoju białego sportu w Polsce.

Pod nieobecność Andrzeja Krzeptowskiego I znajdującego się w wojsku, Krzeptowski II zajął m.in. pierwsze miejsce w biegu patrolowym i trzecie w biegu na 18 kilometrów podczas Mistrzostwach Polski, a także pierwsze w biegach na Mistrzostwach Zakopanego. W przeciwieństwie do brata stryjecznego zadebiutował też na Mistrzostwach Świata - w biegu na 50 kilometrów miał 28. rezultat spośród 64 zawodników, zaś na 18 kilometrów został sklasyfikowany na dwunastej pozycji w II klasie, wyprzedzając 66 konkurentów. Przestał jednak w tym czasie startować już w skokach. Dopiero powrót kuzyna sprawił, że zasłużone nazwisko ponownie zaczęło wpisywać się w annały tej konkurencji.

 

Na alpejskich rozbiegach

Jacob Tullin Thams fotUkjentKunnskapsforlagetNTBScanpix 300x200 - Krzeptowscy - jedyna taka narciarska rodzina
Styl skoków w latach 20., na zdjęciu Jacob Tullin Thams (fot. Ukjent / Kunnskapsforlaget / NTB Scanpix)

Po powrocie widać było, że Andrzej odczuwał spory głód skakania. W sezonie 1925/1926 zdecydowanie bowiem przewodził stawce Polaków. Podczas Mistrzostw Zakopanego zajął na skoczni drugie miejsce, tylko za trenerem kadry Wilhelmem Stolpe (Szwecja), natomiast w Międzynarodowych Mistrzostwach Polski był trzeci, ustępując Frantiskowi Wendemu (Czechosłowacja) oraz Hansowi Rattaiowi (Austria). Skokami na odległość 26 i 29 metrów wygrał zaś zawody zakopiańskiego Sokoła na skoczni w Jaworzynce, a później Mistrzostwa Lwowa. Tylko w konkursie SN PTT przegrał z krajowymi rywalami - Gąsienicą-Sieczką oraz Mückenbrunnem. Równocześnie nadal znakomicie radził sobie w biegach narciarskich, gdzie rywalizował ze swym kuzynem i zarazem imiennikiem.

Wespół z rodzonym bratem dołożyli w tym roku kolejne cegiełki do budowy chwały polskiego narciarstwa zagranicą. Drużyna złożona wyłącznie z zawodników tego klubu: Andrzeja Krzeptowskiego I, Stanisława Gąsienicy-Sieczki i Józefa Bujaka, pod kierownictwem samego Adama Krzeptowskiego wyruszyła na zawody „Coup de France" do Pontarlier oraz dwie imprezy zorganizowane w szwajcarskich miasteczkach - Grindelwaldzie i Wengen. Z zawodów cieszących się uznaniem w całym narciarskim światku, ekspedycja ta przywiozła trzy miejsca na podium, a także uznanie miejscowych kibiców. Dumny prezes ON „Sokół" podsumowywał: "Fakty te bez wątpienia przyczyniły się do popularyzacji polskiego sportu za granicą, gdzie dotychczas niewiele byliśmy znani". On sam na tym wyjeździe, oprócz kierowania ekipą, pełnił też funkcję oficjalnego delegata Polskiego Związku Narciarskiego. Do Grindelwaldu Andrzej Krzeptowski II wracał po trzech latach. Od tego czasu przebył długą drogę. Jej skalę pokazuje różnica możliwości skoczka: w 1923 roku stać go było ledwie na jedenastą lokatę, zaś w 1926 roku wszedł prawie na sam szczyt i świętował już drugie miejsce w doborowej konkurencji przedstawicieli krajów alpejskich.

Jego kuzyn zaś w tym samym czasie świętował sukcesy w biegach narciarskich oraz biegach patrolowych. Na wielkich zawodach w Czechosłowacji, drużynie w której startował udało się sięgnąć po drugie miejsce, a on sam wielokrotnie stawał na podium różnych imprez.

W kolejnym sezonie Krzeptowski I kontynuował zwycięski pochód. Najpierw zajął trzecie, a potem pierwsze miejsce na zawodach organizowanych wspólnym wysiłkiem przez SN PTT oraz Sokoła. Miał wtedy niespełna 24 lata, ale już uważano go za skoczka doświadczonego, na co złożyło się kilka sezonów spędzonych w czołówce tej dyscypliny. Jerzy M. Rytard w jednym z numerów „Przeglądu Sportowego" nazwał go wręcz „starym, rutynowanym skoczkiem, wzorem dla całego dorastającego pokolenia". Do głosu zaczęła bowiem powoli dochodzić grupa zawodników młodszych od niego o kilka - Bronisław Czech, Stanisław Motyka, Józef Lankosz, czy Władysław Żytkowicz. Zniknął co prawda z horyzontu Henryk Mückenbrunn, który wybrał emigrację do Francji, ale wciąż groźny pozostawał Aleksander Rozmus. Mimo tak doborowej stawki, Andrzej nadal potrafił się skutecznie przeciwstawić, czego dowodem było pierwsze miejsce w Mistrzostwach Zakopanego w skokach narciarskich i drugie w kombinacji norweskiej. Przegląd Sportowy komentował ten sukces: "Andrzej Krzeptowski swemu pięknemu, opanowanemu stylowi zawdzięcza zdobycie tytułu Mistrza Zakopanego w skokach".

W tym roku zadebiutował też w roli działacza oraz dziennikarza sportowego. PZN mianował go delegatem technicznym wyjazdu na zawody do Pontresiny, a korespondencja z tej wyprawy wkrótce znalazła się na łamach Przeglądu Sportowego. "Wyjeżdżamy w składzie: Andrzej Krzeptowski, St. Sieczka i Wł. Żytkowicz (...). Jedziemy przez Wiedeń, Innsbruck, St. Moritz. (...) Skocznia sama nie przedstawia się tak groźnie „jak ją malują". Uważam, że nasza skocznia na Krokwi robi daleko większe wrażenie. Dzięki usilnym staraniom moim na drugi dzień udało się oddać kilka skoków próbnych" - pisał sam skoczek. W swej prawdziwej „specjalności" był tym razem osiemnasty, po skokach na odległość 33, 41 oraz 45 metrów. Koledzy z drużyny uplasowali się na 23. i 24. miejscu. "Miejsca uzyskane przez nas przeszły nawet nasze oczekiwania. Mistrzowie tacy jak Bildstein, Meyringer, Strauch, Koldovsky, pozostali w tyle" - skomentował zbójnicki potomek. W tym samym numerze redakcja po raz kolejny pochwaliła go za technikę. "Krzeptowski I jest najpewniejszym skoczkiem polskim o idealnie opanowanej technice. Jego sposób wybijania się i szybowania w powietrzu budził uznanie nawet świetnego skoczka Bertila Carlsona, który nazwał go „stylowym". Zmierzyli się oni podczas konkursu w Klosters, gdzie Szwed odniósł zwycięstwo, a Krzeptowski zajął siódme miejsce. W kolejnym szwajcarskim ośrodku, Arosie, Polak poprawił się jeszcze o dwie pozycje. Znów zaimponował przy tym techniką, która wedle „Przeglądu Sportowego" wzbudziła uznanie publiczności. Na zawodach w czeskim Novym Svecie był z kolei szósty. Miał szanse nawet na lepszy wynik, ale do oka... wpadł mu płatek śniegu, co uniemożliwiło płynny lot.

 

Mistrzowski tryptyk

Sankt Moritz1928 300x200 - Krzeptowscy - jedyna taka narciarska rodzina
Skocznia olimpijska w Sankt Moritz w 1928 r.

Dzięki tym wynikom włączono go do kadry na Mistrzostwa Świata w Cortina d'Ampezzo. I tu wszechstronność, nomen omen, uniemożliwiła mu zdobycie dobrego miejsce w skokach narciarskich. Konkurs w tej dyscyplinie odbywał się bowiem tuż po skokach do kombinacji norweskiej. Dwa występy były ponad siły Krzeptowskiego, a ten lepszy wypadł właśnie w dwuboju. Po pierwszej części rywalizacji zajmował w niej dziewiąte miejsce, które utrzymał również w biegu. W skokach natomiast, po próbach na odległość 38,5 oraz 39 metrów, uplasował się na osiemnastej pozycji, najlepszej zresztą spośród wszystkich Polaków. Na światowym czempionacie jego nimb najlepszego narciarza spod Tatr został jednak przyćmiony przez zdolnego siedemnastolatka, Bronisława Czecha, piątego zawodnika w kombinacji norweskiej.

Coraz mocniej tracił w ten sposób swoją pozycję. W Międzynarodowych Mistrzostwach Polski zajął dopiero szóstą lokatę, a pokonali go z Polaków Lankosz oraz Żytkowicz. Jako, że byli oni najlepszymi spośród gospodarzy to w kronikach sportowych Krzeptowski I widnieje w roli brązowego medalisty krajowego czempionatu za rok 1927. Był to jednak jego ostatni krążek w tej imprezie. Wspaniały styl lotu, tak podziwiany na całym świecie przez dziennikarzy, kibiców, nawet i utytułowanych rywali, już nie wystarczał w walce z młodymi, głodnymi sukcesów adeptami.

Mimo słabnącej roli w zawodach, dokonaniami z poprzednich lat zapracował na ogromny autorytet w światku narciarskim. Rok później „Przegląd Sportowy" opublikował własną klasyfikację najlepszych polskich narciarzy w poszczególnych sezonach, opartą o wyniki zawodników w najważniejszych imprezach na terenie kraju. Tak przygotowana tabela dała Krzeptowskiemu triumf w skokach za rok 1926 i 1927. Ta sama gazeta napisała o nim pod koniec sezonu 1926/1927: "Mówi chętnie o wszystkim, oprócz siebie. Za niego mówi nazwisko. I wyniki".

W nowym roku choć zwykle przegrywał z najgroźniejszymi rywalami (zajął np. dopiero trzecie miejsce podczas zawodów Sokoła oraz Mistrzostw Krynicy) i opuścił wiele innych startów, wciąż budził sympatię publiczności oraz mediów. "Równie pewnym skoczkiem jest Andrzej Krzeptowski I, który jednak nie osiąga nigdy tych odległości co Czech, czy Sieczka. Skoki jego odznaczają się silnym i prawidłowym odbiciem. Ląduje najpewniej ze wszystkich naszych skoczków. Jest to zawodnik oskakany na najrozmaitszych skoczniach zagranicznych i czujący się na nieznanej dla siebie skoczni równie dobrze co na rodzimej Krokwi" - taką laurkę wystawił mu z kolei Stanisław Rothert w „Przeglądzie Sportowym" tuż przed II ZIO w Sankt Moritz.

Na najważniejszą imprezę czterolecia pojechał w szczególnej roli. Jako najbardziej doświadczony i utytułowany z ekipy, pełnił funkcję chorążego drużyny, pierwszego w historii polskich startów na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich, ponieważ na ceremonię otwarcia w Chamonix cztery lata wcześniej, Biało-Czerwoni nie zdążyli z powodu opóźnienia pociągu. Ciekawość zagranicznych kibiców budził jeszcze z jednego powodu - oczywiście ze względu na stryjecznego brata Andrzeja Krzeptowskiego II, który również znalazł się w składzie reprezentacji i z Sankt Moritz przywiózł znakomite trzynaste miejsce w biegu na 50 km. Ten dystans był jego specjalizacją już od paru lat. Kiedyś powiedział: "Przy wysiłku jaki się wkłada w taki bieg, na mecie niewiele się pamięta".

Andrzej Krzeptowski I, mimo doświadczenia i renomy, tym razem nie zdołał przebić osiągnięć kuzyna. W skokach narciarskich zajął 27. miejsce na 38 zawodników. Wśród pokonanych znaleźli się m.in. mistrz olimpijski z Chamonix, Jacob Tullin Thams, dwaj przyszli medaliści największych imprez, Austriak Harald Bosio i Szwed Sven Selånger, czy lider krajowego podwórka Bronisław Czech. Ten ostatni był zresztą jedynym z Polaków sklasyfikowanych za Krzeptowskim. Dwaj pozostali, Aleksander Rozmus oraz Stanisław Gąsienica-Sieczka, osiągnęli wyniki poza zasięgiem dawnego mistrza. Kombinacji norweskiej nie ukończył zaś z powodu upadku na trasie biegu, zakończonego złamaniem narty i bolesnym uszkodzeniem ciała.

"W Krzeptowskim narciarstwo polskie posiada najbardziej rutynowanego zawodnika, który jeszcze przez długie lata będzie odgrywać pierwszorzędną rolę" - pisał w 1928 r. Rothert na łamach „Przeglądu Sportowego". Rzeczywistość okazała się diametralnie inna. Najlepszy polski skoczek w latach 1923-1927, pożegnał się ze skokami podczas Mistrzostw Świata rozgrywanych rok po igrzyskach, w rodzinnym Zakopanem. Przed własną publicznością zajął 27. miejsce, wyprzedzając m.in. krajowych rywali - Żytkowicza, Rozmusa, czy Gąsienicę-Sieczkę.

Tak zakończył się rozdział pisany przez niego nartami w historii polskich skoków narciarskich. Bilans zamknął się dwoma złotymi, jednym srebrnym i dwoma brązowymi medalami w skokach narciarskich podczas Mistrzostw Polski. Ponadto równa forma na przestrzeni lat sprawiła, że za dwa sezony „Przegląd Sportowy" przyznał mu zwycięstwo w klasyfikacji najlepszych przedstawicieli tej dyscypliny. Odnosił sukcesy również w Mistrzostwach Tatr, Mistrzostwach Zakopanego, Mistrzostwach Krynicy, Mistrzostwach Lwowa, a także wielu imprezach zagranicznych - m.in. w Grindelwaldzie, czy Westerowie. Dwukrotnie uczestniczył w ZIO oraz w MŚ. Wielokrotnie startował też w innych dyscyplinach narciarskich - kombinacji norweskiej i biegach. Przede wszystkim jednak rozdział jaki zapisał stoi pod znakiem niepodrabialnego, niezwykle pewnego stylu skokowego, wypracowanego na zakopiańskich obiektach, a budzącego szacunek wśród wielu konkurentów. Przy tylu oddanych lotach na dziesiątkach imprez, nigdy nie odnotowano nawet jego upadku w konkursie! Wkład tego potomka zbójnickiego rodu w rozwój narciarstwa nie ograniczył się zresztą tylko do startów. To on trenował młodych adeptów tej dyscyplinie w klubie, w którym występował. Już w 1924 roku podopieczni Krzeptowskiego odnosili pierwsze sukcesy. On znalazł i wydobył na areny międzynarodowe choćby Bronisławę Staszel-Polankową - najlepszą narciarkę z przełomu trzeciej i czwartej dekady XX wieku. Ona sama tak wspominała te wspólne treningi na łamach „Przeglądu Sportowego": "Dwa lata temu trenował mnie Jedruś Krzeptowski (Andrzej Krzeptowski I). Biegalimy se razem po Strążyskach, na Grzybowcu, na Gubałówkę, a po więcy na Symoskowe".

Wkrótce z uprawiania wyczynowego narciarstwa zrezygnował też Andrzej Krzeptowski II. Po ZIO w Sankt Moritz dostał pracę w lasach tatrzańskich i przez wiele lat pracował na stanowisku leśniczego. Obaj kuzyni nie porzucili zresztą nawet na sportowej emeryturze dwóch desek. Starszy z nich pracował na nich, podczas zimy, przemierzając zaśnieżone perci w okolicy Morskiego Oka. Młodszy natomiast startował dla zabawy w skijoringu, czyli dyscyplinie polegającej na wyścigach narciarzy, ciągniętych przez konie. Nawet kilkakrotnie zagościł na podium w tej konkurencji. Równocześnie prowadził też sklep w Zakopanem.

 

Wojciech Bajak

 

Podziel się:

Dodaj komentarz