You are currently viewing Maciej Kot po podium w Czechach: „Każdy zawodnik po części jest swoim własnym trenerem” [AUDIO]
Maciej Kot (fot. Julia Piątkowska)

Maciej Kot po podium w Czechach: „Każdy zawodnik po części jest swoim własnym trenerem” [AUDIO]

Mijają trzy miesiące odkąd Maciej Kot rozpoczął współpracę z grupą treningową prowadzoną przez swojego starszego brata, Jakuba. I sporo wskazuje na to, że przygotowania nieco na uboczu kadry narodowej, wydają póki co niezłe owoce. Najlepszym tego przykładem jest podium 30-latka w zawodach Letniego Pucharu Kontynentalnego w Czechach, a także wcześniejsze punktowane starty w zawodach Grand Prix. Sprawdzamy jak obecnie wygląda sytuacja „trzynastego kadrowicza”.

 

Bartosz Leja: Od rozpoczęcia Twojej współpracy z bratem Jakubem, minęły już trzy miesiące. Patrząc na postęp w wynikach, ósme miejsce podczas Grand Prix w Courchevel, podium w Pucharze Kontynentalnym we Frenštácie i różnicę w samym stylu skoków, można odnieść wrażenie, że zmierza to w dobrą stronę. Jakie są Twoje odczucia?

Maciej Kot: Są jak najbardziej pozytywne. Na samym początku tej współpracy najwięcej zależało od nastawienia i psychiki. Nie było łatwo podjąć się takiego wyzwania, zaakceptować je i tylko z bratem ustalić plan działania. Ten pierwszy krok został jednak wykonany, ponieważ bardzo pozytywnie się do tego nastawiłem. Skoncentrowałem się na możliwościach, które się otwierają, a których wcześniej nie było, a nie na ograniczeniach, które się pojawiły. I cieszy mnie, że ktoś, tak jak ty mówi, że widzi poprawę, bo finalnie o to chodzi. Nie ważne jakimi metodami, ale chodzi o to, aby wrócić do dobrego skakania. Stąd zależało nam, żeby w lecie dużo skakać w konkursach Letniego Grand Prix, czy Pucharu Kontynentalnego, żeby sprawdzać, czy idziemy w dobrym kierunku. Po pierwszych zawodach w Wiśle, Courchevel i Frenštácie możemy powiedzieć, że jest postęp i idzie to w dobrą stronę. Współpraca układa się dobrze, ale nie jest to efekt końcowy. Efekty w zimie będą najważniejsze.

 

 

Można więc powiedzieć, że z konkursu na konkurs, od Polski, przez Francję, aż do Czech, czułeś się coraz pewniej i to, co zaplanowaliście działało?

Teraz ze skoku na skok czuję się coraz lepiej. Skoki w treningach to jedno, jednak każdy dobry skok w zawodach dużo lepiej buduje pewność siebie i zaufanie do swoich umiejętności. Wtedy skacze się swobodnie, automatycznie i ze stuprocentową energią. To bardzo trudne i zimą u mnie nie funkcjonowało. Obecnie poziom skoków w Courchevel, to był poziom tych ostatnich w Wiśle, czyli naprawdę dobry. We Frenštácie pierwszy skok drugiego konkursu był bardzo fajny [106 metrów – przyp.red.]. Myślę jednak, że w Czechach pojawiło się już zmęczenie po całym tygodniu treningów w Szczyrku. Po Francji nie zrobiłem sobie przerwy, stąd wszystko się nałożyło. Naszym planem nie było jednak jechać do Frenštátu i wygrywać te zawody. Potraktowaliśmy je treningowo, bo najlepszy trening jest w sytuacji zawodów. Technicznie te skoki wyglądały jednak jak najbardziej okej, można znaleźć pozytywy. Po raz kolejny potwierdza się też to, że jeśli pozycja najazdowa i wyjście z progu funkcjonuje, to nie ma problemów w locie. Do tej pory tak naprawdę bardzo mało koncentrowaliśmy się nad pozycją w locie. Oczywiście jest to na naszej liście do zrobienia przed zimą, ale dopiero po ustawieniu pozycji najazdowej i ustabilizowaniu dobrego „pchania nogami”, o którym teraz wszyscy mówią. Nie będziemy się skupiać na tym, aby w locie było idealnie prosto, tylko żeby narty były płasko i łapały powietrze, żeby było po prostu efektywnie.

 

Domyślam się, że zagraniczne konkursy sporo mogą pomóc, mając na uwadze małą różnorodność skoczni w kraju. Do pewnego czasu tylko tam trenowaliście.

Dla mnie każda zmiana skoczni jest czymś pozytywnym. Do pewnego momentu cały czas trenowałem w Szczyrku i nie miałem możliwości wyjazdu za granice. Ostatnio pojawiła się możliwość treningu w Zakopanem, poskakałem też w Wiśle. Byłem jednak „zamknięty” w kraju. Każdy wyjazd zagraniczny na inną skocznię był możliwością sprawdzenia się nie na skoczni, którą znam na pamięć, tylko na innym obiekcie i to w sytuacji zawodów. Skocznia w Courchevel jest zupełnie inna od tych w Polsce. Ta we Frenštácie to już totalny „oldksul” z nierównym rozbiegiem, pozycja musi być tam ustabilizowana. I dlatego pierwsze skoki na niej dały mi w kość. To kolejne wnioski na przyszłość. Chodzi o to, żeby zimą zmieniając skocznię co tydzień, nie trzeba było poświęcać dwóch skoków na ustawienie pozycji. Ona musi od pierwszego skoku „grać”. Mam nadzieję, że możliwości wyjazdów na zagraniczne zawody i obozy, zaczną się dla mnie jeszcze bardziej otwierać.

 

Jesteś już jednym z niewielu czynnych polskich zawodników, którzy mieli okazję skakać na starej i nowej Średniej Krokwi w Zakopanem. Jak wiele się zmieniło i jakie masz odczucia po treningach na zmodernizowanym obiekcie?

Te skocznie są zupełnie inne. Wiadomo, że ten obiekt gruntownie przebudowano. Skocznię zburzono i wybudowano od nowa. Jest oczywiście większa, ma punkt konstrukcyjny o dziesięć metrów dalej, inny profil… Jest to skocznia na pewno bardzo trudna, ale przez to bardzo mi się podoba. Uważam, że skocznie na których trenujemy, powinny być trudne. Trenując na takim obiekcie, nie powinno być problemu z przejściem na łatwiejsze skocznie. Wiadomo, że w Zakopanem na początku pojawiły się problemy z rozbiegiem, który jeszcze nie był przetarty i nasmarowany smarem z nart, stąd prędkości najazdowe były zbyt niskie. Po paru treningach to się polepszyło i możemy trenować w dobrych warunkach. Ja miałem tam już kilka treningów i za każdym razem fajnie mi się tam skakało. Dobrze, że Średnia Krokiew jest zupełnie inna niż skocznia w Szczyrku, bo nie potrzebujemy dwóch identycznych skoczni w Polsce. Myślę też, że dużo zagranicznych zawodników będzie przyjeżdżać na tak nowoczesny kompleks na treningi.

 

Twój brat mówił mi niedawno, że wspólne treningi z jego młodymi podopiecznymi są dobrym rozwiązaniem zarówno dla nich, jak i dla Ciebie. Dziewczyny mają okazję ćwiczyć z medalistą wielkich imprez, a Ty ponoć korzystasz z ich młodzieńczej energii i radości skakania. Jak dużo współpraca z młodzieżą może dać doświadczonemu zawodnikowi?

Kuba bardzo fajnie to określił, bo to sytuacja, w której każdy wygrywa i każdy może wziąć coś dla siebie. Młode dziewczyny z zaplecza kadry chcą do tej kadry wskoczyć, jeżdżą na swoje pierwsze międzynarodowe zawody i ta wielka kariera stoi przed nimi otworem. Są w stanie pewne rzeczy w moich treningach podpatrzeć, jako od starszego i doświadczonego kolegi. Dobre jest to, że pytają, są ciekawe, chcą się uczyć i korzystają z tego. Ja od nich biorę dużo radości, z każdego skoku i treningu. Myślę, że na przestrzeni ostatnich lat mi tego brakowało. Żeby oprócz ciężkiej, codziennej pracy, mieć z tego radość i satysfakcję. Z każdego najmniejszego postępu, każdego kroku naprzód i każdego lepszego skoku. Wcześniej często tego nie doceniałem, że coś udało się poprawić. Trenując w tak pozytywnej grupie, jest to dużo łatwiejsze. Trenując z dziewczynami, przypomniałem sobie kiedy ja byłem w ich wieku i zaczynałem skakać. Na początku przecież była to tylko zabawa, nikt nie myślał o medalach i sukcesach. Zacząłem skakać, bo to lubiłem. Warto było wrócić wspomnieniami do tych czasów i to w mojej sytuacji pomogło. W tej chwili radości ze skakania mam dużo więcej.

 

Ponoć podczas treningów od razu udało się nawiązać z młodszymi zawodniczkami dobrą nić porozumienia i nie byłeś „panem Maciejem”, tylko Maćkiem, starszym kolegą ze skoczni. Może dobry kontakt z młodzieżą to też dobry początek trenerskiej przyszłości?

Kiedy zobaczyłem od środka, jak wygląda praca z młodymi zawodnikami czy zawodniczkami, uświadomiłem sobie, że jest to ciężki kawałek chleba. Co do mojej relacji z nimi, na początku dziwnie się czułem, kiedy dziewczyny, z którymi trenowałem, mówiły do mnie „panie Maćku”. Było to dość krępujące dla obu stron i nie ukrywam, że poczułem się trochę staro. Szybko sam wyjaśniłem sytuację i powiedziałem: „jestem Maciek, trenujemy w jednej drużynie”. To szybko się przyjęło i bywały sytuacje, kiedy dziewczyny przychodziły do mnie po radę jeśli chodzi o sprzęt, treningi, czy dietę. Fajnie, że otworzyły się na pomoc. Kuba też parę razy zlecił mi przeprowadzenie analizy wideo z zawodniczkami, żeby zobaczyły spojrzenie aktywnego zawodnika z innej perspektywy. Myślę, że ta współpraca dość dobrze się rozwinęła. Cały czas śledzę poczynania grupy Kuby i trzymam kciuki. Mam nadzieję, że przyniesie to rezultaty i te dziewczyny trafią niedługo do kadry i zaczną odnosić sukcesy, bo skoki kobiet wciąż nie są na tym poziomie, na którym wszyscy by chcieli. 

 

A jak obecnie wygląda Twoja współpraca ze sztabem szkoleniowym polskiej kadry narodowej, szczególnie w przypadkach, kiedy Kuba jako trener grupy dziewczyn nie może być obecny na Twoich treningach czy zawodach? Czy te drzwi do konsultacji z innymi szkoleniowcami z grupy trenera Doležala są faktycznie zamknięte?

Ta współpraca cały czas ewoluuje i tak będzie aż do zimy. Przed zimą musimy wypracować model tej współpracy między mną, Kubą, a trenerami kadrowymi. Wiadomo, że wtedy nie będzie możliwości, aby jeździł ze mną na zawody czy był obecny na każdym treningu. W Wiśle, Courchevel czy Frenštácie ta współpraca wyglądała naprawdę dobrze. To nowa sytuacja dla trenerów i dla mnie, ale przynosi to dobre rezultaty. Kiedy kończę z Kubą obóz treningowy i w perspektywie mam zawody, podsumowujemy wszystko, ustalamy plan na to, nad czym powinienem się koncentrować. Mam więc konkretną wizję na skoki, którą przed konkursem przedstawiam trenerom kadrowym. Wtedy dyskutujemy o tym, na co oni powinni zwrócić uwagę w moich próbach. Ta współpraca polega więc bardziej na rozmowie i obustronnej analizie wideo, w której ja też biorę udział i mam więcej do powiedzenia. Zawsze sobie to ceniłem, to już nie jest jednak uzyskiwanie sztywnych. Trenerzy mnie obserwują i dają te uwagi, to nie jest tak, że nie uzyskuję od nich rad.

 

Czy to znaczy, że po części stałeś się swoim osobistym „skaczącym trenerem”? Twój brat wspominał Twoją sporą niezależność podczas analizy skoków treningowych.

Za swojego trenera uważam Kubę. Mimo wszystko za swoich trenerów uważam też cały sztab szkoleniowy, czyli Michala Doležal, Grześka Sobczyka, Maćka Maciusiaka, bo cały czas współpracujemy i mam do nich wszystkich zaufanie. Każdy zawodnik po części jest jednak swoim trenerem. Wiadomo, że analiza i uwagi szkoleniowca to jedno, ale później to sam zawodnik musi sobie ułożyć w głowie plan na skok. Trener przekazuje co zawodnik ma zrobić, czego trener oczekuje, ale to sportowiec musi wymyślić jak to zrobić. Zawodnik zawsze bierze udział w przygotowaniu planu i ten ostateczny krok, złapanie wizji, bywa najtrudniejsze. Teraz jednak faktycznie więcej ode mnie zależy.

 

Mówiłeś, że bardzo ważna jest dla Ciebie teraz liczba startów latem. Czy to oznacza, że mimo iż kadra nie ma raczej takich planów, chętnie wybrałbyś się na zawody Grand Prix do Kazachstanu i Rosji?

Do końca nie wiem jeszcze jak wygląda sytuacja startowa, natomiast faktycznie czytałem, że prawdopodobnie zawody w Szczuczyński Czajkowskim odpuścimy. Ja takich informacji oficjalnie jeszcze nie mam, ale to logiczny kierunek. To bardzo daleka, dosyć problematyczna i bardzo droga podróż. Ten czas można lepiej wykorzystać na treningi. Później jednak wrzesień jest pełen startów, bo jest i Puchar Kontynentalny i Letnie Grand Prix i tam na pewno będziemy jeździć. Nie wiem jeszcze gdzie ja pojadę, ale to będzie na pewno zależeć od naszej formy i sytuacji związanej z kwotami startowymi.

 

Znając Twoje ambicje, celem nie jest pewnie startowanie w Pucharze Kontynentalnym i już na zimę myślisz o Pucharze Świata. Czy jako zawodnikowi, który nie współpracuje bezpośrednio z kierownictwem kadry narodowej, może być ci nieco trudniej dostać się do drużyny na zawody najwyższej rangi?

Rozmawiałem z „Dodem” i mam do niego zaufanie. Decyzje dotyczące składów, które do tej pory podejmował, były bardzo logiczne i poparte przede wszystkim wynikami i formą prezentowaną na skoczni. Ufam, że to będzie decydować o składzie. Oczywiście moją ambicją jest startowanie zimą w Pucharze Świata i zakwalifikowanie się do drużyny olimpijskiej, która pojedzie do Pekinu. To cel numer jeden. Latem jednak celem postawionym mi przez trenera może być zrobienie kwoty na Puchar Świata poprzez starty w Pucharze Kontynentalnym. Jeżeli forma będzie taka jaką planuję, to z powołaniem na zawody najwyższej rangi nie będzie problemu. I tego będę się trzymał.

 

rozmawiał Bartosz Leja

 

Podziel się:

Dodaj komentarz