Maciej Kot, fot. Julia Piątkowska

Maciej Kot, fot. Julia Piątkowska

Podobno koty chodzą swoimi drogami i zawsze spadają na cztery łapy. Tym razem coś w tej układance nie pasuje, bo pewien Kot o imieniu Maciej o ile owszem, własnymi medialnymi drogami wędruje na pewno, to nie spadł ani na cztery łapy, ani tym bardziej na dwie narty. Przeciwnie, z wysokiego A spadł do kadry B. 

 

A się przestraszyło, nóżkę złamało, a B z wrażenia brzucha dostało, tak się najadło miauczących ambicji.

Maciej Kot, fot. Julia Piątkowska
Maciej Kot, fot. Julia Piątkowska

Maciej Kot miauczy już od dawna. 7. miejsce w olimpijskim konkursie na normalnej skoczni jeszcze jakoś przełknął, choć i tak „mogło być przecież podium”, ale 12. na skoczni dużej już nie. I na nic zdały się tłumaczenia, że miał najgorsze warunki w stawce, na nic słowa otuchy, że ma jeszcze czas. Chociaż z drugiej strony Stoch (a tym bardziej Małysz) w wieku Kota miał już na koncie całkiem znaczne osiągnięcia, których młodszemu z braci wciąż brakuje, więc może jednak czasu nie ma. Nie ma też indywidualnego pucharowego zwycięstwa ani podium, ręce i szyja wciąż puste. Ma za to ambicje i niestety pretensje do całego świata. Cały worek pretensji. Pogoda zła, wiatr nie taki, trener beznadziejny. No, to teraz będzie inny, w innej kadrze. Może dla Kota lepszy?

Maciej Kot, fot. Jagoda Bodzianny
Maciej Kot, fot. Jagoda Bodzianny

I z jednej strony bije nam się ten król Maciej w pierś, zdejmując chwilowo koronę, że wyników nie było, że skoki słabe, że faktycznie – miało być lepiej. A z drugiej? Z drugiej obwinia cały świat, sugerując, że trenerów trzeba zmienić, no bo przecież on to ze swoimi skokami nie ma za dużo wspólnego; winny, jak zwykle, Łukasz Kruczek, co to na niego już tyle wiader pomyj wylali w tym kraju i tyle nawciskali w buty, że pewnie po nocach nie śpi. Trzeba przyznać, że robi się na tym skocznym straganie coraz weselej, a główna rola Macieja Kota nabiera rumianych kolorów. Całkiem zabawnie było już w czasie minionego sezonu, ale obecnie medialna wymiana zdań na linii Maciej Kot-PZN zaczyna przybierać barwy zgoła zbyt wyraziste. I, co gorsza, przestaje być zabawnie, o ile w ogóle kiedykolwiek szczególnie zabawnie było.

Maciej Kot, fot. Andrzej Cienciała
Maciej Kot, fot. Andrzej Cienciała

Prezes Tajner swego czasu porównywał Macieja Kota z Kamilem Stochem sprzed paru lat. Cóż, porównanie to zgoła nietrafne, zważywszy, że kiedy Stoch zawalał, to może i rzucał nartami, kaskami czy co tam mu wpadło akurat w ręce, ale przynajmniej nie biegał po mediach i nie udzielał rozczulających wywiadów, jaki to jest biedny, bo słabo skacze. Przeciwnie, raczej bił się w pierś, mówiąc prosto z mostu, że – najzwyczajniej w świecie – zawalił. W kocim przypadku słabe wyniki sportowe nie przemawiają jednak do ich twórcy i każą rozpaczać, szukając winnych wszędzie naokoło, tylko nie tam, gdzie należy. Prawdę mówiąc, jak się tak człowiek głębiej zastanowi, to naprawdę trudno się dziwić, że Łukasz Kruczek podjął taką, a nie inną decyzję. Facet pracuje z kadrą narodową od ponad 7 lat, drużynowo i całościowo osiągnął najlepsze rezultaty spośród wszystkich trenerów, jakich kiedykolwiek zatrudnił Polski Związek Narciarski, a jeden z zawodników nie potrafi przyjść i porozmawiać, wprost klarując, co chciałby zmienić, co mu nie odpowiada. Zamiast tego najpierw biegnie do mediów, sugerując, że trzeba zmienić trenera, a nie jego własne skoki.

Maciej Kot, fot. SkokiPolska
Maciej Kot, fot. SkokiPolska

Mówiąc szczerze, sama czasem obawiam się czytać wywiady z Kotem, a co dopiero ma mówić sam szkoleniowiec, o kolegach z drużyny nie wspominając. Krytyka potrzebna jest, owszem, ale niekoniecznie rozsiewana po wszelkich możliwych mediach, nie wyłączając tych największych, które na co dzień nie przejawiają większego zainteresowania skokami, ale kiedy pojawia się możliwość ujawnienia na światło dzienne małego aferokonfliktu, ochoczo włączają swoje mikrofony, jednocześnie podkręcając głośność o co najmniej kilka tonów. Doprawdy jestem niebywale zdziwiona, jakim cudem jeszcze żaden żółty ani czerwony pasek nie donosi o konfliktach w polskiej kadrze narodowej… o przepraszam, polskim diamencie narodowym, jakim są przecież skoki narciarskie, notabene jedna z niewielu dyscyplin zimowych, która doczekała się regularnych sukcesów na skalę globalną. Ach, wiem, zapomniałam! Mamy przecież sezon ogórkowy i choć Naczelny uparcie twierdzi, że nie zna pojęcia „koniec sezonu”, to jednak nie wszyscy się z nim zgadzają i takie pojęcie, owszem, znają. Wybory prezydenckie, a nie tam, skoki jakieś, a kysz, paszoł won, kolorowe paski zajęte, zimą się zgłoście, to porozmawiamy!

Maciej Kot, fot. Agnieszka Sierotnik
Maciej Kot, fot. Agnieszka Sierotnik

Tak właśnie od kilku miesięcy co kilka tygodni przed moim nosem ląduje wywiad z Maciejem Kotem, opiewający właściwie na jednym konkretnym temacie, mianowicie: nieudolnie zawoalowanej krytyce Łukasza Kruczka i całego sztabu szkoleniowego. Co ja piszę, jakiej zawoalowanej, przecież Kot nawet nie usiłuje jej ukryć, a tym bardziej zejść lekko ze swojego tonu na poziomie wysokiego C, który to ton zawisł gdzieś na szczycie wieży Eiffla i ani myśli zmniejszyć dystansu choć o kilka stopni. Lato się zbliża i jak widać, nie tylko za oknem, ale i w polskiej kadrze robi się gorąco. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Szanse, że Maciej Kot zmniejszy swoją medialną aktywność albo chociaż złagodzi wypowiedzi, oceniam jako zerowe; zima nie ochłodzi emocji. Chyba czas się przyzwyczaić do Kota wyskakującego z lodówki, a w każdym razie z wielu sportowych portali. Jeszcze żeby miał argumenty, dobrze skakał, ale wskutek pozasportowych konfliktów został odsunięty od kadry – rozumiem, że miałby prawo karmić media smaczkami zza kadrowych kulis. Ale nie, wyniki Kota są najgorsze od lat, po siódmym zawodniku igrzysk olimpijskich i brązowym medaliście mistrzostw świata został tylko kurz na starych nagraniach. A medialne opowieści niezakurzone, przeciwnie, coraz to barwniejsze, coraz to żywsze i okraszone emocjonalnymi reakcjami autora.           

Maciej Kot, fot. Stefan Piwowar
Maciej Kot, fot. Stefan Piwowar

Recepta byłaby bardzo prosta, ale okaże się chyba jednak zbyt trudna do zrealizowania, żeby nie powiedzieć: niewykonalna. Wystarczyłoby zabrać się do pracy i solidnego treningu zamiast ciągle karmić media wieloodcinkową telenowelą pt. „Z życia polskiej kadry”. Nie twierdzę, że Kot solidnie nie trenował, a trenerzy to nieomylni i krystaliczni, ale sposób, w jaki rozwiązywane są ostatnio problemy i konflikty na linii sztab-zawodnicy woła o pomstę do nieba. Dobra atmosfera panująca wśród polskich skoczków, która obrosła już legendą, zdaje się właśnie do legendy odchodzić. Całkiem niedawno Kot obiecywał, że będzie mniej gadania, a więcej skakania. Cóż, póki co dość słabo wywiązuje się z danego słowa. Zdziwiłabym się, gdyby Łukasz Kruczek chciał w swojej kadrze skoczka, który w mediach na okrągło podważa jego autorytet.   

(Zdrowa) ambicja – dobra rzecz, cel – jeszcze lepsza, bo, jak mawia Naczelny, a ja powtarzam, bo mi się podoba: „Zawsze dobrze jest mieć coś przed sobą”. Oby przed oczami Macieja Kota pojawiły się dobre skoki i wyniki, a nie, jak dotychczas, pretensje i medialna burza. Gadaniem jeszcze nikt nic nie osiągnął. Ciężką pracą – owszem. Czas odwrócić kota ogonem, tyle że we właściwą stronę. 

Mając pełną świadomość ewentualnej burzy, jaką wywoła ów subiektywny felieton wśród przeciwników Kruczka, oczywiście zachęcam do polemiki – to nie gusta, tu się dyskutuje.

 

Kasia Nowak

 

Komentarze

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Instagram